Oni zawsze swoje, choćby nie wiem co

Marek Koszur
Autor Marek Koszur
7 min lektury
A co to? A to słynna Brama Portowa i teatr w jednym. Jedna z największych atrakcji Szczecina.

Po publikacji numeru ósmego miesięcznika „TVSiódemka” otrzymaliśmy sześć bardzo interesujących głosów w sprawie Zamku Książąt Pomorskich. Dziękuję.
Ale… uprzejmie przypominam: nie publikujemy tekstów niepodpisanych.

Tylko przed urną wyborczą możemy — zgodnie z najwyższym prawem — zachować anonimowość.

Jakie są tego skutki?
Ano takie, jak w poniższym fragmencie, który szczególnie zwrócił uwagę naszych respondentów:


„Władze, które nie mają pomysłu — i elity, które nie protestują”

Władze miejskie i samorządowe od lat nie prezentują żadnej spójnej, długofalowej strategii opowiadania o tożsamości Pomorza Zachodniego.
Nie ma konsekwentnego programu edukacyjnego wokół Gryfitów — poza tym, co robi zamek i muzeum. Nie ma miejskiego rytuału, który raz w roku wyprowadzałby na ulice ducha epoki Gryfitów w sposób niekiczowaty — bez przebieranek Bogusława w rajstopy i sobolowe futra.

Nie ma architektonicznej polityki ochrony nocnego pejzażu miasta — jasnej zgody na to, co może być „dominantą”, a co staje się po prostu kolejnym jarmarkiem.

Skandaliczna nie jest pojedyncza karuzela, lecz błoga zgoda, że może ona stanąć gdziekolwiek i na takich samych prawach jak tradycyjne dominanty: Wały Chrobrego, Zamek, Katedra.

Gdzie w tym wszystkim głos architekta miasta, środowiska plastyków i projektantów, muzealników — tych, którzy przynajmniej teoretycznie powinni być strażnikami pamięci?

Jeżeli w debacie publicznej dominują wypowiedzi w rodzaju: „ludzie to lubią”, „dzieci się cieszą”, to znaczy, że elity kultury abdykowały z roli tych, którzy mają prawo i obowiązek powiedzieć:

„Nie — to jest nie do przyjęcia w tym miejscu.
Światło, które góruje nad panoramą miasta, ma mieć sens, a nie tylko mnożyć lajki na Instagramie”.


Miasto przybyszów, które wyrzeka się własnego rodowodu

Trzeba to powiedzieć brutalnie: wciąż, po tylu latach, boimy się faktu, że jesteśmy spadkobiercami „nie naszej” historii.
Łatwiej zaakceptować Wały Chrobrego jako pocztówkowy widoczek („ładne, niemieckie, przedwojenne”) niż wejść w opowieść o tym, że możemy być następcami:

– hanzeatyckiej tradycji portu,
– księstwa Gryfitów,
– powojennego etosu ludzi morza, którzy — owszem — przywozili tu maski z Afryki, ale przede wszystkim swoje biografie z Lwowa, Wilna i centralnej Polski.

W efekcie:

nie mamy ciągłości rodowej, bo mało kto ma tu korzenie dłuższe niż dwie, trzy generacje;
nie chcemy ciągłości miejsca, bo wtedy trzeba by powiedzieć: „tak, to jest nasze księstwo, nasz zamek, nasza trudna historia niemiecko-słowiańska, nasz gryf”.

Zamiast tego wybieramy wieczne zawieszenie: udajemy, że jesteśmy „nowocześni”, „europejscy”, „otwarci”, ale bez lokalnego mitu, który mógłby to unieść jako fundament. Zostają nam świecidełka.


Co z tego wynika?

Ludzie reprezentujący urzędy nic w tej sprawie nie zrobią.
Owszem — będą się ślinić i stawać na palcach, by obiektyw kamery ich uchwycił, gdy pojawi się np. rocznicowa akademia. Wygłoszą pustosłowne formułki: że ważne, że istotne, że popieramy… Wygłoszą, bo – nie wiedzieć, czemu – pozwalamy im na to. A oni marnują nasz czas. Takie ubijanie kogla-mogla bez jajka w miseczce. I tylko językiem, tylko!

Prezydent funduje bilety na koncert ku własnej czci i chwale.
Marszałek funduje bilety do kina z okazji walentynek?

Panowie — czy wy naprawdę nie wiecie, jak takie praktyki się określa?
Uprawiają panowie mecenat nad kulturą? .Nic bardziej błędnego.

Czy Bürgermeister Berlina albo Mayor of London fundują kolegom i znajomym bilety? Albo organizują akcję „kto pierwszy, ten lepszy”?

Tam — sprawdziłem — obowiązują niezwykle rygorystyczne regulaminy zniżek i preferencji w odniesieniu do wydarzeń kulturalnych organizowanych przez instytucje publiczne. Mayor of London nie organizuje koncertów w Royal Albert Hall dla swoich sympatyków. Ani w podziękowaniu dla kogokolwiek.

Wielka część muzeów i galerii w Londynie jest darmowa na co dzień:
British Museum, National Gallery, Tate Modern, Victoria & Albert Museum.

Owszem — gdybyśmy mieli dokładnie te muzea w Szczecinie, pewnie też otrzymywalibyśmy darmowe wejściówki. Ale z istotnym przypomnieniem nam: kto je daje i na jakich zasadach.

Zniżki dostają emeryci, uczniowie, studenci. Uprawnia do nich Berlin-Pass Jugend/Schüler. Wydatki są ściśle kontrolowane, rozliczane i uzasadnione celem: edukacją, likwidacją wyobcowania, popularyzacją wydarzeń o wysokich walorach artystycznych.


Szczecin bez władzy kultury

Szczecin nie ma władz kultury.
Jest jak siekierą przez dwóch drwali rozłupany na dwa sektory finansowe: prezydencki i marszałkowski. Przy osobowościach nieskomplikowanych — konflikt murowany. Efekt: żałosny.

Wracam kolejny raz do pomysłu z początku lat 90. XX wieku — do odtworzenia Kulturalnego Rządu Pomorza. Wtedy była to Korporacja Twórców, Artystów i Dziennikarzy.

Dziś… dziś — wobec deficytu Twórców, Artystów i Dziennikarzy — należałoby rozważyć wybór spośród mieszkańców miasta tych, którzy są najbardziej kulturalnie wygłodzeni.

To idealna sfera do zakorzenienia się w społeczności miejskiej najmłodszego pokolenia.
Wam jeszcze się chce. Umiecie marzyć. Macie plany i pomysły.

Więc pokażcie to. Przejmijcie rzecz w swoje ręce.

Nie może być tak, że pan prezydent, u schyłku kariery magistrackiej, nagle poczuł się szefem Parnasu. Przez niemal dwa dziesięciolecia ta sfera była poza zasięgiem jego zainteresowań. A teraz — cudowne przebudzenie — filmy o Caravaggiu w kinie.


A Prezydencka Rada Kultury?

Nic.
Bo pracuje za darmo.

A w dokumencie powołującym czytamy:

§ 5. 1. Spotkania Rady odbywają się w miarę potrzeb, jednak nie rzadziej niż dwa razy w roku.

    Szukam sprawozdań z posiedzeń Rady.
    Powinny być przynajmniej dwa.

    Źle szukam?
    Nie ma?
    Nie opublikowano?

    Jak to było w tej przyśpiewce o Maćku?
    Za późno. Już leży na desce.
    I nawet gdyby mu zagrali — nie podskoczy. Nawet we śnie.

    Inspiracja poszła bokiem.
    A nie ma w teatrze nic gorszego niż aktor obsadzony w roli, która do niego nijak nie pasuje. Nie każdy może grać hamleta tak jak nie każdy może być halabardnikiem.

    Post scriptum:

    Cześnik Raptusiewicz o Rejencie:

    „On zawsze swoje, choćby nie wiem co.”

    My mamy ich dwóch. Rejentów, którzy:

    • nie reagują na argumenty,
    • interpretują wszystko po swojemu,
    • realizują własny plan, jakby nie byli prezydentem miasta i szefem Samorządu Województwa.
    Brama Portowa i Teatr Kameralny w szerszym planie – jedno z najbardziej historycznych i oryginalnych miejsc w Szczecinie
    Proszę udostępnić ten artykuł
    Brak komentarzy

    Dodaj komentarz

    Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *