Modlić się trzeba chyba umieć (02)

Marek Koszur
Autor Marek Koszur
5 min lektury
Do tego momentu było całkiem miło...

Kontynuacja tematu

Tutaj część pierwsza

Tomku!
To wszystko z powodu przedwczesnej śmierci… Hamleta! Żył za krótko!

Kiedy trupa aktorów przybyła do zamku Elsinor, Hamlet — w akcie II, scena II — przyjmuje ich, wita jak przyjaciół, a następnie mówi do Poloniusza:

„Przyjmijcie ich godnie, panie Poloniuszu; dajcie im dobrą zapłatę.”
(„Good my lord, will you see the players well bestowed? Do you hear, let them be well used!”)

Wtedy aktorzy byli wysoko cenieni, ale (!!!) płacono im za występ dopiero po spektaklu.

I tylko w takich realiach mógł ujawnić się — w nieprzemijającej doskonałości — talent Szekspira.

Autor i aktorzy musieli zasłużyć sobie na gratyfikację. Za złą grę lub sprzeniewierzenie się standardom zawodu aktorów, mistrzów w swojej dziedzinie, surowo karano.

  • W Anglii za Elżbiety I i Jakuba I aktorzy mogli trafić do więzienia za tekst uznany za sedycyjny lub antykrólewski. Najgłośniejszy przypadek miał miejsce w 1601 roku — członkowie Lord Chamberlain’s Men zostali aresztowani po wystawieniu Ryszarda II w kontekście buntu Essex’a.
  • W Hiszpanii, Włoszech, Francji aktorów oskarżano o szerzenie niemoralności, zamykano teatry, karano grzywnami — ale nie ścinano za złe aktorstwo.
  • W Polsce (XVIII–XIX w.) aktorów można było zwolnić, pobić przez widzów, obrzucić przedmiotami — za słabe przedstawienie.

W Japonii (epoka Edo, 1603–1868) zdarzały się przypadki surowych kar wobec aktorów kabuki za przekroczenie statusu społecznego, romanse z osobami wysokiego stanu, „gorszenie publiczności” czy pobyt w zakazanych dzielnicach.

Aktorów generalnie nie ściga się za złą grę — co najwyżej postponuje. I to oględnie.
Bo to przedstawiciele cenionego zawodu. Z reguły — doskonali fachowcy. Z wyjątkami, jak w każdej dziedzinie życia.

W ten sposób wyłoniliśmy grupę — obok lekarzy — której musimy płacić bez względu na jakość świadczonej pracy, czyli, jak to określamy: na niespełnienie naszych oczekiwań.
„Nie wyleczył mnie”, „nie zachwycił mnie swoją grą”.

Teatr nie jest towarem.
W teatrze nikt nie obiecuje, że dostaniesz to, czego chcesz.
Jedyną gwarancją jest to, że dostaniesz to, co przygotowali inni ludzie — czasem genialni, czasem pomyleni, czasem nudni, czasem pełni nadzwyczajnych pomysłów.
I to jest cała umowa.

Sądy odrzucają pozwy niezadowolonych widzów.
Proszę zwrócić pieniądze!” — woła widz, jakby właśnie dostał źle wysmażony stek.

Tymczasem sztuka z natury rzeczy jest zdradą oczekiwań.
Połową jej sensu jest to, że nie daje widzowi tego, co już ma w głowie, tylko wyłamuje mu kilka zębów — w pozytywnym i negatywnym sensie.

Teatr nie jest usługą.
Jest ryzykiem estetycznym.
Kupując bilet, kupujesz bilet na niewiadomą.

„I to właśnie jest piękne” — mówią ludzie teatru.
A my? Widzowie?

Mamy to, na co sobie zasłużyliśmy — lekceważenie naszych oczekiwań.

To temat-rzeka.
Bo nie każda propozycja aktorów i autorów jest godna uwagi, tak jak nie każdy spektakl spełnia elementarne wymogi gatunku, rzemiosła, estetyki, zaskoczenia, inteligencji, prowokacji — a nie skandalu.

Oto przedsionek dyskusji o zawodzie aktora, reżysera, o samym teatrze.
Ten jest jak tor wyścigowy Formuły 1: nie mogą na nim jeździć amatorzy, szaleńcy, eksperymentatorzy czy życiowi neofici, których w teatrze obserwuje się w tej chwili w wielkim wysypie.

Ledwie mleko spod nosa zlizł, a już robi spektakl o seksie starych ludzi, z których w czasie przedstawienia więcej niż połowa umiera. Ot, taka tam sztuczka.

Taki „Paprykarz” albo „Giselle tańczy”… O Ibsenie nie wspomnę.

W spektaklu pokazywane są nagrania porodów różnych gatunków. Używany jest wulgarny język. Pojawia się głośna muzyka, migające światła i intensywne efekty świetlne.

Ten teatr manifestuje pewne deficyty jego twórców tak ostentacyjnie, że — jak w porzekadle — kij nam niemal w oko wbijają, a my — nic!

Budzimy się dopiero wtedy, gdy zatrzęsie muzyka, pojawi się rytm i powtarzalne fazy grafomańskiej urody.

Publiczność szczecińska jest tak obryta w dramaturgii Ibsena, że rozszyfruje każdą fastrygę i każdy szew, jakim autorka pozszywała szubę z ducha dramatów trzeciego najczęściej wystawianego autora na świecie.

Komentowanie artykułu nie wymaga wpisywania imienia i adresu e-mail

A Twoim zdaniem?
Proszę udostępnić ten artykuł
Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *