Żyć całkowicie w tym świecie, czyli patroszenie idei

Marek Koszur
Autor
14 min lektury
Wejście do Ogrodu Ciszy i Medytacji w Zdrojach.

Man lernt erst in der vollen Diesseitigkeit des Lebens glauben” — pisał Dietrich Bonhoeffer w liście z więzienia 21 lipca 1944 roku. W przekładzie własnym: „Dopiero w pełnej doczesności życia człowiek uczy się wierzyć”. Warto zacząć właśnie od tego zdania, bo ono nadaje temu sporowi właściwe proporcje. Nie jest bowiem przepustką do wyjaławiania Bonhoeffera z religijnego źródła. Nie jest zgodą na to, by z pastora zrobić wygodnego humanistę do świeckiego użytku. Jest raczej świadectwem jedności: wiary, myśli, odpowiedzialności i czynu. I właśnie tę jedność postanowiono w Szczecinie naruszyć. Źródło tego cytatu: Dietrich Bonhoeffer, list do Eberharda Bethgego z 21 VII 1944, w: Dietrich Bonhoeffer Werke, t. 8, Widerstand und Ergebung. Briefe und Aufzeichnungen aus der Haft; cytat potwierdzają także materiały bonhoefferowskie online. (dietrich-bonhoeffer.net)

Piszę te słowa jako publicysta, nie jako rzecznik żadnego wyznania i nie jako funkcjonariusz świeckiej poprawności.

Z mojego miejsca do religijnego wymiaru tej sprawy nie jest ani bliżej, ani dalej niż do jej wymiaru obywatelskiego. Tym wyraźniej widać rzecz prostą: z Dietrichem Bonhoefferem zrobiono w Szczecinie coś, czego robić nie wolno. Potraktowano go instrumentalnie. Jak przedmiot. Jak zasób. Jak nazwisko do użycia w nowym, naukowo-kulturowym, uniwersytecko-teatralnym obrzędzie patroszenia idei.

Organizatorzy III Szczecińskiego Festiwalu Bonhoeffera wypowiedzieli swój zamiar jasno. „Naszym głównym celem nie jest promocja myśli tego teologa, rozważanie jego religijności czy też czczenie pamięci”. A dalej jeszcze dobitniej: „jest to zatem festiwal, który ma charakter świecki – a nie religijny; kulturowy – a nie teologiczny”. Tych zdań nie da się zbyć jako drobnej niezręczności. To nie jest kosmetyka. To jest program. Z góry wiadomo, jaki patron jest potrzebny: szeroki, użyteczny, obywatelski, dający się wpisać w opowieść o wartościach. A skoro z góry wiadomo, jaki patron jest potrzebny, zaczyna się obróbka materiału. Pastor zostaje odstawiony na bok. Teolog zostaje zepchnięty na margines. Duchowny staje się kłopotliwym nadmiarem. Na scenę wychodzi za to „obywatel wartości”, już odpowiednio oczyszczony, odkurzony i przygotowany do świeckiego obrzędu. Cytaty pochodzą z festiwalowego tekstu „Wspólnota człowieczeństwa”.

Nie mam wątpliwości, że nie chodzi tu o spotkanie z Bonhoefferem, lecz o zawłaszczenie jego autorytetu.

Wzięto nazwisko o ogromnym ciężarze moralnym, a potem podłożono pod nie własny program. Mechanizm jest stary: wziąć postać większą od nas, odciąć to, co nam nie pasuje, i tak spreparowany kształt podać publiczności jako wersję nowoczesną, szerszą, bardziej pojemną. W Szczecinie udało się wykonać interes naprawdę niezwykły. Z jednego Bonhoeffera sporządzono dwóch i obu próbuje się sprzedać w pełnej cenie. Jednego odstawia się do archiwum jako pastora i teologa. Drugiego wypuszcza się na afisz jako świeckiego patrona odwagi obywatelskiej. Operacja rozdzielenia jedności człowieka, a następnie podwójne wystawienie rachunku za ten sam autorytet — to już nie Szczecin, to Mars.

Tymczasem sam Bonhoeffer nie daje najmniejszego powodu, by go w ten sposób patroszyć. W jego listach więziennych nie znajdziemy deklaracji: odkładam wiarę, zostawiam teologię, przebieram się za polityka. Znajdziemy coś odwrotnego. W liście z 30 kwietnia 1944 roku pisał: „Was mich unablässig bewegt, ist die Frage, was das Christentum oder auch wer Christus heute für uns eigentlich ist.” W przekładzie własnym: „Nieustannie porusza mnie pytanie, czym właściwie jest dziś dla nas chrześcijaństwo i kim właściwie jest dziś dla nas Chrystus”. Tak nie pisze człowiek, który porzuca własny rdzeń. Tak pisze człowiek, który schodzi z nim w największy mrok epoki. Źródło: Dietrich Bonhoeffer, list do Eberharda Bethgego z 30 IV 1944, w: Dietrich Bonhoeffer Werke, t. 8, Widerstand und Ergebung. Briefe und Aufzeichnungen aus der Haft; cytat potwierdzają także niemieckie materiały bonhoefferowskie. (dietrich-bonhoeffer-verein.de)

Właśnie dlatego tytuł tego tekstu jest zarazem najlepszą odpowiedzią na szczecińską operację. „Żyć całkowicie w tym świecie” nie znaczy: odciąć źródło. Nie znaczy: usunąć teologię, żeby została sama etyka. Nie znaczy: zostawić z człowieka tylko tę część, która dobrze wygląda na afiszu. Znaczy coś trudniejszego: wejść w świat bez duchowej dezercji. Wziąć na siebie ciężar historii bez porzucania tego, z czego się wyrosło. Zajmowanie się sprawami ziemskimi nie było dla Bonhoeffera ucieczką od Boga. Wręcz przeciwnie – uważał, że dopiero w codzienności, w tym co 'przedostatnie’, rozstrzyga się prawdziwość naszej wiary.

To dlatego z Bonhoeffera nie da się uczciwie wypreparować samego „obywatela wartości”, tak jak nie da się z płomienia zachować samego światła, wyrzucając ogień.

Kamień był, jest i będzie… treść – już znika…

Tu zaczyna się rzecz poważniejsza niż zwykła nieuczciwość interpretacyjna.

Mam na myśli sieroctwo ideowe. Kiedy jakieś środowisko nie umie wskazać patrona, którego przyjmuje w całości, sięga po autorytet z wyższej półki, po nazwisko z wielkim kapitałem moralnym, a potem przerabia je tak, by nie stawiało zbyt trudnych wymagań. Bonhoeffer nadaje się do tego idealnie: męczennik, ofiara nazizmu, człowiek odwagi, postać tragiczna, intelektualnie poważna. Kto by nie chciał mieć takiego patrona. Kłopot zaczyna się wtedy, gdy patron okazuje się za bardzo sobą: zbyt teologiczny, zbyt chrystocentryczny, zbyt kościelny, za mało podatny na współczesne przepisywanie. Dla mnie są to zabiegi bardziej tchórzliwe niż twórcze — dobrze znane również ze współczesnego teatru, który potrafi przerobić Szekspira na metkę albo grzankę z serem. Wtedy uruchamia się warsztat preparatorski. Części zamienne lądują na stole. Jedność osoby idzie pod nóż.

Nie jest to zresztą szczeciński wynalazek. Środowiska bonhoefferowskie same protestowały przeciw politycznemu przywłaszczaniu jego postaci. International Bonhoeffer Society i przedstawiciele Bonhoeffer-Haus w Berlinie potępiali polityczne zawłaszczanie jego dziedzictwa. To ważne, bo pokazuje, że problem nie polega na szerokim czytaniu Bonhoeffera. Problem zaczyna się wtedy, gdy jego autorytet staje się surowcem do własnej produkcji ideowej.

Historia zna dla takich zabiegów trafne pojęcia. Jednym z nich jest damnatio memoriae. W starożytnym Rzymie stosowano bardzo konkretną praktykę: pośmiertne potępienie pamięci. Wymazywano imię z inskrypcji, niszczono lub przerabiano wizerunki, starano się usunąć daną osobę z przestrzeni publicznej i pamięci wspólnoty. Innymi słowy: nie tylko karano człowieka, lecz także obrabiano pamięć o nim. Oczywiście w Szczecinie nikt Bonhoeffera nie wymazuje. Przeciwnie — nazwisko zostaje zachowane, bo jest potrzebne. I właśnie na tym polega perwersja całego zabiegu. Mamy tu coś w rodzaju odwróconego damnatio memoriae: nie likwiduje się etykiety, tylko wydrąża zawartość. Zostawia się szyld, usuwa wnętrze. Zachowuje się wielkość nazwiska, a zarazem obcina się to, z czego ta wielkość wyrosła. Powstaje ideowa mumia.

Można by ten mechanizm nazwać jeszcze ostrzej: przymusowym poborem autorytetów. Brzmi przesadnie? Tylko do chwili, gdy uświadomimy sobie, jak działa ta metoda. Najpierw wybiera się z historii postać, która ma pożądany blask. Potem odbiera się jej naturalne znaczenie. Następnie wciela się ją do służby w cudzej opowieści. Dawne imperia potrafiły dokonywać poboru ludzi do swojej sprawy. Dzisiejsze środowiska wyrafinowane dokonują poboru bardziej subtelnego: nie porywają ciał, przejmują znaczenia. Nie wyważają drzwi. Otwierają program festiwalu. Nie wymazują nazwiska. Przestawiają jego sens tak, by służył tam, gdzie jest akurat potrzebny.

Żeby nie było wątpliwości: Bonhoeffer nie jest tu wyjątkiem. Tak samo obchodzi się świat z Martinem Lutherem Kingiem Jr. Dla szerokiego odbiorcy zostawia się kilka bezpiecznych cytatów o marzeniu, zgodzie i niestosowaniu przemocy. Znacznie rzadziej przypomina się, że był baptystycznym pastorem, formowanym przez Kościół, kaznodzieją, dla którego działalność publiczna nie była dodatkiem do wiary, lecz jej konsekwencją. Stanford King Institute pokazuje właśnie tę ciągłość między formacją religijną a zaangażowaniem obywatelskim. Gdy robi się z Kinga wyłącznie świeckiego moralistę, znowu zostaje nazwisko, a znika źródło.

Podobnie rzecz się ma z Dorothy Day. Dla młodszego czytelnika to nazwisko może niewiele dziś znaczyć, warto więc przypomnieć: współzałożycielka ruchu Catholic Worker, dziennikarka, działaczka społeczna, postać łącząca radykalizm wobec biedy i wojny z jednoznacznie katolickim rdzeniem własnego życia. Przywołuję ją nie dlatego, że jest figurą identyczną z Bonhoefferem, lecz dlatego, że jej los w pamięci publicznej pokazuje ten sam chwyt. Zostawia się z niej działaczkę społeczną, obrończynię ubogich i pacyfistkę, a najchętniej przemilcza, że cały ten radykalizm wyrastał z katolicyzmu traktowanego serio, z Ewangelii, modlitwy i Kościoła. Innymi słowy: znów bierze się owoc, a odcina korzeń.

Tak samo z Oscarem Romero. Dla jednych ma być przede wszystkim symbolem praw człowieka i obrony ubogich. Wszystko prawda. Ale prawdą jest również to, że był arcybiskupem San Salvadoru, kapłanem, człowiekiem Kościoła, zabitym podczas odprawiania Mszy. Gdy usuwa się z Romero ołtarz, zostaje plakat. Gdy odłącza się od niego kapłaństwo, zostaje symbol, ale znika człowiek.

Na tym tle szczecińska metoda nie wydaje się ani odkrywcza, ani szczególnie głęboka.

Wygląda raczej na cwaniacki warsztat, który chciałby uchodzić za odważny namysł. Jak głęboko przemyślano te założenia? Na tyle głęboko, że z jedności osoby uczyniono zestaw części zamiennych. Nie wiem, czy podczas tych rozmów grano w szachy, ale jeśli tak, to zapewne wszystkimi figurami o jednakowym kształcie i w jednym kolorze. Kto był królem, kto królową, kto pionkiem — to już sprawa drugorzędna. Ważne, że figurę pod nazwą „Bonhoeffer” dało się przesunąć tam, gdzie była akurat potrzebna.

A skoro z góry wiadomo, jaki patron jest potrzebny, można przecież wybierać bez skrupułów. Fidel Castro po odjęciu więzień i plutonów. Che Guevara po odjęciu trupów i ikonografii rewolucyjnej. Mickiewicz po odjęciu Litwy, metafizyki i mesjanizmu. Chopin po odjęciu fortepianu, muzyki i emigracyjnego bólu. Kubuś Puchatek po odjęciu miodu. W Szczecinie, jeśli zajdzie potrzeba, przerobi się każdego — uszlachetni albo wzbogaci, zależnie od zamówienia. Tylko co wtedy zostanie? Mickiewicz bez własnej duchowości będzie już wydmuszką od narodowych wzruszeń. Chopin bez muzyki stanie się etykietą na patriotycznym pudełku z pozytywką. Kubuś Puchatek bez miodu pozostanie smutnym niedźwiadkiem po zabiegu odchudzającym. Bonhoeffer bez teologii, bez kapłaństwa, bez pytania o Chrystusa będzie zaś dokładnie tym, czym usiłuje go uczynić szczecińska operacja: użytkową imitacją wielkiego człowieka.

Nie chodzi o to, by zamknąć Bonhoeffera w kościele i zabronić komukolwiek świeckiego odczytania jego biografii. Taki zakaz byłby równie głupi jak obecne preparowanie. Chodzi o elementarną uczciwość. Można czytać szeroko. Można pokazywać, że chrześcijańska postać przemawia także do niewierzących. Można wydobywać sens wspólny. Nie wolno jednak budować tego wspólnego sensu na amputacji źródła. Nie wolno też traktować pełnej osoby jak półki z rekwizytami, z której bierze się tylko to, co akurat pasuje do scenariusza wydarzenia.

Bonhoeffer pisał o pełnej doczesności życia nie po to, by dać przyszłym organizatorom licencję na patroszenie własnej integralności.

Pisał tak, bo wiedział, że wiara, która boi się świata, zamienia się w dekorację. Szczeciński festiwal wykonał ruch odwrotny: ze świata uczynił pretekst do tego, by wiary już nie zauważać. I tu leży cały fałsz tej operacji. Nie weszli w dialog z Bonhoefferem. Weszli po niego.

A skoro tytuł tego tekstu jest cytatem z Bonhoeffera, niech stanie się także jego puentą. „Żyć całkowicie w tym świecie” nie znaczy przecież: żyć cudzym kosztem, cudzym nazwiskiem i cudzym autorytetem. Nie znaczy: wziąć człowieka w całości, a następnie sprzedać go w częściach. Znaczy: mieć dość odwagi, by przyjąć prawdę także wtedy, gdy nie daje się łatwo wpisać w nasz program. Bonhoeffer taką odwagę miał. Ci, którzy dziś chcą korzystać z jego blasku, powinni najpierw odpowiedzieć sobie na pytanie, czy mają choć odrobinę odwagi, by nie przerabiać go na własne podobieństwo.


Najważniejsze źródła cytatów i odniesień:
Dietrich Bonhoeffer, list do Eberharda Bethgego z 30 IV 1944 oraz list z 21 VII 1944, w: Dietrich Bonhoeffer Werke, t. 8, Widerstand und Ergebung. Briefe und Aufzeichnungen aus der Haft.
Cytaty z manifestu festiwalowego: tekst „Wspólnota człowieczeństwa”, publikowany w materiałach III Szczecińskiego Festiwalu Bonhoeffera.
Pomocniczo wykorzystano także materiały internetowe Dietrich-Bonhoeffer-Verein oraz Dietrich-Bonhoeffer.net.

Przecież to… fragment swastyki, jej element.

Została rozbita i przewrócona przy stole – miejscu wspólnoty.

Stół przetrwał.

Czeka na tych, którzy we wspólnym celu znów przy nim zasiądą.

Niekoniecznie do wieczerzy.

Proszę udostępnić ten artykuł
Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *