TVSiódemka – numer 09/2025

Marek Koszur
Autor
18 min lektury

Od redakcji

Jeden z tekstów, który znajduje się w tym numerze, nosi tytuł: „Już czas…”.
Niestety, obawiam się, że ten czas już minął. Kiedy? Nie wiem ja, nie wie nikt. A jeśli ktoś twierdzi inaczej — jest w błędzie.

Historia nie zajmuje się sobą. Nas — ignoruje. Ocen swoich dokonań od nikogo nie oczekuje. Nie osądza samej siebie. Nie opiniuje. Nie usprawiedliwia, a tym bardziej — nie rozgrzesza. Jeśli w ogóle zabiera głos, to tylko na zasadzie wybudzenia ze złego snu. Podsunie zdjęcie. Odsłoni komentarz. Wyrzuci na brzeg broszurę. I zamilknie.

Historia po prostu mija

Wracam do Sierpnia 1980 roku, bo także moje świadectwo dotyczące tamtych dni ma swój termin ważności. Jeśli nie zostanie zapisane, odejdzie razem ze mną, ze wszystkimi, którzy jeszcze pamiętają nie tylko fakty, ale temperaturę tamtych dni.

Kto się dziś tymi sprawami jeszcze interesuje? Dla samej frazy „Porozumienia sierpniowe” realistyczny przedział to 3–4 tysiące wyszukiwań miesięcznie w sierpniu 2025 roku i znacznie mniej poza rocznicą. To nie jest tylko statystyka Google’a. To jest pomiar oddalania się historii.
Ile takich zapytań będzie w roku 2026? Ile w 2048?
Mniej.

Odpowiedź naprawdę brzmi: mniej.

Kto dziś pyta o rok 1970 i 1971? Tamte wydarzenia nie zamieniły się nawet w hasło tak rozpoznawalne jak „Porozumienia sierpniowe”.

A jednak kiedy przeglądam album ze zdjęciami, a szczególnie kronikę mojej klasy, oczy śmieją się przez łzy.

Po prawej — Zbyszek Fischbein. Syn Kazimierza, współprzewodniczącego Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego w Stoczni Szczecińskiej w 1980 roku. Tego, który podpisywał Porozumienie Sierpniowe.

Dziesięć lat wcześniej, gdy stoczniowcy ruszyli ulicą Gontyny do miasta, szliśmy z nimi całą klasą. Zbyszek także. Był Tomek, Grześ, Leszek, drugi Zbyszek, był Włodek… Spośród wielu niezwykłych rzeczy, jakie widziałem, ten szary marsz ciężko stąpających butów, ten szum wiatru, który pochód wywoływał, noszę w pamięci wysoko.

Tak jak niekiedy widzi się ognisty piorun, tak my widzieliśmy zimny gniew.

Spotykaliśmy się w gronie kolegów bardzo często. Uczyliśmy się wspólnie. Wymagania naszych profesorów były bezapelacyjnie wysokie. Jeden pomagał drugiemu. Bywaliśmy na Różanej u Tomka, u mnie na Krakowskiej, u Zbyszka przy Ojca Bejzyma, u Włodka na Okrzei.

Uczyliśmy się i wygłupialiśmy. Graliśmy na gitarach i paliliśmy papierosy. Dyskutowaliśmy: co dalej? W tym kraju? Przy tej jego organizacji? Z tym jego sufitem nad głową?

Po 1971 roku jeździliśmy do NRD, Czechosłowacji i na Węgry. Ech… Nie czas i miejsce, by wyjawiać, w jakim celu. Ale jednym z powodów była rosnąca świadomość ograniczonych możliwości rozwoju, dobrej pracy, normalnego życia.

Wtedy obowiązywał jeszcze nakaz pracy. Absolwent technikum dostawał skierowanie do tramwajowni albo zakładu naprawy urządzeń medycznych. A nam marzył się tranzystor, krótkofalówka, telewizja kolorowa. Śniła nam się nowoczesność, której nie trzeba było oglądać przez szybę wystawową albo przywozić w częściach z demoludów.

Ojcowie mówili: od was przyszłość tego kraju zależy.

Te słowa brzmią dziś egzotycznie nawet dla mnie. Ale tak było. Przyszłość w naszych rękach.

Czy ktoś jeszcze powtarza tę myśl? Chyba nie. Najwyżej idzie do kasy LOT-u i kupuje bilet do piękniejszych stron świata.

Co więc zrobić z nami, z naszą muzealną pamięcią? Jak ją utrwalić? I po co?

Temat porozumień, nawet jeśli stoczniowa świetlica zostanie zrekonstruowana i uzyska status placówki muzealnej, nie podniesie sam z siebie zainteresowania wydarzeniami lata 1980 roku. Nie znaczy to wcale, że nie należy czynić wszelkich wysiłków, by tę historię — i inne ważne opowieści o kształtowaniu się nowego oblicza Polski — kontynuować.

Napad na… Muzeum?

Tymczasem, w niekomunikowanych wprost zamiarach, Ministerstwo Kultury chce przejąć szczecińskie Muzeum Narodowe.

Marszałek się sprzeciwia. Jakby ktoś muzeum chciał obrabować! A tu idzie, najprawdopodniej o uratowanie muzeum!

I pewnie dopnie swego. Bo kto chciałby się droczyć i spierać z kimś, kto nie ma nic do stracenia? A nie ma do stracenia wiedzy o muzealnictwie. Bo wiedzy tej nie posiada.

Nie ma polityki kulturalnej regionu.

Nie ma pokory — a to jest kluczowe — wobec profesjonalistów, ludzi kompetentnych, wykształconych i kreatywnych. Ci u marszałka szansy nie mają. Każdy musi być głupszy od muzealnej gabloty.

Ma za to pan marszałek pieniądze.

A z ich podziału uczynił misterium.

Wykreował siebie na króla Midasa samorządowej kultury. Jeździ, chodzi, rozdaje dotacje, dofinansowania, granty. A wszystko pod hasłem: To ja wam daję. My wam dajemy.

Nie, panie marszałku. Urząd Marszałkowski jest od tego, żeby rozważnie dzielić środki publiczne: nasze, regionalne, europejskie. Nie prywatne pieniądze pana marszałka.

Każdy fakt dofinansowania działań mieszkańców regionu zamienia pan w celebrację. W każdej scenie — pierwszy plan należy do pana. W każdym kadrze — postać numer jeden.

Ja.
Jaaa.
Jaaaaa.

I proszę mi teraz pomóc. Jak mam na linii mojego życia ustawić tych wszystkich tu wymienionych i niewspomnianych? W jakiej skali, w jakiej kolejności, w jakim świetle?

Ojca Zbyszka Fischbeina — Kazimierza Fischbeina, współprzewodniczącego Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego w Stoczni Szczecińskiej w 1980 roku.

Mariana Jurczyka, z którym niemal graniczyliśmy płot w płot działkami na Skarbówku.

Ministra Milczanowskiego, który w każdej rozmowie potrafił przemycić fragment poezji Rilkego.

I gdzie mam tu ustawić marszałka? W liczniku? W mianowniku? Albo – obok…

Autora hitu nad hitami — remontu Zamku za ponad 100 milionów złotych. Kreatora karykatury, jaką miał być Kwadrat Kultury. Twórcę blaszanej skamieliny, czyli Centrum Nauki Morskiej. Warczącego obrońcę Muzeum Narodowego, na którego czele postawił niemuzealnika. Ciekawe, komu powierzy Zamek?

Lista samorządowych wyczynów jest bolesna.

Opera Żałosna.
Teatr Polski — kongresowe centrum i teatralne bezdroża.
Zamek Książąt Pomorskich — dziś poligon dla brukarzy i instytucja, która nie wie, ile biletów sprzedaje na własne wystawy.
Książnica — z nagrodą literacką o skali i wymiarze mniejszym niż gminny.

Boli.
Naprawdę boli, jak bardzo ten stan paździerzowy dotyka pokolenie, które pamięta Szczecin w sprawach kultury jednak skonsolidowany. Nie tak jak dziś — rozdarty między marszałka i prezydenta. Prezydenta, który niczym rażony przeciągiem dziejowym nagle zajął się kulturą i odbywa gospodarskie wizyty po swoich instytucjach.

Ale na wernisażu wystawy Hansa Hartiga nie był.
Ciągle pamiętam słowa doradcy pana prezydenta: polityka historyczna nie znajduje uznania w oczach pana Piotra Krzystka. Więc na wystawę Niemca, w dodatku syna pastora, a może jeszcze bardziej w innym aspekcie odmiennego – chodzić nie będzie.

Tak.
Tak budujemy europejskie pomosty.

Tymczasem historia odpływa. Nie dlatego, że jest nieważna. Dlatego, że odejdzie pokolenie, którego tamten czas dotyczył bezpośrednio. Taka jest brutalna prawda. Nowe pokolenia będą mówić o Sierpniu tak, jak mówi się o bitwie pod Grunwaldem czy Powstaniu Styczniowym. Z szacunkiem, być może. Z podręcznikowym dystansem — na pewno.

Rozdział zostanie zamknięty

Ale zamknięty rozdział nie znaczy rozdział martwy. Nadal można dodawać przypisy. Uzupełniać indeks. Wskazywać miejsca pominięte. Korygować fałszywe akcenty.

Dziś dorzucam kilka własnych.

Ten numer jest o pamięci i odpowiedzialności. O tym, jak łatwo historia przechodzi w obojętność, a instytucje publiczne — zamiast pamięć i kulturę chronić — uprawiają politykę personalnych układów, odsuwają autorytety i robią miejsce swoim. W ramach „bieżącego kształtowania działalności programowej instytucji”.

Radzę zapamiętać tę formułę.

To wytrych moralny do kumoterstwa.

W Zamku Książąt Pomorskich w Szczecinie ten wytrych właśnie poszedł w ruch.

Dlaczego kolejny raz wracam do Zamku i sygnalizuję, że nie ostatni? To proste. To Zamek dyktuje tempo naszych publikacji. Nie redakcja. Nie kalendarz. Nie temat.

Zamek

Gdy pytania redakcji przestały być korespondencją grzecznościową, a stały się pytaniami w trybie prawa prasowego, Zamek nagle odkrył… czas. Potrzebuje go dużo. Kilku tygodni, żeby policzyć widzów wystawy. Kilku tygodni, żeby ustalić wpływy z biletów. Kilku tygodni, żeby odpowiedzieć na pytania, na które normalna instytucja odpowiada „przed drugą kawą”z marszu”.

To nie jest żart – kilka tygodni zajmie Zamkowi obliczenie, ilu widzów obejrzało wystawę malarską Eugena Dekkerta. Skoro ustalimy, ile osób wystawę zwiedziło, dowiemy się, jakie były wpływy ze sprzedaży biletów. Proszę znaleźć w mieście jakąkolwiek firmę albo instytucję, która nie podałaby takich danych w sekundę lub trzy — w odniesieniu do własnej działalności.

W Zamku dzieją się poza tym — dla Zamku to rzecz prawie normalna — przedziwne rzeczy.

Najbardziej symboliczna jest sprawa Michała Józefa Kaweckiego. Człowieka, który przez trzy dekady prowadził w Zamku autorskie spotkania. Człowieka, który dzięki własnemu autorytetowi, erudycji i biografii niepodległościowej sprowadzał do Szczecina ludzi kultury, sztuki i nauki. Takich, których sama instytucja — bez niego — prawdopodobnie nigdy by tu nie przyciągnęła.

Michała Józefa Kaweckiego nie pożegnano. Nie zamknięto epoki. Nie podziękowano za trzydzieści lat pracy tak, jak dziękuje się człowiekowi, który własnym nazwiskiem, biografią i erudycją budował rangę miejsca.

Wyniesiono go z programu jak zbedny mebel.

Oficjalny powód? Proszę bardzo: „Decyzja została podjęta w ramach bieżącego kształtowania działalności programowej instytucji”.

Zdanie gładkie jak marmur.

I równie martwe.

Nie ma w nim człowieka. Nie ma dorobku. Nie ma wdzięczności. Nie ma odpowiedzialności. Jest za to formuła, pod którą można schować wszystko: kumoterstwo, lęk przed autorytetem, potrzebę zrobienia miejsca swoim i zwykłą małość.

Panie zastępco dyrektora Zamku, śmiało. Proszę powiedzieć normalnie: pan Kawecki blokował miejsce innym. Dla nowych. Dla naszych. Dla kolegów. Dla tych, którym trzeba zrobić przestrzeń.

Kto tę przestrzeń zajął?
Już są.
Już prowadzą spotkania.
Już zapowiadają następne.

Nie chodzi o to, że przyszli nowi. Nowi przychodzą zawsze. Problem w tym, że sukcesję zastąpiono szulerską podmianą karty.

Króla Stasia zamieniono na Tureckiego z kabaretu Olgi Lipińskiej, a w komunikacie nazwano to programem. Jakby do Luwru wpuścić dresiarzy i nazwać to nową polityką wystawienniczą.

Zamek informuje przy tym, że pan marszałek o sprawie wyrzucenia pana Kaweckiego z programu nic nie wie. Nie zajmuje się takimi drobiazgami. Nie jego poziom. Nie jego zakres. Nie jego problem.

Wygodne.

Ale pan marszałek czyta gazety? Portale? Własne komunikaty? I co? Nic? Nie zareagował?

Panie marszałku, pan Kawecki przez trzydzieści lat prowadził spotkania z wybitnymi Polakami. Z ludźmi, których podziwia świat. Na ilu z tych spotkań pan był? Kogo pan oklaskiwał? Przyszedł pan z rodziną? Z kolegą prezydentem miasta? Z wojewodą? Bywali panowie gośćmi salonu pana Kaweckiego?

Nie słyszę.

Mam powtórzyć pytanie?

Instytucja jest publiczna, pieniądze są publiczne, odpowiedzialność organizatora jest publiczna, a kultura nie jest prywatnym folwarkiem kilku zaprzyjaźnionych środowisk.

Patrzę na listę gości, których pan Kawecki przez lata zaprosił do Szczecina. Widzę nazwiska, widzę dorobek, widzę biografie, widzę rangę. I kogo nie widzę wśród tych tuzów? Pana marszałka. Błąd polityczny! Nie panią Annę Janko a pana Gebleiwcza trzeba było pytać o poezję, która jest filozofią w stanie lotnym.

Być może się mylę – przepraszam, ale Zamek zastrzega, że przesłana do redakcji lista jest niekompletna. Ale to zastrzeżenie też jest znamienne. Nawet własnej pamięci instytucjonalnej nie potrafią porządnie policzyć, opisać, zamknąć.

I nikt się tym nie wzruszy?

Nie.

Bo na nowe spotkania i prelekcje przychodzą grupy kilkunasto-, może kilkudziesięcioosobowe. A tam, gdzie nie ma publiczności, nie ma skandalu. Tam jest tylko cichy zjazd w dół. Po schodach, nie po poręczy.

A dlaczego tak niewiele osób przychodziło słuchać poezji czy rozmawiać o psychologii?

Bo taka była promocja tych wydarzeń.

Mała frekwencja nie jest winą publiczności. Publiczność nie ma obowiązku tropić wydarzeń jak grzybów po lesie. To instytucja ma obowiązek dotrzeć do miasta. Jeśli wydarzenie widzą głównie pracownicy instytucji, bo sami oglądają własne profile w mediach społecznościowych, to nie jest promocja.

To jest samouwielbienie przy włączonym internecie.

W Szczecinie są ludzie i instytucje, które potrafią zapełniać sale. Tylko że do tego potrzebne są pomysł, promocja, autorytet i konsekwencja. Nie wystarczy powiesić zapowiedź w internecie i udawać, że miasto zostało poinformowane.

Więc co tu nie gra? Co zgrzyta?
Odpowiem: brak polityki kulturalnej.
Brak świadomego zarządzania kulturą.
Brak nadzoru.
Brak miary.
Brak odpowiedzialności.

Każdy łowi sobie rybki w swoim stawie. Jeden ma teatr, drugi muzeum, trzeci Zamek, czwarty festiwal, piąty panel, szósty cykl spotkań, siódmy mikrofon. I wszyscy udają, że to jest system.

Nie jest.

Gościem Michała Józefa Kaweckiego (z lewej), psychologa terapeuty, był prof. dr hab. Stanisław Kowalik, psycholog, socjolog, profesor nauk humanistycznych, nauczyciel akademicki AWF w Poznaniu oraz SWPS Uniwersytetu Humanistycznospołecznego; prorektor poznańskiego AWF-u ds. nauki. Autor około 300 prac naukowych.
Temat spotkania z 19 listopada 2024 roku: O autorytetach psychologicznych (Z. Freudzie, C. G. Jungu, V.E. Franklu i K. Lewinie)

To jest samopas

Spotkanie o legendarnym „Hamlecie” było gotowym studium obniżenia rangi tamtego wydarzenia. Na sali — w większości ludzie z tamtego pokolenia. Wielu z nich było widzami pamiętnego spektaklu.

W sumie około czterdziestu osób.

W prawie czterystutysięcznym mieście.

O „Hamlecie” mówili świadkom historii ludzie, których w 1971 roku nie było jeszcze na świecie. A zaczęli mocnym akcentem:

„Czym dla was jest Hamlet?” — zapytał swoich uniwersyteckich kolegów zastępca dyrektora Zamku.

Naprawdę?
Tak. Tak było.

To nie jest otwarcie rozmowy. To jest kapitulacja prowadzącego przed tematem.

W instytucjach kultury forma nie jest ozdobą. Forma jest częścią komunikatu. Sposób prowadzenia rozmowy, język, przygotowanie, zwracanie się do gości, nawet strój — wszystko to mówi publiczności, czy uczestniczy w wydarzeniu kulturalnym, czy w koleżeńskiej pogawędce po godzinach.

Styl jest informacją.
Strój jest komunikatem.
Język jest hierarchią.
Forma jest treścią.

Jeśli ktoś tego nie rozumie, nie powinien prowadzić rozmów w instytucji kultury o randze Zamku Książąt Pomorskich.

Karuzela

Osobne pytanie: dlaczego w szczecińskich instytucjach kultury krążą wciąż te same nazwiska? Dlaczego jedni mają po kilka funkcji, a inni nawet nie wiedzą, kiedy było rozdanie miejsc?

To jest konkurs kompetencji czy system rezerwacji stolików?

Pytanie do marszałka już się pisze: dlaczego ogranicza i uniemożliwia Szczecinianom realne staranie się o te posady? Dlaczego Szczecin jest trzymany w garści przez grupę kolegów?

Zatem w kolejnym numerze wrócimy do tych wszystkich kwestii.

Bo poziom zarządzania instytucjami samorządowymi został sprowadzony do poziomu 'Działu administracji’. Ważnej, potrzebnej, koniecznej — ale jednak administracji. Tak jest w Muzeum. Tak jest w Operze. Tak będzie w Zamku?

Konkurs miał być ogłoszony do końca pierwszego kwartału.

I co?
Cisza.
A cisza w takich sprawach nie jest neutralna.
Cisza jest metodą.

Próżność nad próżnościami.

Na koniec pytanie najprostsze: jak to się stało, że dziedziniec Zamku został doprowadzony do stanu, którego naprawa ma kosztować prawie 40 milionów złotych?

Kto go tak zniszczył? Publiczność? Seniorzy idący na prelekcje? Szczecinianki w delikatnych pantofelkach?

Czy może ktoś nie dopilnował remontów, technologii, zabezpieczeń, odbiorów i wykonawców?

Kto swoim brakiem nadzoru zapewnił kolejny front robót za kolejne miliony?

I dlaczego podpisanie umowy na naprawę skutków wcześniejszej niefrasobliwości odbywa się niemal z książęcymi fanfarami?

Próżność nad próżnościami.

Gdyby każdy kontrakt każdej firmy był w Szczecinie tak fetowany, jak robi to pan marszałek, mielibyśmy jedno wielkie, codzienne fetowisko. Wstęgi, flesze, uściski, konferencje, posty, filmiki, cytaty, gratulacje i obowiązkowe zdjęcie gospodarza.

Pytamy więc nie o drobiazgi. Pytamy o standard.

Kto odpowiada za instytucje kultury?
Kto pilnuje pieniędzy publicznych?
Kto rozlicza program?
Kto sprawdza frekwencję?
Kto odpowiada za decyzje kadrowe?
Kto podpisuje umowy, które naprawiają skutki poprzednich zaniedbań?

I kto wreszcie powie mieszkańcom Szczecina, że kultura nie jest prywatnym stolikiem kilku osób z wieczną rezerwacją?

Jest dobrem wspólnym.
Finansowanym z publicznych pieniędzy.
Także z pieniędzy unijnych.

Do tych wszystkich kwestii wrócimy w numerze 10.

Teraz zapraszam do lektury numeru 09.

Proszę kliknąć: LINK do Sklepu, gdzie pobiorą Państwo bezpłatne wydania elektroniczne (pdf) miesiecznika
Dostępne dwie wersje – strony pojedyncze, lepsze dla czytników i smartfonów i eleganckie rozkładówki, idealne dla laptopa i komputera


Proszę udostępnić ten artykuł
Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *