TVSiódemka 08/2025

Marek Koszur
Autor Marek Koszur
8 min lektury

Sierpień w styczniu?
Ekstrawagancja? Nie tylko. Czasem wręcz luksus.

Podczas dzisiejszego spaceru wróciłem pamięcią do jednej z najbardziej ekscytujących lektur pozaobowiązkowych, jakie kiedykolwiek trafiły w moje ręce. Powieść – a właściwie nowela – miała być drukowana w nowym tygodniku. Nazywał się… chyba „Literatura”. Pismo było reklamowane, zapowiadane, wyczekiwane z niecierpliwością. Miało być inne niż „Życie Literackie”, inne niż „Kultura” czy „Polityka”.

W kiosku „Ruchu”, w którym mieliśmy rodzinną teczkę na prenumeraty, musiałem zdecydować, który tytuł skreślić z dotychczasowej listy, by dopisać „Literaturę”. Wiem, że ostały się „Forum”, „Ameryka”, „Polska” i oczywiście „Młody Technik”.

Czasopisma miały w tamtych latach znaczenie niemal ceremonialne. Sąsiedzi wymieniali się egzemplarzami, gazety owijano w papier śniadaniowy, żeby ich nie poplamić, a do lektury przystępowało się z umytymi rękoma, uczesanymi włosami i – obowiązkowo – przy stole. Żeby nie pozaginać kartek, nie naderwać (o, zgrozo!) strony. Człowiek, który nie potrafił uszanować gazety, wypadał z kręgu czytelniczego.

I w tej „Literaturze” miała być drukowana w odcinkach ta opowieść.
Jonathan Livingston Seagull” Richarda Bacha – po polsku, jeśli dobrze pamiętam, jako „Mewa” – szybko zyskała status światowego bestsellera. Szczególnie wśród młodego, powojennego, buntowniczego pokolenia: zmęczonego wojną, rozczarowanego, przytłoczonego ciężarem kapitalistycznej codzienności. Po obu stronach spolaryzowanej Europy, obserwującej wojnę w Wietnamie, konflikty rasowe w Ameryce, w cieniu rosyjskiego terroru – młodzi ludzie przeżywali boleśnie dylemat:
kim, jakim być? do czego dążyć? za jaką cenę?

Może dlatego mój pierwszy spektakl teatralny, zrealizowany w gronie kolegów z polonistyki, politechniki i po prostu – ze Szczecina – nosił tytuł „Żyć”. Bez wykrzykników, pauz i znaków zapytania. One były już w samym scenariuszu. Graliśmy w piwnicy Klubu Nauczyciela „Starówka”, w klimacie typowym dla lat siedemdziesiątych: zbuntowanym, prostym, ale uczciwym i zaangażowanym.

„Mewa” jest opowieścią o ptaku, który nie chce żyć stadnie i ograniczać się do zdobywania pożywienia. Chce latać szybciej i wyżej niż inni. Chce osiągnąć doskonałość w byciu mewą – istotą obdarzoną darem lotu.

W chwilach szczególnie labilnych pozwalam sobie na odrobinę „kumoterstwa” wobec samego siebie i rozmawiam z Jonathanem Livingstonem o sprawach dla życia i śmierci najważniejszych.

Chcesz być wolny? – pyta mnie. – Chcesz, tak jak ja, frunąć tak wysoko i tak szybko, jak tylko zechcesz?

Kiwam głową i przypominam sobie wcześniejszą sekwencję opowieści:

Ale przecież mewy stworzone zostały po to, aby jeść. Idzie zima – mówił ojciec. – Ryby zejdą na większą głębokość – napominała matka Jonathana. – A ty masz tylko pióra i skrzydła. Twoim celem jest zdobywanie pożywienia. Jonathanie, opamiętaj się.

Nie zrobił tego on. Nie zrobiłem tego także ja. Oboje daliśmy sobie tydzień, by żyć zgodnie z regułami stada. Tylko tydzień. Dłużej nie potrafiliśmy zapomnieć o marzeniach.

Ale… – wpadliśmy we własną pułapkę. – Przecież człowiek nie żyje tylko po to, by mieć i realizować marzenia.

Więc po co człowiek żyje? – pyta jeden z nas, czyli obaj równocześnie. – Być wolnym!?

Tyle – i aż tyle? Tak niewiele, za tak niewyobrażalną cenę? Wszystko za jedną decyzję: życia w zgodzie ze sobą.

Poszybowałem – ja i Jonathan – najszybciej i najwyżej jak można i z taką samą prędkością, rzuciliśmy się w dół by jeszcze szybciej lecieć tuż nad powierzchnią morza, szybciej niż jakakolwiek mewa przed nami. Tym razem – jak zresztą zawsze – znów się nie udało. Kiedy odzyskałem świadomość, zobaczyłem krew na naszym skrzydle.

Czy to znaczy, że już nie żyję?

Jeśli dobrze pamiętam, odpowiedź nie pada wprost. Nad poranionym Jonathanem stoją dwie mewy – istoty z wyższego poziomu istnienia. Przewodnicy. Nauczyciele. I wtedy pada kluczowe zdanie:

You have learned one thing. Now you must learn another.

Dla pokolenia naznaczonego wojną, żyjącego w poczuciu permanentnego zagrożenia zderzeniem mocarstw, to była odpowiedź wystarczająca. Nie pytaj: „umarłeś” albo „żyjesz”, lecz wiedz, że zakończyłeś jeden etap, pora na następny. Śmierć nie jest końcem – jest zmianą stanu. Ciało traci znaczenie wobec faktu, że świadomość i zdolność wolnego lotu trwają.

Porażki bolą. Rany nie zawsze się goją. Mostów się nie odbudowuje. Ale świadomość, że za nami mamy jeden z wielu trudnych etapów, nie zwalnia z obowiązku szukania kolejnych wyzwań.

Nie – te myśli nie mają żadnego związku z treścią ósmego numeru „TV Siódemki”. Są jedynie refleksem spaceru. Pięć stopni mrozu, pusta, niemal czterokilometrowa promenada wzdłuż morza. W słuchawkach oryginalna wersja Over the Rainbow. Pomagała…

„Frunę” pośród coraz rzadziej rosnących drzew z lepszym widokiem na morze. Omijam własne, poranione skrzydła, oderwane pędem pióra, dawną radość z sukcesów i rozrzucone po drodze stare klęski – uważając, by się o nie nie potknąć.

Ze wzruszeniem przypomniałem sobie także czwartkowy poranek w czytelni międzywydziałowej biblioteki uniwersytetu. Cztery studentki, pod opieką swojej promotorki, zaprezentowały krótkie wystąpienia związane z nadchodzącą 55. rocznicą premiery „Hamleta” w reżyserii Jerzego Gruzy, z kongenialną interpretacją Wacława Ulewicza. Spektakl wystawiono w Sali Bogusława na Zamku.

Wspominam to przedstawienie w ósmym numerze mojej gazety. Obok „Mewy” był to w moim doświadczeniu tożsamościowym spektakl miażdżący wszelkie ograniczenia. Sześć, może siedem razy „wkręciłem się” na widownię – (jak, może opowiem kiedyś) – zawsze z egzemplarzem „Hamleta” pod pachą, by po przedstawieniu zbierać autografy aktorów.

To znowu ty? – zapytał mnie któregoś razu Hamlet.
– Tak, panie – odpowiedziałem w myślach. – Bo nie jest prawdą, że the rest is silence. Nie dla mnie. Milczenie bywa koniecznością i ratunkiem, ale nigdy nie staje się wartością samą w sobie.

A co jest najważniejsze? – pytam siebie kilka razy dziennie.
– Jeszcze nie wiem – odpowiadam bez wahania. – Ale nigdy nie byłem tak blisko odpowiedzi jak teraz.

Zapraszam do lektury zupełnie innych tekstów – innych tematów niż te moje spacerowe reminiscencje.

P.S.
Dowiedziałem się, że planowana jest wystawa lub sesja naukowa poświęcona 55. rocznicy premiery „Hamleta”. Zaniepokoiła mnie nieco koncepcja nadmiernego oparcia interpretacji na kontekście politycznym – walce z opresją, cenzurą i klimatem pierwszej połowy lat siedemdziesiątych. To wszystko prawda. Spektakl był głęboko politycznie akcentowany. Cenzura usunęła wiele kluczowych kwestii. Ale nie wolno zapominać o czymś najważniejszym: to był genialny spektakl. Teatr, którego to miasto – i ci twórcy – już nigdy nie powtórzyli. Hamlet Gruzy i Ulewicza jest przekleństwem i błogosławieństwem. Udowodnił, że w tym mieście można porwać się na niezwykłe rzeczy. I potwierdził jednocześnie – za Jonathanem – że wolność twórców otwiera zupełnie nowe światy.

Tutaj: link do wersji elektronicznej ósmego numeru „TV Siódemki” (pojedyncze strony).
Tutaj: link do wersji elektronicznej ósmego numeru „TVSiódemki (rozkładówka). 
Egzemplarze drukowane – od 30 stycznia. Zamówienia już dziś: TUTAJ

KATEGORIE:
Proszę udostępnić ten artykuł
Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *