Bezkarność kulturalna…

Marek Koszur
Autor Marek Koszur
13 min lektury
Sacrum Non Profanum - edycja współczesna

ŻAŁOBY NIE BĘDZIE – czyli kulturalnie zimny trup

Mija rok od chwili, gdy organizator i dyrektor Festiwalu Polskiej Muzyki Współczesnej Sacrum Non Profanum przekazał stery imprezy w ręce Szymona Wyrzykowskiego.

Bo musiał? Bo los tak chciał? .

Nie. Kulisy tej sprawy nie mają w sobie nic sentymentalnego. Marszałek Olgierd Geblewicz uznał, że dwadzieścia lat minęło i starczy. Nie zaproponował nowej umowy patronackiej.

Proszę zabierać swoje nuty i fiut… Żegnam.

Tak została wykopana na bruk impreza, która w historii polskiej kultury nie miała, nie ma i mieć nie będzie swojego odpowiednika.

Jeśli nawet pojawią się we Wrocławiu czy Krakowie próby propagowania na wielką salę polskiej muzyki współczesnej, to nie uda się podpiąć pod nowe akcje bagażu i prestiżu Sacrum Non Profanum.

Śledziliśmy w TVSiódemce i na stronie koneser.club losy ostatniej edycji festiwalu. Przypomnieliśmy jego początki — zgrzebne, ale jakże romantyczne, wręcz ułańskie — w niemalże gruzach kościółka w Trzęsaczu.

Krzysztof Penderecki przyjeżdżał tu z głową w szacunku pochyloną. Wdowa po Sir Andrzeju Panufniku wyraziła życzenie i pogratulowała profesorowi Bohdanowi Boguszewskiemu, że zechciał w tak piękny i profesjonalny sposób „dokończyć” dzieło jej męża, dopisując części partytury.

Katedra drżała w pasach, gdy chóry i Orkiestra Academia wyzywały Siły Niebieskie na muzyczne zmagania. Ziemia zwyciężyła — by polec w sposób tak nieszlachetny.
Wręcz zdradziecki.

Czytam właśnie, że wojewoda Adam Rudawski, prezydent Piotr Krzystek i saksofonista Sylwester Ostrowski przekonali dyrektorkę Instytutu Adama Mickiewicza, aby ta organizacja, po raz dugi włączyła się w promowanie Szczecin Jazz — imprezy Szczecińskiej Agencji Artystycznej, z dyrektorem artystycznym Sylwestrem Ostrowskim na czele.

W Europie odbywa się rocznie około tysiąca festiwali jazzowych. W samej Wielkiej Brytanii około 200. Ponad 150 na linii: Austria + Norwegia + Holandia + Dania.

W Polsce — chyba trzy. Najstarszy, od 1954 roku: Krakowskie Zaduszki Jazzowe.

Szczecin Jazz jest dostrzegalny w świecie, głównie w międzynarodowym obiegu branżowym jazzu (prasa jazzowa + sieci festiwali), a nie jako „masowa marka” rozpoznawalna poza środowiskiem.

W prasie europejskiej ukazały się łącznie bodaj trzy większe relacje. To bardzo dobrze. W części materiałów widać też spór o rangę: są głosy, że festiwal jest międzynarodowy i „sieciuje branżę”, ale jednocześnie bywa pomijany w niektórych zestawieniach lub oceniany jako projekt mocno PR-owy.

To nie obala „widzialności”, tylko pokazuje różne miary prestiżu.

A gdyby wsparł się o markę Sacrum Non Profanum? Gdyby takie bocianie gniazdo jak Szczecin zaczęło budować zjawiska — rozpoznawalność regionu i jego stolicy byłaby, w promilach licząc, ociupinkę większa?

Kontynuację festiwalu — poza marszałkiem — deklarowali wszyscy: odklejony od kultury wiceprezydent, szef sejmiku, pozbawiony zaufania dyrektor wydziału. Tak, tak, oczywiście, oczywiście. Jak najbardziej, jak najbardziej.

Najbardziej żenującą postawę wykazał nowy dyrektor filharmonii. Dopytywany przeze mnie o – wzorem poprzednich władz tej sali koncertowej – nawiązanie współpracy z Sacrum Non Profanum – nie odpowiedział. Nie wiem – ale też spekulować nie chcę, czy w ogóle wiedział i słyszał o Sacrum Non Profanum? Ale co nowa miotła będzie się starymi śmieciami zajmowała.

Teraz JA!

Kindersztuba nie wymaga studiów muzycznych. Kindersztuba to m.in. umiejętność wpisania się w nowe środowisko, do którego pan dyrektor filharmonii został zaproszony. Jako szczeciński neofita doskonale (kurczę, a może nie?) musiał wiedzieć, że osobą w tym środowisku, muzycznie ulokowaną na najwyższym miejscu, jest profesor Bohdan Boguszewski.

Nie wypadało pójść do Profesora, przedstawić się, zapytać o radę (grzecznościowo, spokojnie, panie dyrektorze — przecież to tylko pan wie, że wie już wszystko), zaprosić do współpracy (też bez strachu — kurtuazyjnie, bez zobowiązań). Ale pan dyrektor milczał. Więc Profesor do dyrektora napisał. List.

Bingo.
Mają Państwo rację: dyrektor nie odpowiedział. A wiceprezydent kiwał głową, że spotkanie obu muzyków byłoby cennym doświadczeniem. Dyrektor Cichy nawet ze trzy razy zapewniał, potwierdzał.

– Miły chłop – usłyszałem. – Wydaje się być zainteresowany współpracą…

Plastikowy, ledowy Szczecin kontratakował. Stare musi odejść.

Aż trudno uwierzyć, że obecni liderzy (jeden) chcą np. zajmować się Muzeum Narodowym. Ile można patrzeć i co nowego można dostrzec w łupkach, ościach, kawałkach drewna czy strzępach szat?

Dorobek profesora Jana Szyrockiego, prestiż międzyzdrojskiego Festiwalu Pieśni Chóralnej w Międzyzdrojach czy tlący się festiwal w Kamieniu Pomorskim – uznać mielibyśmy już definitywnie za relikty?

A w ustach tyle frazesów! Nie będę ich powtarzał. Jeszcze bym się pomylił…

Zamiast pointy — anegdota o klasie niegdysiejszych włodarzy


To było przed rokiem 1983. Kierowałem redakcją Studia Bałtyk Polskiego Radia szczecin . Któregoś dnia oznajmiono: władza oddaje Kościołowi jego nieruchomości. Przy alei Wojska Polskiego 211 znajduje się willa kupca Ottona Lindnera. Po wojnie — reprezentacyjny ośrodek Urzędu Wojewódzkiego, potem siedziba konsula Finlandii, a od 1981 roku — przedszkole. To właśnie ta willa miała przypaść biskupowi szczecińsko-kamieńskiemu w ramach rozliczeń za zagarnięty przez państwo majątek kościelny (będę zobowiązany, jeśli ktoś skoryguje moją niepamięć).

Do redakcji zatelefonował ktoś z rodziców: ponad dwieścioro dzieci z dnia na dzień traci przedszkole.

– Pomóżcie – wołał zdenerwowany rodzic.

Natychmiast poprosiłem o spotkanie biskupa Kazimierza Majdańskiego. Pojechałem z mikrofonem, ale biskup odmówił nagrania. Wyjaśnił mi jedynie, że on nikomu nic nie odbiera — on dostaje to, co było jego. A że nie dokładnie to, co należało zwrócić, tylko substytut, to w imię pojednania wyraził zgodę.
Zaapelowałem o interes rodziców i dzieci. Chciałem… Ale czas minął.

– Z panem Bogiem… – usłyszałem zza domykających się drzwi.

Dobrze – pomyślałem nie bez radości. – To będzie nas dwóch przeciwko jego eminencji.

Z piskiem opon mojego wartburga objechałem biskupiego mercedesa i pognałem do redakcji. Napisałem krótką informację o spotkaniu z szefem diecezji.

Minął dzień, może dwa. Znów rano siedzę w studiu, prowadzę poranną audycję. Na 8:05 miałem przygotowany duży komentarz poświęcony właśnie przedszkolu.

Cztery po ósmej — na parę sekund przed wejściem na antenę — telefon do studia: przedszkole zamknięte, na drzwiach kartka i tłum dzieci oraz skonsternowanych rodziców.
Do cholery — myślę sobie — trzy, dwie sekundy… muzyka cichnie, zapala się lampka – mikrofon włączony. Zaczynam odczytywać wczoraj napisany tekst, zatwierdzony przez wicenaczelnego, przez cenzurę. Czytam i się wściekam. Już druga kartka, sześć po ósmej. A mnie nosi…

Zza szyby reżyserki (chyba Zygmunt Kempiński, realizator, człowiek o niebywałym doświadczeniu radiowym) daje mi sekretny znak, unosząc lekko słuchawkę telefonu. Unosi pięć palców drugiej ręki w górę. Rozumiem – to już piąty telefon w tej samej sprawie.

Trzecia strona komentarza. Ledwie część zapisana. Jak to zrobiłem — nie wiem: czytałem i dopisywałem dwa dodatkowe zdania kończące mój materiał. Brzmiały one tak:

— Kto — powtarzam jeszcze raz — kto, i pytam stanowczo: kto, jak pijany płotu, utrzymuje w mocy decyzję o likwidacji przedszkola?

Poszło…

Cisza. Muzyka. Ósma osiem.

Poziom frustracji bardzo wysoki. Pan Zygmunt mrugnięciem czerwonej lampki daje znak, że kończymy dzisiejsze Studio Bałtyk. Otwarty mikrofon — żegnam słuchaczy, powtarzając już bez emocji zdanie: kto utrzymał w mocy decyzję o tak niespodziewanym zamknięciu przedszkola?

8:10. Zsuwam słuchawki na szyję, zbieram dokumentację audycji, uzupełniam ją o niezbędne informacje. W reżyserce koledzy zwijają taśmy, już jest nowa ekipa realizująca kolejny program.

Chcę wstać zza biurka, ale widzę lekkie poruszenie w reżyserce. Podnoszę wzrok — nie rozumiem, co się dzieje. Z mojego miejsca za szybą nie widziałem drzwi wejściowych do pomieszczenia, a w tamtą stronę zwróceni są wszyscy technicy.

Nagle, jak spod ziemi, staje twarzą do studia, ale za szybą, ówczesny wojewoda Jerzy Kuczyński. Czarnowłosy, o ciemnej karnacji skóry, z twarzą niepróbującą maskować zdenerwowania. Patrzymy sobie w oczy. Nie słyszę, co mówi, ale pokazując palcem na siebie, daje do zrozumienia:
„Ja. To ja jestem tym pijanym, który trzyma się płotu”.

Oczywiście nie powiedział tego dosłownie — to w mojej imaginacji postawa wojewody mogła kojarzyć się z końcówką mojego komentarza.

Wyszedłem ze studia. Przywitałem się z wojewodą. Ten zaprosił mnie do siebie, ale nie w sprawie przedszkola. W każdej innej.

— Proszę uznać, że tematu przedszkola już nie ma.

Zrazu nie zrozumiałem tych słów, bo wojewoda wyszedł i odjechał z piskiem opon swoim Fiatem 125p. (ach , jakimi byliśmy samochodziarzami!)

Poszedłem do wieżowca z budynku studia przy Wojska Polskiego. Wice naczelny nie krył irytacji: mówił o sprzeniewierzeniu się obowiązkom, o zmianie zatwierdzonego tekstu, o konsekwencjach służbowych. Pewnie coś jeszcze.

Wróciłem do redakcji.

O dziewiątej, jak każdego dnia, mieliśmy konferencję z redakcjami warszawskimi, na której zgłaszaliśmy tematy dnia do audycji „Sygnałów porannych”, do „Z kraju i ze świata”, do „Radiokuriera”. Potem konferencja Studia Bałtyk. Wszyscy – skąd wiedzieli – pytali o rodzaj trunku…

— Dodasz coś jeszcze? — Tadeusz Sznuk zapytał mnie, wpisując temat do szpigla jutrzejszej audycji porannej.
— Nie. Skończył mi się atrament w piórze.

W tej sekundzie do pokoju redakcyjnego ktoś wsunął głowę. Poprosiliśmy o ciszę, zapraszając gościa, aby zaczekał na korytarzu. Ale coś mnie tknęło. Wyłączyłem mikrofon w urządzeniu interkomowym. Uniosłem wzrok.

— Przedszkole uratowane! Kwadrans po tym pana tekście o pijaku, dyrektorka (chyba pani Kamińska) otworzyła drzwi i dzieciaki już jedzą śniadanie!
Tadeusz słyszał te słowa.
— No, to masz pointę. To będzie trzeci temat dnia. Ślij kabel.

(Kabel — to nagrana na taśmie relacja, która po telefonicznych łączach Warszawa zapisywała na swoich magnetofonach).

Jestem jak najdalszy od skojarzeń odwołujących się do stanu pobudzenia, opisanego przeze mnie resztką zielonego atramentu. Chcę jedynie podkreślić, że zniewolona prasa miała wtedy coś do powiedzenia. Wszechwładna władza potrafiła dorównać szybkością krytyce prasowej.

Obie strony potrafiły dostrzec cel nadrzędny. Wolne były od próżności i uporu zakorzenionego w jakichś niestabilnościach i labilnościach emocjonalnych.

Były to czasy podłe i wstrętne, ale nie brakowało w nich chwil godnych i przyzwoitych. Mogę o tym zaświadczyć innymi jeszcze przykładami.

Dziś proporcje między arogancją władzy a szacunkiem wobec społeczeństwa, które przedstawicieli swoich wybrało w oparciu o składane mu zapewnienia, zmuszają mnie sięgnięcia po kałamarz z zielonym atramentem.

Podstawową cechą władzy nie jest siła czy innowacyjność. Spryt — a tym bardziej lansowanie swojej osoby.

Cechą najbardziej — niech będzie: obywatelską i zarazem szlachetną — jest zwykłe służenie ludziom: ich potrzebom i oczekiwaniom, stwarzanie możliwości harmonijnego i twórczego rozwoju we wszystkich dziedzinach. Także w odniesieniu do polskiej muzyki współczesnej.

Panie marszałku, panie prezydencie, szefie sejmiku, państwo radni, panie dyrektorze artystyczny, dyrektorze filharmonii, rektorze Akademii Sztuki (myślała Pani profesor, że się Jej upiecze?). Kogoś pominąłem? Oczywiście. Bo zapomniałem? Ależ skądże. Nie.

Liczę, że utworzą Państwo front za wznowieniem Sacrum Non Profanum.

Jeśli nie, to nich was sacrum…

Proszę udostępnić ten artykuł
Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *