Ogród jeszcze niczego nie załatwia. Sam w sobie nic nie znaczy. Kilka drzew, jakaś rzeźba z przewróconym krzesłem, którego kształt może komuś jeszcze przypomina złamany znak swastyki. Ale takie skojarzenia umierają razem z odchodzącym pokoleniem. Młodsi już tych symboli i znaczeń nie widzą. A nawet jeśli dostrzegą jakieś znaki, nie zatrzymują na nich wzroku.
Ogród bez opowieści jest tylko ogrodem. Miejsce pozbawione instrukcji obsługi nie wywołuje niczego więcej niż przelotne zainteresowanie.
I chyba właśnie tutaj zaczyna się prawdziwy temat tego tekstu. Nie w samym ogrodzie i nie w samym festiwalu, lecz w osobliwym rozdwojeniu Szczecina.
Im dłużej stoję w tym ogrodzie, tym mniej wierzę, że chodzi tu tylko o zaniedbane miejsce. Ogród i festiwal zaczynają wyglądać jak dwa odcinki tej samej historii. Tutaj pamięć zarasta ciszą. Tam obrasta wydarzeniem. Tutaj blakną tablice. Tam świecą nazwiska. A pośrodku stoi ten sam nierozwiązany problem: co właściwie Szczecin chce zrobić z Bonhoefferem?
Ale ten ogród — nawet gdyby go zaorać — pozostałby świadkiem wiary. Wiary nie w sensie wyznaniowego hasła, lecz wszystkiego, co to małe słowo potrafi w sobie pomieścić: wierności, odwagi, cierpliwości, odpowiedzialności. Jest dowodem. Tyle że dowodem, którego prawie nikt już nie odczytuje.
Stoję pośrodku tego miejsca i mam wrażenie, że czas nie mija tu linearnie. Krąży. Nakłada się warstwami. Nic z tego, co się tu wydarzyło, nie zostało usunięte z pamięci. Zostało tylko zapomniane.

Sama wiadomość, że funkcjonowało tu kiedyś nielegalne seminarium, też nie wystarcza. Dla współczesnej wyobraźni jest to ledwie migawka, słaby przebłysk w obrazkowej świadomości ludzi karmionych setkami filmów, seriali i historii, w których krew leje się bez końca, a napięcie trzeba stale podkręcać, bo inaczej odbiorca odpłynie do następnego obrazka. W takim świecie samo słowo „seminarium” brzmi głucho i niemal bezradnie. „Nielegalne seminarium” — trochę lepiej, ale tylko trochę. Bez przewodnika, bez żywego klucza pozostaje to tylko historyczną ciekawostką.
Organizatorzy Ogrodu Ciszy i Medytacji postanowili więc — i słusznie — uczynić z tego miejsca coś więcej niż park z pamiątkowym głazem i tablicami. Chcieli — wzdłuż szutrowej ścieżki — wytyczyć intelektualną drogę krzyżową pytań pastora. Na powyginanych, spłowiałych niemal do nieczytelności tablicach umieszczono także cytaty z Bonhoeffera. Nie były to tylko informacje o tym, co tu kiedyś było, lecz także inspiracje do rozważań, wezwania do zatrzymania się i próby nawiązania rozmowy.
— Spróbuję — pomyślałem.
Ale zanim przeczytałem treść pierwszej z tablic, spojrzałem na mojego towarzysza w tym spacerze. Bonhoeffer szczeciński. Nie ten zamieniony w plakat i festiwalowy format, ale ten, którego od lat usiłuje się w tym mieście jakoś osadzić. Jak, od kiedy, przez kogo i w jakiej formie był tu obecny? Kto i kiedy postanowił nam o nim przypomnieć? Dlaczego uznano, że właśnie on jest dla tego miejsca ważny? Co naprawdę zrobiono z jego obecnością? I niemal odruchowo zrobiłem sobie w głowie przegląd wszystkich klęsk tych wysiłków.
Bo żadna z tych inicjatyw właściwie się nie powiodła. Naukowo? Jeśli coś w tej historii przybrało formę naprawdę domkniętą, są to prace i badania dra Michała Paziewskiego. To jednak był rok 2015, kiedy słuchaliśmy wykładu „Nieznany szczecinianin — pastor Dietrich Bonhoeffer”. Od tamtej pory nie widać ciągu dalszego o podobnej wadze.
Wsparcie niemieckie zatrzymano. Centrum Bonhoefferowskie, ulokowane kiedyś w jednej z najbardziej okazałych willi Pogodna, zlikwidowano. Dziś służy ono szlachetnemu celowi — to prawda. Prywatne przedszkole integracyjne wynajmuje ten obiekt i pełni funkcję szalenie ważną i potrzebną. Cel przyznania tej dawnej siedziby konsulów Niemiec i Czechosłowacji był jednak inny. Nie zmienia to faktu, że dla pamięci o Bonhoefferze był to koniec pewnego pomysłu. Willa została. Bonhoeffer zniknął. Nie wiem, ile pieniędzy i intencji rozeszło się tu bez śladu.
Próbowałem kiedyś dojść do przyczyn tych niepowodzeń. Rozmawiałem z jednym z ludzi zasłużonych dla pamięci o Bonhoefferze. Obiecywał wyjaśnienia. „Zadzwonię. Wszystko wyjaśnię”. Pół roku czekania. Potem rok i kolejne zapewnienie. I znowu cisza. Trwa do dziś.
Pamięć o Dietrichu Bonhoefferze w Szczecinie miała swoje momenty instytucjonalne, ale nie utrzymała trwałej ciągłości. Punktem wyjścia pozostają Zdroje — dawne Finkenwalde, gdzie właśnie tu, gdzie stoję, w latach 1935–1937 działało seminarium kaznodziejskie prowadzone przez Bonhoeffera. To jedyny element tej historii naprawdę zakorzeniony w miejscu. Po 1989 roku próbowano tę pamięć odbudować. W 1995 roku jego imię nadano domowi parafialnemu parafii luterańskiej. W 2003 roku powołano wspomniany Bonhoeffer-Haus jako miejsce spotkań i refleksji. Później powstał Ogród Ciszy i Medytacji — materialny znak tej pamięci. Równolegle organizowano Międzynarodowe Dni Bonhoefferowskie, a po roku 2020 pojawił się festiwal „Ślady”, próbujący wprowadzić Bonhoeffera w obieg teatralny i artystyczny. Instytucje znikały, wydarzenia traciły rytm, a jedynym trwałym elementem pozostawało miejsce. I tych kilka wystających z ziemi cegieł, może okryte trawą fundamenty seminarium?
— Pastorze, nie czujesz się tutaj czasem jak gość?
— Piąte koło u wozu — chciałbyś powiedzieć? Kłopotliwy patron i lokator, nazwisko, które dobrze wygląda na afiszu, ale szybko przegrywa z codziennością?
Nie wiem, co odpowiedziałby Bonhoeffer, gdyby usłyszał takie pytanie. Czy wzruszyłby ramionami? Czy roześmiałby się krótko? Czy powiedziałby, że nie on jest tu najważniejszy, tylko prawda, o którą chodziło? A może przeciwnie — wskazałby bez litości, że jeśli miejsce, pamięć i słowa nie pracują razem, to zostaje z nich tylko dekoracja?
Coraz częściej myślę, że czas autorytetów dawno minął. Nie dlatego, że przestali istnieć ludzie ważni, lecz dlatego, że wiedza o ich czasach rozmyła się w medialnym, komercyjnym, multimedialnym świecie do tego stopnia, że liczy się już przede wszystkim akcja, a nie refleksja. Nazwisko, nie dzieło. Znak firmowy zamiast pytania. Kto dziś naprawdę chce się zatrzymać nad kimś takim jak Bonhoeffer? Nad jego wyborem, jego samotnością, jego odpowiedzialnością, jego wiarą wystawioną na próbę? Łatwiej użyć go jako hasła, niż wejść z nim w spór.
Dwa albo trzy razy składano przed laty wniosek o nadanie ulicy, tej biegnącej blisko ogrodu, imienia Bonhoeffera. Władze miejskie nie wyraziły zgody. Jak to? W Szczecinie niemiecki ksiądz? I to jeszcze nie „nasz”? Tak opowiadał mi pewien magistracki weteran, człowiek, który zęby zjadł na lokalnych układach. Nie wiem, czy właśnie tak to sformułowano. Ale sens był dokładnie taki. Bonhoeffer owszem — na uroczystość, do przemówienia, do ekumenicznego gestu albo do debaty. Ale nie do mapy miasta.
Może właśnie w tym tkwi sedno problemu.
Bo Bonhoeffer w Szczecinie jest ciągle trochę wypożyczony z magazynu historycznych rekwizytów — jednak obcy, raczej zastępczy i przyniesiony z zewnątrz, żeby wypełnić pustkę z braku własnych bohaterów. Nie stał się przedmiotem uniwersyteckiego namysłu na miarę jego znaczenia. Uniwersytet pojawia się przy organizacji festiwalu.
Ale kto z ramienia uczelni naprawdę podjął trud myślenia o Bonhoefferze w sposób systematyczny? Kto zbudował wokół niego trwałe pole badań? Kto pokazał, po co ten człowiek jest nam tu, dzisiaj, naprawdę potrzebny? Kto wesprze studia kiedyś zainicjowane?
W debatach festiwalowych pojawiają się pisarze, publicyści, ludzie kultury, nazwiska o znanym ciężarze symbolicznym. Gwiazdy. Plakaty aż wyginają się od krzyczących, sławnych nazwisk. Tylko kto naprawdę powie coś nowego o Bonhoefferze? Kto cokolwiek powie o Bonhoefferze?
Od żadnego z wielkich gości poprzednich edycji festiwalu nie usłyszałem myśli wykraczającej poza ogólnik: Bonhoeffer był ważnym pastorem. Ale ile razy można na nowo przywoływać ten sam zestaw ogólnych wzruszeń? Ile razy można analizować wiersz Różewicza albo powtarzać, że najgłębsze myśli rodzą się w więziennej celi? Krążą cytaty i odniesienia, a wokół nich gęstnieje mgła, w której nazwisko pastora unosi się tak wysoko, że trudno już dosięgnąć samego człowieka.
Z Bonhoefferem jest trochę jak z fortepianem. Nie wystarczy go mieć i ustawić w salonie. Fortepian trzeba jeszcze nastroić. Trzeba umieć na nim zagrać. Trzeba wiedzieć, po co stoi w pokoju. Inaczej zostaje tylko eleganckim meblem. Całkowicie niemym.
I mam wrażenie, że z Bonhoefferem w Szczecinie stało się właśnie coś takiego. Nikt nie zdefiniował prosto, jasno, bez celebracji, po co ten pastor jest nam w życiu codziennym potrzebny. Nie padła odpowiedź, która działałaby jak teza: zwięzła, odważna, sprawdzalna. Po co nam Bonhoeffer? Co nam mówi tutaj, teraz, w tym mieście, choćby tylko w Ogrodzie Ciszy i Medytacji? Z braku jasnej odpowiedzi rodzą się właśnie te wszystkie półśrodki, półgesty, półprzekłady i półobecności. Także „Ślady”. Przypominam sobie jedną z debat. Pisarka, występująca jako reprezentantka szczecińskiej humanistyki, zaczęła od zastrzeżenia, że o samym pastorze mówić właściwie nie będzie. Był to gest aż nazbyt znamienny. Bonhoeffer znowu pojawił się na scenie, ale nie jako człowiek i myśl, tylko jako wygodny punkt wyjścia do mówienia o czymś innym.
Z drugiej strony — linia produkcyjna festiwalowych imprez nabiera rozpędu. Po drugiej edycji, z powyższymi pytaniami, zwróciłem się do ojca Tomasza Dostatniego. Proszę: po co nam Bonhoeffer? Treść mojego listu, we fragmencie:
„Czy zechciałby Ojciec wyrazić opinię, którą chciałbym zamieścić na budowanej stronie internetowej — dlaczego postać Bonhoeffera nie może się przebić przez jakąś barierę, która sprawia, że człowiek, który w pewnym sensie mógł przyczynić się do zmiany biegu historii i losów świata, przegrywa z każdą popkulturową efemerydą?
To — w mojej ocenie — niefortunne nazwanie szczecińskiego spotkania ‘festiwalem’ świadczy, że nawet w kręgu osób doskonale znających i doceniających Dietricha Bonhoeffera uchodzi zgoda na to określenie, nawiązujące bardziej do ludyczności, zabawy, show niż refleksji.
W różnym czasie i w różnych miejscach pojawiają się interesujące opracowania oraz artykuły. Wszystkie będę chciał umieścić na jednej stronie. Także pokażę cały światowy dorobek związany z postacią Pastora. Ale chciałbym też wiedzieć, dlaczego w Polsce nikt nie podejmuje systematycznych badań, nie opracowuje materiałów, nie włącza ich w dyskusję nad naszą codziennością. Bonhoeffer wielkim człowiekiem był i… i na tym koniec?
Nie sądzę, by w przyszłym roku udało się zorganizować kolejną odsłonę ‘festiwalu’. Czego miałaby ona dotyczyć? Kto wziąłby w niej udział? Jaki plon mogłaby przynieść?
Jeśli powstanie publikacja, to pewnie na poziomie wydawnictwa uniwersyteckiego o śladowym nakładzie i jeszcze mniejszej dystrybucji.
Biografia Bonhoeffera i wybór jego pism nie są wznawiane. I chyba nie będą. Mina dyrektora Znaku sugerowała: nie sprzeda się.
Dlaczego zatem Bonhoeffer nie zostanie bohaterem współczesnym i dla współczesnych Polaków, dla Szczecinian?”
I odpowiedź, cytuję w oryginale:
„Dziękuję za list. Niestety z braku czasu i zaangażowanie publicystyczne w innym obszarze nie jestem w stanie podjąć Pana propozycji.
Ukazały się już o naszym Festiwalu Ślady dwa teksty, w ‘Zwiastunie’ ks. Sikora, w tygodniku ‘Niedziela’ Przemka Fenrycha. To są duże teksty, również ‘Gazeta Wyborcza’ opublikuje rozmowę z Adamem Michnikiem o Bonhoefferze i prawdopodobnie mój duży tekst o Festiwalu i Bonhoefferze…
Ukłony
Tomasz Dostatni
P.S. Już wystartowały organizacyjne działania przyszłorocznego Festiwalu…”
Nawet tutaj Bonhoeffer nie trafia do szerokiego obiegu bez przeszkód. Tekst ks. Sikory można przeczytać dopiero po wykupieniu subskrypcji. Jakby i pamięć o pastorze była u nas dobrem częściowo reglamentowanym
No tak. Kolejny festiwal. Zaraz następny. Każdy wymaga środków, energii, organizacji. A odpowiedź na pytanie „po co?” wciąż pozostaje niejasna.
Nikt inny z uczestników debat nie odpowiedział na mój list i prośbę.
Hm… Te pędzące pociągi. Jak podkreślniki — przerywają moje myślenie. Zaczynam się do nich przyzwyczajać. Może nawet je polubię? Dzięki nim ten ogród nie zamienia się całkiem w niemą dekorację.
Wracam do tablic ogrodowych. Zatrzymuję się przed pierwszą z nich dłużej, niż powinienem.
Bo widzę, że problem z umieszczonymi tu treściami nie kończy się na tym, że tablice są powyginane, spłowiałe i niemal nieczytelne. Ich fizyczny stan tylko coś obnaża. Pokazuje, że podobnemu wypłowieniu uległ także sens.
Czytam:

„Nie ma bardziej uszczęśliwiającego uczucia ponad to, że jest się kimś znaczącym dla innych”.
I już wiem, że to nie… bonhoefferowski fortepian. To jakiś fałsz. A przynajmniej dźwięk poza strojem.
Poniżej umieszczono oryginał cytatu:
„Es gibt kaum ein beglückenderes Gefühl, als zu spüren, daß man für andere Menschen etwas sein kann”.
Wersja angielska jest chyba jeszcze gorsza. Po angielsku nie mówi się raczej “more happy making feeling”.
Sprawdzam. Najprawdopodobniej to fragment z Widerstand und Ergebung, z tomu ósmego Dietrich Bonhoeffer Werke; część opracowań doprecyzowuje, że chodzi o list z więzienia z 14 sierpnia 1944 roku. Ale bibliografia jest tu sprawą drugorzędną. Najważniejsze jest to, że sens tego zdania został przesunięty, a może wręcz odwrócony. W oryginale środek ciężkości spoczywa gdzie indziej. W zdaniu „für andere Menschen etwas sein” chodzi nie o pozycję, lecz o relację. Nie o bycie kimś ważnym, tylko o bycie ważnym dla kogoś.
To różnica zasadnicza. Bo czym innym jest powiedzieć: „mogę coś znaczyć dla innych ludzi”, a czym innym: „jestem kimś znaczącym”. W pierwszym przypadku człowiek odkrywa, że jego życie ma sens dla drugiego człowieka. W drugim — otrzymuje potwierdzenie własnej doniosłości. U Bonhoeffera jest wdzięczność za możliwość bycia dla innych. Na tablicy natomiast pojawia się cień zadowolenia z własnej wagi.
I wtedy rozumiem, że cały ten ogród, wszystkie te wysiłki i całe lokalne przywoływanie Bonhoeffera rozgrywają się właśnie w tej jednej szczelinie: między żywą myślą a dekoracyjnym cytatem.
Jeśli nie wiadomo, po co Bonhoeffer jest nam potrzebny, wszystko zaczyna dryfować. Miejsce zarasta. Instytucje milkną. Tablice płowieją. Cytaty tracą sens. Nazwisko zostaje, ale człowiek się oddala.
A przecież właśnie z nim trzeba by tu rozmawiać najuczciwiej. O tym, czy potrafimy jeszcze usłyszeć, że człowiek nie żyje po to, by być kimś znaczącym, lecz po to, by nie być dla drugiego człowieka kimś zbędnym.
Patrzę na tę tablicę i myślę, że może tu właśnie zaczyna się prawdziwy kłopot Szczecina z Bonhoefferem. W tym, że przyjęto go połowicznie. Uczczono, lecz nie przemyślano. Przywołano, lecz nie wysłuchano.
A człowiek niewysłuchany wcześniej czy później zamienia się w cytat, zazwyczaj wyrwany z kontekstu.
I może dlatego te wszystkie tablice są tak smutne. Bo zbanalizowano je i w formie, i w treści. One same potrzebują obrony. Nie tylko przed deszczem, rdzą i słońcem, ale przed powierzchownością, która odbiera sens zarówno miejscom, jak i słowom.
Spróbuję więc czytać dalej. Ale już wiem, że nie będzie to spacer po ogrodzie. To będzie przejście przez krajobraz nieudanych prób. Przez ślady dobrych intencji, które nie wytrzymały próby czasu. Przez miasto, które chciałoby mieć Bonhoeffera, ale nie wie, co z nim zrobić.
I może właśnie dlatego pastor wciąż tu milczy.
Bo zanim odpowie na nasze pytania, sam chciałby pewnie usłyszeć jedno: po co naprawdę go tu przywołujemy?
Pociągnąłem skrzywione przęsło furtki. O, a z tej strony żywopłot ogranicza przestrzeń, by mogła pełnić funkcję głównej bramy, a nie wejścia bocznego. Tuż naprzeciw wejścia do Ogrodu Ciszy i Medytacji wpadam na drzewa płonące iskrami białych kwiatów. Mój Boże. Cóż za siła życia. Jaka wiara w jego odrodzenie.
[1] [1] Ogród Ciszy i Medytacji – nazwa ta stanowi bolesny oksymoron w zderzeniu z opisywanym stanem miejsca, ale też jego codziennego funkcjonowania. Ostatnie medialne ślady z życia ogrodu pochodzą z września 2024 roku, wcześniejsze – z lipca 2023, a jeszcze kolejne – z września 2018. Jeszcze we wniosku o dofinansowanie z 2023 roku deklarowano: „…jak co roku planujemy międzynarodowe spotkanie w Ogrodzie…”. Etymologicznie słowo ogród (psł. *gordъ) oznacza przestrzeń wydzieloną, bezpieczną i chronioną płotem przed chaosem zewnętrznym. W tradycji judeochrześcijańskiej i klasycznej ogród (hortus conclusus) był ziemskim odbiciem raju – miejscem kontemplacji, gdzie ład natury sprzyjał ładowi ducha. Ale… czyjego ducha? Kto tu mieszka, kto przychodzi, przed czym do ogrodu tego ucieka?
Ogród Ciszy i Medytacji – nazwa ta stanowi bolesny oksymoron w zderzeniu z opisywanym stanem miejsca, ale też jego codziennego funkcjonowania. Ostatnie medialne ślady z życia ogrodu pochodzą z września 2024 roku, wcześniejsze – z lipca 2023, a jeszcze kolejne – z września 2018. Jeszcze we wniosku o dofinansowanie z 2023 roku deklarowano: „…jak co roku planujemy międzynarodowe spotkanie w Ogrodzie…”. Etymologicznie słowo ogród (psł. *gordъ) oznacza przestrzeń wydzieloną, bezpieczną i chronioną płotem przed chaosem zewnętrznym. W tradycji judeochrześcijańskiej i klasycznej ogród (hortus conclusus) był ziemskim odbiciem raju – miejscem kontemplacji, gdzie ład natury sprzyjał ładowi ducha. Ale… czyjego ducha? Kto tu mieszka, kto przychodzi, przed czym do ogrodu tego ucieka?

