To jeden z pierwszych wypadków morskich w powojennym żeglarstwie polskim. Wcześniej jacht „Dar Żoliborza” wszedł na mieliznę koło Gotlandii, we wrześniu 1946 roku. Na szczęście nikt z załogi nie ucierpiał, a po remoncie jacht powrócił do żeglarstwa. „Poświst” też nie zatonął, choć uległ wywrotce i zalaniu wodą, a życie straciło czworo żeglarzy.
Tylko Bolesław Trochimowicz – cudem się uratował.
Wypadek miał miejsce na Zatoce Gdańskiej, w pierwszych dniach obozu żeglarskiego w Wisłoujściu, zorganizowanego przez Akademicki Związek Morski R.P. Jacht „Poświst” – nie był to przedwojenny „Poświst” (jacht zakupiony w Finlandii), lecz przekazany gdańskiemu AZM w ramach rewindykacji wojennych. Nadano mu tradycyjną nazwę (podobnie jak kilku innym, przejętym w tym czasie jednostkom). Załogę stanowili dwudziestoparoletni ludzie z różnych środowisk akademickich. W czasie żeglugi ostrym bajdewindem, przy niezbyt silnym wietrze, około godziny 20.00, urwał się balast. Jacht położył się na wodzie. Nie zatonął, a mimo to – wbrew dobrej praktyce morskiej, być może obawiając się zdryfowania na morze (przy wietrze odbrzeżnym – SW 3) – żeglarze postanowili płynąć wpław do oddalonego o kilka mil brzegu. Początkowo przytrzymywali się prowizorycznej tratwy sporządzonej z gretingów i kół ratunkowych „Pośwista”. Nadmierny wysiłek i wychłodzenie szybko uśmiercały rozbitków. Walkę o życie wytrzymał tylko Trochimowicz. Ponad piętnastogodzinne zmagania z morzem, własną słabością, wytrwałe płynięcie do brzegu, chłodna, dżdżysta noc, próba ratowania słabnących żeglarek, potem ich śmierć – to wszystko jest treścią relacji Trochimowicza. Po dopłynięciu do brzegu musiał przedzierać się „przez nieznany teren: wydmy, okopy, karłowatą sośninę, dziki brzeg”, by dotrzeć do zabudowań. Dopiero tam poczuł, że już nic mu nie grozi.
Po kilkudniowym pobycie w szpitalu, powrócił na obóz żeglarski w Wisłoujściu i dalej żeglował. Dowód niezwykłej siły charakteru i odporności psychicznej. Jego relacja, opis walki o przeżycie, przywołuje na pamięć inną tragedię. Raymond Maufrais, francuski dziennikarz i podróżnik, w 1947 roku wyruszył samotnie przez zez dżunglę, na trasie Gujana Francuska – Belem (w Brazylii). NIgdy z wyprawy tej nie powrócił. Jego ojciec, Edgar, prze kilkanaście lat szukał syna. Opublikował dwie książki, w tym „Zielone piekło w Gujanie”, wydaną. W1950 roku, w oparciu o odnalezione pamiętniki Raymonda.
Bolesław Trochimowicz miał więcej szczęścia, wyrwał się z objęć pochłaniającej go wieczności. Jesienno-zimowy czas, już po sezonie nawigacyjnym to dobry okres na chwilę zadumy nad potęgą przyrody i niezbadanymi możliwościami człowieka, pełnego wiary w życie i woli jego ratowania. Na tę wstrząsającą relację – ujętą w formie literackiej, pełną piękna, głęboko ludzkich przeżyć w obliczu potęgi sił przyrody natknąłem się w Kronice AZM-u w Szczecinie. Relacja ukazała się w trzecim numerze „Zeszytów Żeglarskich” w 2002 roku.

Niebo było ołowiane.
Smugi dżdżu łączyły niskie chmury z mętna wodą płynącej po przeciwległej stronie Martwej Wisły. Z prawej strony rozciągała się zieleń płaszczyzny Westerplatte, z lewej – prostopadle z wody wznosiły się ponure czerwone mury starego fortu. Miały one kolor zakrzepłej krwi na jakiejś potężnej, oślizgłej ranie. Taka pogoda trwała już trzeci dzień.
Moja załoga miała wyznaczony tego dnia pierwszy ćwiczebny rejs. Czekaliśmy na przejaśnienie, na to, by przestało lać – od rana. Dopiero ok. 5-tej po południu, odkotwiczyliśmy z basenu. Wyszliśmy z trudem, gdyż wiał wiatr prostopadle do toru wodnego basenu. W pół godziny po wyjściu na farwater dobiliśmy do kapitanatu. Po załatwieniu wszystkich formalności, wyruszyliśmy na zatokę. Tu mieliśmy nierówną trójkę z sudtenwestu, stan morza 3, zachmurzenie 10. Byliśmy wszyscy na pokładzie.
Przy rumplu zmienia liśmy się co pewien czas. Ciągle rozlegał się głos komendy: „do zwrotu przez sztak, do zwrotu przez rufę, człowiek za burtą”. Stwierdziłem z niemałym żalem, że oni się wszyscy znają, a ja jestem obcy — jestem sam, gdzieś tam, ze Szczecina.
Drążek sterowy dostałem ostatni i gdy go wziąłem do ręki, czułem, że oni odnoszą się do mnie z rezerwą, nie mają przekonania do mnie — widziałem troskę w oczach kapitana, bo to tam właściwie nie wiadomo, czy on w ogóle widział jacht.
Po paru zmianach sytuacja jednak wyjaśniła się.
Niepostrzeżenie ten nasz maleńki świat — otoczony ze wszystkich stron groźnie szumiącym morzem — zaczęła
oplatać wyraźnie cieniutka nić serdeczności. Zaczęliśmy mówić sobie wszyscy po imieniu. Wtedy stwierdziłem, że Jurek jest dobrze zbudowany, że Pimpuś to zuch i ma ładne, jeszcze niebieskie oczy, że Magdalenka jest
kondycyjnie najsłabsza i sprawiała wrażenie przemęczonej. Dowiedziałem się też, że Wandę nazywają „Syrenką”, oraz że jest to jej ostatni pożegnalny rejs na tym obozie i chyba w tym sezonie żeglarskim.
W międzyczasie znów zaczął padać deszcz.
Wiatr przybierał na sile, uderzał nierówno w naprężone płótna. Zaczynało grać na wantach. Powoli zapadał zmrok. Przed ósmą znowu byłem sternikiem. Dziewczynki poszły do messy, my zostaliśmy we dwóch na pokładzie. O ósmej wykonałem ostatni zwrot — ostatni zwrot przez sztak… by wracać do domu. Brzegu już nie było widać, kurs trzymałem na wiatr, szliśmy ostrym bajdewindem prawym halsem. Stalowo-szare fale z trzaskiem rozbijały się o relingi, ze złością chłostały burtę. Woda bryzgała w twarz, słono miałem w ustach.
W pewnym momencie stało się jasno, ale ta jasność była jakaś ohydna, trupia. Zabłąkana mewa z krzykiem pełnym grozy uciekła w stronę brzegu.
Nagle wszystko pociemniało, zmatowiało. Czułem w tej chwili, że coś się stanie. Chwyciłem drążek obiema rękami. Nagle cały jacht zadrżał. Wydało mi się, że słyszę niemal ludzkie, ciężkie westchnienie. Przez moment miałemspostrzegłem, że jacht nie poddaje się mojej woli, że stał się bezwładnym ciałkiem. Stało się to wszystko przeraźliwie szybko, a białe, bezsilne, niepotrzebne już żagle leżały na fali… A gdy niepostrzeżenie ta nasza maleńka rzeczywistość — otoczona ze wszystkich stron groźnie szumiącym morzem — zaczyna nas oplatać, znów zwala się na mnie cały ogrom przeżyć, cały koszmar doznanych wrażeń; i im bardziej zdaję sobie sprawę z tego, co zaszło, tym wyraźniej widzę, jak bezsilnym jest człowiek w walce z żywiołem o życie w takich warunkach.
Tak — to było okropne: stwierdzić, że nie można pomóc koledze, że nas jest coraz mniej, że za chwilę może to mnie spotkać, że zaraz zwątpię w życie, nie zechcę walczyć ze snem, ze znużeniem, z nieustannym bryzgiem fali w oczy, otwarte usta, w twarz.
I gdy było się tak — na granicy świadomości — przychodziły ciągle pokusy, by tę granicę przekroczyć, bo tam jest
spokój i cisza. Ciało domagało się odpoczynku. I wtedy ten oszałamiająco jednostajny bryzg fali stawał się poszumem kojącym, zapowiadającym Ciszę!
Takich momentów granicznych było coraz więcej. Jeszcze się walczyło, jeszcze się pracowało całym ciałem, płynęło, ale to, co się działo na zewnątrz, dochodziło do mózgu coraz trudniej — coraz trudniej.
Ten ciągły ruch ciała był coraz bardziej instynktownym, samozachowawczym, wyjętym spod kontroli zmysłów, które zawodzą coraz bardziej. Prawdopodobnie temu trzeba przypisać fakt, żeśmy oboje — jeszcze żywi — dopłynęli do brzegu. Od pierwszych chwil po awarii — Wandka i Pimpuś (Anna Potulicka) — zachowywały
się dzielnie, były skupione i zupełnie spokojne. Na twarzach i w oczach nie miały ani skazy strachu! A woda była zimna, padał deszcz, pod zwalającymi się chmurami trudno było rozeznać brzeg. Do dyspozycji mieliśmy każdy kamizelkę-kapok oraz jedno koło ratunkowe i — aby było lżej płynąć — zostaliśmy wszyscy w kostiumach kąpielowych. Płynęliśmy, trzymając się koła jedną ręką, wolną zaś ręką i nogami wiosłowaliśmy. Póki nie zabłysły światła portowe, płynęliśmy pod falę i pod prąd.
Gdy zaczęło świtać, woda stawała się zgniło-brunatna. Białe grzywy fal na tym tle wyglądały niesamowicie. Chmury wlokły się nisko, padał deszcz. Fala się nie zmniejszała. Po raz trzeci staraliśmy się z Wandką ratować Pimpusia. Wydawała mi się ona strasznie mała; miała takie dziecięce, jasne niebieskie oczy i tak ufnie patrzyły te oczy na nas — a my byliśmy bezradni. Później tylko słyszałem słowa Wandki: „ona już nie żyje”.
Zdjęliśmy z niej kamizelki ratownicze.
Pomogłem włożyć jedną — już trzecią z kolei — Wandce; jedna pozostała dla mnie. Zostaliśmy we dwoje. Stawało się coraz jaśniej; przed nami widniał wąski pasek brzegu w beznadziejnie jednakowej odległości — przynajmniej tak nam się zdawało. Nawoływaliśmy się ciągle po imieniu. Po pewnym czasie stwierdziłem, że Wandka odpowiada coraz bardziej sennym głosem, coraz bardziej bezwolnym — a moje perswazje, prośby i nakazy, by nie poddawała się, nie pomagały. Coraz bardziej popadała w straszne oszołomienie. Wtedy pomogłem jej zaczepić się, objąć kolo obiema rękami. Tak holując ją płynąłem sam.
Zimno było potworne.
Błyskawice chłodu, przebiegając od karku do pięt, sprawiały coraz gorszy ból fizyczny. Chciało się potwornie spać. A tu wkradała się coraz do świadomości myśl: teraz już kolej na mnie. A brzeg było ciągle widać i nie można było do niego dobrnąć. Zdawało się znów, że to nie brzeg, że to przywidzenie — i do tej pory tłumiona siłą woli rozpacz i zwątpienie zaczęły wypełzać z dna duszy i z szarych, mętnych, zbałwanionych fal i chwytać za gardło. Wydawało mi się, że jestem bardzo daleko od rzeczywistości. Nie czułem już wody, nie czułem sytuacji, w jakiej byłem i było mi to wszystko właśnie takie dalekie. Takie złudzenia odległości miewałem kiedyś w dziecięcych latach, gdy byłem chory na zapalenie płuc i miałem silną gorączkę.
Mniej więcej godzinę przed brzegiem nagle dotarło do mojej świadomości, że jestem sam. Wandka była jakieś sto, sto pięćdziesiąt metrów w bok ode mnie na fali, miała twarz nad wodą; utrzymywały ją kamizelki ratownicze. Nie wiem, czy płynęła. W przypływie jakiejś energii krzyknąłem:
— Wandka — wracaj, bo zginiesz.
I znów zapadłem w ten bezwład woli, w obojętność i nieświadomość otoczenia. Widziałem ją jeszcze raz, a później słyszałem jej krzyk. Nie rozumiałem słów — chyba to już nie były słowa nawet. Ale czułem, że ona mnie woła, że woła pod wpływem grozy, jaka nią owładnęła, gdy dotarło do jej świadomości, że jest sama.
Ja to czułem wtedy — to było straszne! To była moja najcięższa chwila, wtedy chciałem już nie żyć.
W tym momencie czułem, że powinienem, że moim obowiązkiem jest pomóc — ale równocześnie wiedziałem, że nie jestem w stanie uczynić tego, że nie mogę jej pomóc!!
I znów odległość odczuć i znów ohydny bryzg zmienia się w cichy poszum i znów wąski pasek brzegu — czy rzeczywisty, czy nie.
Potem brzeg. Instynkt mnie palił: jak najdalej od wody; potem świadomość, że w tej drodze do ludzi, do życia — po wydmach, okopach i karłowatej sośninie dzikiego brzegu — nie mogłem utrzymać równowagi. Ale szedłem, przewracałem się, czołgałem, byle tylko dalej.
Potem ludzie, dom, gorący napój, karetka pogotowia, szpital, sześć godzin koszmarnego snu.
A potem znów jedna z rzędu najgorszych chwil. Analiza przeżyć w pełni świadomości zmysłów.
I jeszcze kilka ciężkich momentów: pierwszy dzień w obozie — nastrój kolegów i fakt wyrzucenia ciała Pimpusia przez morze wpłynął na mój stan nerwowy nadzwyczaj źle oraz rozmowa z matką Jurka i ojcem Wandy.
Obóz zbliżał się ku końcowi, pogoda ciągle była sztormowa. I gdy wychodziliśmy na ostatni rejs — niebo było ołowiane, smugi dżdżu łączyły chmury ze wzburzoną mętną falą i gruzami całych dzielnic Gdańska, cegły fortu były coraz bardziej krwawe, ale nie wróżyły już śmierci.
Wróciliśmy wszyscy cali.
I gdy teraz, w taką pogodę, patrzę na morze, czuję jego grozę i potęgę, ale czuję jednocześnie — z drżeniem ciała — że ta Wielka Przygoda, jaką jest morze, ciągnie mnie i woła nieprzeparcie ku sobie.
Bolesław Trochimowicz
Szczecin dn. 9.XI.1948

