Ogród[1] Ciszy i, mój Boże… Medytacji cz. 01

Marek Koszur
Autor
14 min lektury
Ogród Ciszy i Medytacji w Zdrojach, u stóp nasypu kolejowego.

– Pastorze?
Chwilę stałem przed wejściem, nasłuchując. Furtka była niedomknięta. Ktoś musiał kiedyś wygiąć jej solidne przęsło z taką siłą, że zasuwa już nigdy nie trafi w otwór ościeżnicy. Pchnąłem ją. Ustąpiła, ale z oporem. Dopiero po chwili zrozumiałem: ktoś przywiązał ją grubą gumową linką do stalowego słupa. W czasie wichury musiała bić w metal z taką siłą, że może aż sypała iskrami.

– Pastorze? – pomyślałem już ciszej.

Postąpiłem krok, dwa, potem jeszcze kilka. Nigdy wcześniej nigdzie nie wchodziłem bez wyraźnego zaproszenia, nawet jeśli drzwi do wnętrza były otwarte.

– Pastorze… – odezwałem się w myśli z pewnym zakłopotaniem, gubiąc ostatnią głoskę.

Z lewej strony, spośród bujnej roślinności, po wysokim nasypie wdarł się w moją niepewność nieskończenie długi ciąg niebieskich cystern. Stałem wpatrzony w ten monstrualnie długi skład. Jak nóż, rozpędzony pociąg odcinał „tu” od „tam”. To „tu” istnieje tylko w powiązaniu z „tam”. Ogród nie jest wyjęty ze świata. Tory przypominają o tym bezlitośnie. Są miejscem połączenia, a nie rozdzielenia.

Oswajałem się z szumem i łoskotem pędzących wagonów. Przyszło mi do głowy coś osobliwego: gdyby wskazówkom zegara nadać pęd tych cystern, czy ich ruch też przerażałby nas tak samo? Czy czas, gdyby umiał hałasować, nie brzmiałby właśnie tak?
Patrzyłem na te cysterny i przypominałem sobie słowa, które – jak pisał Bonhoeffer – definiują nasz los:

„Pędzimy w pociągu ku przepaści i nie ma już znaczenia, czy biegniemy w nim w kierunku przeciwnym do jazdy”.

Pociąg pojechał. Ale nie zagłuszył ptaków rozważających rodzinne plany na tę wiosnę. Pewnie skończy się na dwóch, trzech pisklętach. Nie wiadomo, jak obrodzą latem owady, czy na tej pewnie niekoszonej od dawna polanie uda się jeszcze upolować jakieś muszki.

– Pastorze… Jesteś tutaj?

Nie. Nie ma go. Nie ma tu nikogo.

Spojrzałem na śmietnik po prawej stronie ścieżki Ogrodu Ciszy i Medytacji. Nie bez przykrego zgrzytu wycedziłem w myślach nazwę tego miejsca. O, a po drugiej stronie trawnika – kolejny pojemnik wypełniony butelkami. I tam, po prawej – jeszcze jeden. Butelki puste, ale krzyczą naklejkami alkoholowych marek. Świeże. Lśniące kwietniową biesiadą.

To chyba dobrze. Skoro pili właśnie tutaj, musieli czuć się bezpiecznie. Swobodnie. U siebie. Ale… Czy to nie jest właśnie najbardziej przykre?

Pewnie śmiali się, cieszyli życiem i snuli swoje plany. Zapewne bardzo młodzi. Jak ich rówieśnicy, którzy mieszkali tu kiedyś, w nieistniejącym już budynku dawnej szkoły, zamienionej na seminarium. Wtedy, po tych samych torach na wysokiej skarpie pędziły równie długie pociągi. Były wypełnione materiałem wojennym. Tory, jak wtedy, biegną stąd w stronę Stargardu. Tędy maszerował świat, który już za chwilę miał eksplodować. Oni to czuli.

A więc jednak go tu nie ma…

Chciałem pastorowi zadać tyle pytań. I nabierałem przekonania, że nikt mnie od tej potrzeby nie odwiedzie. Myślałem, że mogłyby mu się spodobać. Zresztą sam mi je swoimi notatkami sugeruje, szczególnie w listach. Na pewno zapytałbym go o te pociągi. O to, czy chrześcijanin ma prawo do stania w miejscu, gdy świat pędzi ku katastrofie.
– Świat przecież innego kierunku nie zna, prawda?
– Łoskot tych pociągów brzmi jak tykanie zegara.
– Czytasz w moich myślach, pastorze?
– W naszych. Bo czas właśnie tak działa. Powtarza sytuacje, ale nie daje dokładki. Jeśli wiara nie wytrzymuje hałasu świata, może wcale nie jest wiarą.
Skrzywiłem się.
– Co sądzisz o tym, żebyśmy kwestię wiary, przynajmniej na tych kilka chwil, zostawili poza naszą rozmową?

Klakson auta i szczekanie psa skierowały mój wzrok w stronę miasta. Tam, gdzie wije się ciągle zatłoczona droga w kierunku Dąbia i dalej, nad morze. Tą drogą, w jej niemal niezmienionym kształcie, podróżował kiedyś pastor do tego miejsca.

– Misdroy… Byłem w Międzyzdrojach na początku sierpnia 1936 roku…
– Znów nasze czasy na chwilę się nakładają. Ja tą drogą jeżdżę co tydzień już od piętnastu lat.

Kolejny pociąg przemknął przez moją świadomość – przeszklony, jednowagonowy, szybki jak tramwaj na szynach.

Skoro już tu wszedłem – pomyślałem – może na chwilę przysiądę? Ale gdzie? Tyle tu ławek, a każda zrujnowana. Jedne przez ludzi, inne przez czas. Ale czas to też ludzie. Ci są wiecznie zajęci. Nie mają głowy na takie sprawy jak ogród ciszy. Tyle wysiłków kosztowało jego utworzenie. A kiedy wreszcie udało się go zorganizować, popadł w zapomnienie. Ogrodziliśmy to miejsce, postawiliśmy tablice, przecięliśmy wstęgę i uznaliśmy sprawę za załatwioną. Resztę oddaliśmy czasowi. Ten jest bardziej skuteczny niż rdza…

Przypominam sobie: tłumów na otwarciu nie było. Ulica Jabłoniowa 6 w Szczecinie-Zdrojach jest króciutka. Dwa, trzy domy, zarośla okrywające kolejowy nasyp i otoczona szczelnie zielenią wąziutka, trudna do wypatrzenia przecinka wiodąca do ogrodu. Ogrodu Ciszy i Medytacji im. ks. Dietricha Bonhoeffera.

Dlaczego właściwie „imienia”? Dlaczego ten ogród nie może być po prostu ogrodem Bonhoeffera? Czy to tylko urzędowa formuła? A może wygodny dystans? „Imienia” brzmi bezpiecznie. Pozwala uczcić i zarazem nie wziąć odpowiedzialności.

O, kolejne butelki… Skoro to tylko ogród „imienia”, to nikt w nim nie gospodarzy, nikt nie czuje na sobie wzroku Pastora. Gdyby to był „ogród Bonhoeffera”, biesiadnik z butelką czułby się jak intruz w czyimś domu.

Jeszcze rok, dwa a tuje z żywopłotów całkowicie odgrodzą to miejsce od reszty świata. Przy samej furcie ustawiono ponad dziesięć lat temu duży bilbord. Ze wszystkich sił próbuję odgiąć zieleń, która niemal w całości zasłoniła umieszczone na nim treści – podstawowe dla każdego, kto tu trafia. Moje próby okazują się bezskuteczne.

Z ziemi wystają poucinane druty oświetlenia. Z dawnej iluminacji znalazłem tylko jedną, zmurszałą już lampę. A przecież ktoś opłacał kiedyś rachunki za prąd. Jeśli licznik nie wykazywał zużycia, to i tak płaciło się za samo dostarczenie energii. Kto? Czyj to teren?

Nie panuję nad tymi pytaniami. Łażą mi po oczach jak pająki.

Za chwilę w ociekającym czerwienią teatrze popłyną wzniosłe słowa, będą oklaski, kwiaty, gala i nazwiska. Tymczasem ogród, który powinien być punktem wyjścia, stoi zapomniany, zarośnięty i pusty. Bonhoeffer ma tu, w Szczecinie, swoje dni, ale nie ma swojego miejsca.

Ósmego kwietnia. W świetle reflektorów, w tonie uroczystych zapowiedzi, z nazwiskami, które mają poruszyć wyobraźnię publiczności. Ten kontrast – staje się nie do zniesienia. Profesor Andrzej Skrendo mówi do kamery:

„Krystyna Janda, Daniel Olbrychski, Robert Więckiewicz, Adam Michnik, Mateusz Damięcki – to tylko niektórzy goście nadchodzącego festiwalu «Ślady». Jest to trzecia edycja tego festiwalu, który współorganizuje Uniwersytet Szczeciński”. Po chwili Adam Opatowicz zaprasza na „Trzeci Szczeciński Festiwal Bonhoefferowski «Ślady»”. A plansza informuje jeszcze inaczej: „III Szczeciński Festiwal Bonhoeffera”. Trzy nazwy jednego wydarzenia. Już sam ten językowy rozrzut coś mówi.

Nie wiadomo, czym to wydarzenie właściwie jest: przedsięwzięciem religijnym, kulturalnym, miejskim, medialnym czy może po prostu efektowną formą zagospodarowania nazwiska. I wtedy trafiam na zdanie, przywołanego już akademika: jest to wydarzenie o charakterze świeckim i kulturowym, przestrzeń dialogu i refleksji – „nie tyle o samym Bonhoefferze, ile o ludziach, którzy dziś pozostają wierni podobnym wartościom”. Czyli – jakim? Którzy ludzie? Przekonani będą przekonywali przekonanych?

W porządku. Tylko trzeba to powiedzieć uczciwie do końca. Skoro to już nie jest wydarzenie religijne i nie jest nawet naprawdę o samym Bonhoefferze, to tym bardziej ogród w Szczecinie-Zdrojach przestaje być źródłem, a staje się dekoracją. Nazwisko zostaje. Miejsce zostaje. Patron zostaje. Ale sens zaczyna się rozchodzić.

Próbuję sobie wyobrazić ten ogród z lat 1935–1937, gdy w jego centrum znajdowało się prowadzone przez pastora Bonhoeffera nielegalne seminarium kaznodziejskie Kościoła Wyznającego. Na zdjęciach wszyscy są młodzi. Uśmiechnięci, jeszcze nieprzygnieceni tym, co miało nadejść. Patrzą prosto w obiektyw. Widać w nich dyscyplinę, ale jeszcze bardziej widać młodość – tę mieszaninę zapału, powagi i gotowości do skoku.
I tylko co chwilę, jak kurant, spoglądali na kolejowy nasyp. Rozkład jazdy tych pociągów znali na pamięć. Nie potrzebowali zegarka, by wiedzieć, która godzina. Ile czasu zostało do katastrofy…

– Pisałeś kiedyś, pastorze, że jeśli modlitwa nie przetrwa huku przejeżdżającego pociągu, to znaczy, że jest nic niewarta.
– Nie piwo jest tu problemem – odpowiedziałby może. – Problem zaczyna się wtedy, gdy człowiek niczego poza piwem już tu nie widzi.

To zdanie wróciło do mnie, kiedy znowu spojrzałem na butelki.
Bo może rzeczywiście nie o nie same chodzi. Nie o gwar, nie o śmiech, nie bestroskę czy o czyjąś chwilową lekkomyślność. Tragedią jest co innego: zerwanie więzi. Jeśli ludzie piją wino w Ogrodzie Ciszy i nie czują już, że stoją na fundamentach miejsca, w którym uczono odpowiedzialności, odwagi i godnego umierania, to znaczy, że coś zostało tu przerwane. Nie tyle cisza, ile pamięć.

Śmiech pastora, jeśli go sobie wyobrażałem, był krótki i jasny. Jakby chciał powiedzieć, że świat zawsze będzie głośny, a człowiek i tak musi nauczyć się słyszeć w nim to, co najważniejsze. Domyśliłem się, że kazałby mi podejść bliżej tych dwóch okazałych drzew. Nie wiem, jak wyglądały dziewięćdziesiąt lat temu, ale dziś są jak znak czasu. Między nimi stoi krzyż. Wszystko wokół nosi ślady przemijania. On jeden nie próbuje niczego udawać.

Odszedłem na bok. Patrzyłem na ogród zza krzyża, wpisanego w te dwa pamiętające pastora drzewa. Znowu pociąg. Znowu w stronę Stargardu. A potem dalej, ku miejscom, które dla tamtego pokolenia nie były już geografią, tylko losem.

Rzeczywiście. Byłem tam może pół godziny, a naliczyłem sześć składów. W obie strony. I tak jest tu zapewne przez całą dobę. Życie w nieustannym przecięciu.

Nie umiałem się skupić. Równie mocno jak szczęk kolejowych kół łomotała mi w głowie myśl o festiwalu, który za chwilę miał się zacząć. O światłach, przemówieniach, nazwiskach, zapowiedziach, o całym tym uroczystym tonie. I o tamtym ogrodzie, oddalonym zaledwie o kilka kilometrów, a jakby wyrzuconym poza nawias całego przedsięwzięcia. O ile w ogóle ktoś o nim wspomni. Nie sądzę.

Można oczywiście powiedzieć, że jedno nie wyklucza drugiego. Że gala nie musi przekreślać pamięci. Że debata nie musi obrażać ciszy. To prawda. Ale tylko wtedy, gdy punkt wyjścia dla tych wszystkich działań pozostaje w centrum naszej świadomości. A w mieście nie ma chyba miejsca bardziej zrośniętego z pamięcią o pastorze Dietrichu Bonhoefferze niż ten ogród. Tymczasem jego samego organizatorzy festiwalu „Ślady” potraktowali jak maskotkę przedsięwzięcia.

Wracam do furty. Po prawej stronie ścieżki dostrzegam fragment muru osadzonego na fundamencie, może narożnik dawnego budynku. Tuż obok obmurowany z cegły otwór, a nieopodal kamienna misa, zapewne umieszczona kiedyś pod wylotem rynny, z odpływem deszczówki do zbiornika albo basenu. Typowe rozwiązanie dawnych niemieckich obejść. Znam je dobrze.

Więc to miałby być jedyny widoczny fragment seminarium?

– Pastorze?

Cisza.

Tak ogromna i przykra, że na medytację nie ma tu już miejsca.

cdn


[1] [1] Ogród Ciszy i Medytacji – nazwa ta stanowi bolesny oksymoron w zderzeniu z opisywanym stanem miejsca, ale też jego codziennego funkcjonowania. Ostatnie medialne ślady z życia ogrodu pochodzą z września 2024 roku, wcześniejsze – z lipca 2023, a jeszcze kolejne – z września 2018. Jeszcze we wniosku o dofinansowanie z 2023 roku deklarowano: „…jak co roku planujemy międzynarodowe spotkanie w Ogrodzie…”. Etymologicznie słowo ogród (psł. *gordъ) oznacza przestrzeń wydzieloną, bezpieczną i chronioną płotem przed chaosem zewnętrznym. W tradycji judeochrześcijańskiej i klasycznej ogród (hortus conclusus) był ziemskim odbiciem raju – miejscem kontemplacji, gdzie ład natury sprzyjał ładowi ducha. Ale… czyjego ducha? Kto tu mieszka, kto przychodzi, przed czym do ogrodu tego ucieka?

Proszę udostępnić ten artykuł
Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *