Miejsce, którego już prawie nie ma!

Marek Koszur
Autor
18 min lektury

Bonhoeffer pisał w Finkenwalde: „Każdy nowy poranek jest nowym początkiem naszego życia”. A w tym ogrodzie od lat trwa zmierzch. Trwa za zgodą tych, którzy tak bardzo lubią nazywać się spadkobiercami jego pamięci. To oni pozwalają, by z każdym dniem żywopłot coraz szczelniej zasłaniał tożsamość miejsca. By odcinał je od Bonhoefferowskiego poranka — od nowego początku, od nowego życia.

Dietrich Bonhoeffer, Illegale Theologenausbildung: Finkenwalde 1935–1937, DBW Band 14, s. 871.

To tytułowe zdjęcie jest fotomontażem.



W wirtualnym świecie można zrobić wszystko — także przywrócić rzeczywistości jej normalny kształt. Choćby komputerowo.

Ostatni weekend, a pierwszy — majowy. W drodze nad morze, oczywiście, skręciłem do Ogrodu Ciszy i Medytacji.

Każda kolejna wizyta w tym miejscu zamienia z trudem utrzymywaną w mojej głowie ciszę i medytację w zwykłe wkurzenie i gniew.

— Ale… — mówi ktoś, z kogo zdaniem z reguły się liczę.

— Nie. Czas na miłe, okrężne słówka minął.

– Tak, tak… Już słyszę to twoje musowanie… Poprawność, grzeczność, elegancja… to tylko dziura w skarpecie. A przez nią wydziera się zwykła bezczynność. I macha do ciebie paluchem. I pyta: dlaczego z taką dezynwolturą chcemy miejsce związane z Dietrichem Bonhoefferem ukryć przed światem? Wcale cię nie przedrzeźniam. Rozumiem, ale też uznaję taki wariant: Poprawność, grzeczność, elegancja… bywają tylko zasłoną. A zza niej wychodzi zwykła bezczynność. Który może osiągnąć większą skuteczność? Nie wiem.  

Przed wyjazdem prawie dwie godziny rozmawialiśmy na temat niemieckiego pastora. Mój znajomy jest niekwestionowanym autorytetem w sprawach dotyczących Bonhoeffera, a przede wszystkim jego obecności w polskiej świadomości na przestrzeni ostatniego półwiecza. Jutro — przy kawie — może coś wymyślimy?

Może znajdziemy sposób na rozsadzenie syndromu wygody w głowach tych, którzy nadużyli zaufania młodzieży zakładającej ten ogród. Bo ta młodzież nie tylko pracowała. Ona temu miejscu zawierzyła. Uczniowie z Polski i Niemiec, przyszli ogrodnicy, słuchali wtedy, w uporządkowanym ogrodzie, opowieści o tragicznym finale życia pastora.

Bonhoeffer, pastor, filozof, etyk, poeta. Nie można być jednocześnie narodowym socjalistą i chrześcijaninem — ta postawa przesądziła o życiu Dietricha Bonhoeffera. Teolog został zamordowany przez nazistów 9 kwietnia 1945 roku w obozie koncentracyjnym Flossenbürg.

— Ale niech mi pan wierzy! — mówi mi nauczycielka, opiekunka tamtej grupy polskiej młodzieży, która sadziła tu irysy, brzozy, krzewy kwitnące — Historia pastora wywarła na tej dzieciarni ogromne wrażenie. O pastorze opowiadali im niemieccy nauczyciele, opiekunowie szkolniaków z Hamburga. Byłam zdumiona reakcją moich dzieciaków. Ja tak o nich zawsze mówię… To strasze — odpowiadali niemieckim rówieśnikom. To straszne, ale to nie wasza wina. Goście kiwali głową — to straszne. To nie nasza wina, ale… naszych ojców. I pamiętam jak dziś — ktoś powiedział: ten ogród zakwitnie na wiosnę nowym życiem. Ale o minionym nie pozwoli zapomnieć. Zapamiętałam te słowa.

Nagle spostrzegłem, że wokół nas pojawiła się gromadka… stałych bywalców ogrodu. Pan ze starszą panią, ktoś z jamnikiem, dwie sąsiadki z okolicznych domków, dziewczyna z kudłatym psem, smokiem na smyczy.

— Tak, często tu przychodzimy.

— Gdyby nie my, ten teren już dawno zostałby zdemolowany — kwituje pani w dżinsowej garsonce. — Przychodzimy tu. Mamy baczenie.

Tak… To stara prawda. Dom zamknięty, do którego nikt nie wchodzi, umiera szybciej niż człowiek.

Pęcznieją moje notatki. Przybywa zdjęć. Wkrótce okaże się, że to najczęściej odwiedzany zielony zakamarek w tej okolicy! Ale NIKT, ani jedna osoba, nie potrafiła zdefiniować, nazwać tego miejsca.



— Panie, jak mieli przyjechać Niemcy, to przychodził taki gość z kosą elektryczną, bo chwasty były wszędzie — woła ten pan, który starszą panią już wprowadził po schodkach do ogrodu. — Ten sam gość czasem wraca, opróżnia te kosze. Wysiada z auta, zagląda. Jak są butelki, idzie po taki worek i zbiera flaszki. I odjeżdża.

Ponawiam pytania: kim był Bonhoeffer? Czym się zapisał w historii?

Moi rozmówcy milczą.

— Próbowałam kiedyś czytać te tabliczki, z tymi napisami. Ale przy drugiej zrezygnowałam. Nie wiem, o co chodzi.

— Bo trzeba było zacząć od tej wielkiej tablicy, przy samym wejściu.

— Proszę pana. Ha! Dopiero kilka dni temu obcięto część żywopłotu i teraz można się tam wcisnąć. Ale żeby czytać? Jak?

— No… No… — odzywa się pan, który starszą panią odprowadził do ławeczki. — I co my z takiego opisu mamy mieć? My tu przychodzimy, bo to piękne miejsce. Ach, jak tu ładnie… Ale co z tym Niemcem zrobić? Nawet nazwisko ma takie trudne.

Kolejne, kwadratowe rozmowy na… okrągło.

Każdy — widzę to — czuje się lekko skrępowany. Tyle lat tu przychodzą, a tu nagle ktoś o Niemca pyta… Ich interesuje piękny teren.

Po weekendzie wracam do ogrodu. Jadę od strony Podjuch do Zdrojów. Mijam oznakowany zjazd nad Jezioro Szmaragdowe. Przed laty, pamiętam, był tu szyld: Restauracja Grota. Potem trzeba bardzo uważać, aby nie przejechać ulicy Jabłoniowej.

Ostry skręt w prawo. Po kilkudziesięciu metrach jezdnia zwija się w lewo. A ja parkuję na poboczu, na wprost.

Pobocze jezdni ulicy Jabłoniowej. Kto nie wie nigdy nie zgadnie, co mieści się po prawej stronie tego bezdroża,

Zwykłe klepisko, żwirowisko, chaszcze i — po prawej stronie — wysoki do nieba żywopłot.

Ile lat mają te tuje? Ile lat zajęło im zasłonięcie tablicy, która powinna stać już na drodze dojazdowej, w obu kierunkach, przy skręcie w Jabłoniową i wreszcie tu, u wejścia do ogrodu? Od ilu lat nikt z wchodzących do ogrodu nie miał możliwości zapoznania się z treścią informującą o tym miejscu, o pastorze Dietrichu Bonhoefferze? Kto już do ogrodu wejdzie, nie odwraca się do tyłu, a nawet jeśli — to widzi zwykłą, nie do pokazywania tylną ścianę tablicy.

Jak administrator, właściciel, dysponent czy wreszcie ktoś odpowiedzialny za ten teren pozwolił na to, by TREŚĆ tego miejsca zarosła? Zniknęła. To miejsce opanowała anonimowość. Napis na wielkim głazie? Ledwie widoczny. Deszcze zmyły farbę, która konturowała wykute litery.

Jeśli słońce chyli się ku zachodowi, konturuje litery wykute w kamieniu. W południe – napis jest nieczytelny.

Widzę, że już mnie tu rozpoznają… Mężczyzna o równie siwych jak moje włosach macha ręką.

Gdy wychodzę na żwirowisko, pokazuje palcem na żywopłot po prawej stronie furtki. Ręką odgarnia zieleń, jeszcze słabiutką, za dwa-trzy tygodnie — gęstą jak mur — która kryje jakąś małą tabliczkę. Chcę zrobić zdjęcie. Mężczyzna łamie kilka gałązek. Wszystko jasne.

Treść zmurszałej tablicy brzmi mniej więcej tak: ten ogród należy do parafii. Jeśli chcecie podzielić się wrażeniami i opiniami — dzwońcie do nas. A jeśli chcecie wesprzeć utrzymanie ogrodu — wpłacajcie pieniądze na poniższe konto.

— Jeżeli chcecie… — nieznajomy odchodzi na bok i rzuca w trawę ułamane gałązki żywopłotu. — Tam mieszkam. Prawie na końcu… Bo nas, w gruncie rzeczy, to miejsce nic nie obchodzi. Ale co, pozwolić, żeby łobuzeria to wszystko zdemolowała? Panie, tu jak tylko wiosną słonko przygrzeje, oni uciekają ze szkoły. I gdzie mają iść? To jedyne miejsce. Raj dla wagarowiczów. I tak to jakoś się układa. O, czytaj pan: żeby ogród wyglądał jako tako, tu macie numer konta. Ogród jest nasz, ale obowiązek wasz.

Z ogrodu wychodzą dwie rozgadane, chyba koleżanki. Nadbiega trójka dzieci. Rozmowa schodzi na współczesny ogląd kleru. Zbyt szybko padają słowa, zbyt ciężko kładą się na to majowe popołudnie, zbyt boleśnie trafiają w sedno sprawy, by wpychać je tutaj, między żywopłot a tablicę właściciela ogrodu. Właściciel… W języku polskim słowo „właściciel” sprawiłoby kłopot Newtonowi. Musiałby przypisać mu większą siłę przyciągania niż słowu „obowiązek”.

Gdy tak dyskutujemy, omija nas szerokim łukiem chłopak, pewnie dwa metry wzrostu. Za nim drobna dziewczyna o zielonych włosach, z plecami całkowicie obnażonymi. Weszli do ogrodu… Usiedli na ławce, pierwszej od wejścia, i padli sobie w objęcia.

— Widzi pan, widzi pan? Komu i na co jest potrzebne to miejsce? Oczywiście. Proste i genialne. To miejsce jest potrzebne ludziom młodym. Czują tu jakąś szczególną energię. Przychodzą i całują się, obejmują. Cieszą się życiem, pośród płonących kwieciem krzewów… — kumoszka aż się rozpłakała. Mnie coś ściska w gardle. A ten o włosach równie jasnych udaje, że nie patrzy, ale… wszystko widzi.

Ratuje nas bezwzględny łoskot kół pociągów. Te, jak niegdyś zegarowe kuranty, odmierzają czas.

Nie idzie o to, by ogród zamienić w salę wykładową pod chmurką. Idzie o to, by miejsce, które pięknie żyje, wiedziało także, czyje imię nosi i dlaczego. Tak, to miejsce powinno być centrum młodych. Tu Bonhoeffer, jak ongiś ze swoimi studentami, ma ciągle czas i potrzebę stawiania pytań. Zachęcania — właśnie młodych — do poszukiwania odpowiedzi. Wielu z nich stawiałem trudne pytania. Układają się w osobny tekst. Jak szyny i koła pociągu — bez szczeliny na oddech. Czy są reprezentatywne dla 15–18-latków? W mojej ocenie, przynajmniej w odniesieniu do uczniów dwóch sąsiadujących z ogrodem szkół — tak.

Ten ogród mógłby być festiwalem młodości i naiwności — czytaj: łatwowierności — ale takiej, którą można pięknie uszlachetnić i poprowadzić ku poszukiwaniu autorytetów. To miejsce czeka na ludzi, którzy utracili wiarę w sens, jaki to miejsce w sobie niesie. Trzeba tylko tym gołowąsom, tym Alicjom, tym dzieciakom wkraczającym w nowe krainy uświadomić — patrzcie, w 1935 roku, jak to niedawno przecież, dokładnie w tym miejscu… I bajka gotowa. Bajka okrutna i pełna optymizmu zarazem. Zobowiązująca. Tylko nie ma im kto tej bajki opowiedzieć. Ten ktoś pisze na tabliczce: jeśli chcecie, to zadzwońcie, może pogadamy.

Ruszam w drogę. Skąd bierze się wiara? Układam te słowa z rozmowy z maturzystami, którzy po egzaminach tutaj przybiegli. Skąd bierze się wiara — pytałem. I widziałem kadr zatrzymany w czasie. Nikt nigdy im tego pytania nie zadał. A ono nie wymaga znajomości wzorów matematycznych czy fizycznych. No, skąd się bierze?

Ludzie, którzy potrafili ten ogród powołać do życia, dlaczego pozwolili mu istnieć bez głosu? Nie chcę ogrodu zamienić w izbę pamięci pod gołym niebem. Chcę tylko, żeby miejsce, które nosi imię Bonhoeffera, nie bało się własnego sensu, tożsamości, treści.

W jednym z tekstów sugerowałem zmianę nazwy miejsca na Ogród Radości i Miłości. Dziś jestem jeszcze bardziej przekonany, że ta zmiana nie byłaby ucieczką od Bonhoeffera, lecz próbą powrotu do niego inną drogą. Bo jeśli ten ogród ma w sobie cokolwiek prawdziwego, to właśnie radość życia, miłość, spotkanie, młodość, pamięć i pytanie o odpowiedzialność. Nie jakąś cmentarną powagę. Nie tablicę schowaną w tujach. Nie numer konta. Tylko „Życie wspólne” — tu się ono w bonhoefferowski sposób wykuwało.

Proszę odsłonić światu ten ogród. Proszę przyciąć żywopłot. Proszę wydobyć tablice z zielonego milczenia. Proszę tu bywać i rozmawiać z ludźmi, którzy krążą po krainie, której nazwać nie potrafią. Czują się tu fenomenalnie, a wielu chciałoby wiedzieć — dlaczego? Ten ogród mógłby być rozsadnikiem „życia wspólnego”.

Dlaczego ująłem te dwa słowa w cudzysłów? Tak mógłby brzmieć pierwszy temat ogrodowego spotkania z Bonhoefferem. Kiedy, jak nie teraz, gdy życie szaleje tu ze szczęścia?

P.S. Nie wierzę, aby administratorowi ogrodu starczyło odwagi cywilnej, by podjąć tę myśl, jakąkolwiek ideę, która wyrwałaby go z bezczynności wobec człowieka, którego nazwisko tak chętnie i nabożnie wymienia. Szczególnie przy okazji festiwalu.

— Ech, duchowieństwo… Kiedyś ksiądz to był ksiądz… — powiedziała wtedy, w piątek, pani w dżinsowej kurtce. Nie wiem, czy miała rację. Wiem, że w tym miejscu jej złość znalazła podatny grunt. Jakoś dziwnie — wydawało mi się — przypominała mi kogoś znajomego… Przejeżdżam most na Regalicy. Zaraz… Czy nie z „Imienia róży”?

Tak… To skojarzenie z „Imieniem róży” Umberta Eco od kilku dni nie daje mi spokoju. Chodzi oczywiście o mechanizm. O miejsce pamięci, instytucję zaniedbaną, pełną ukrytej wiedzy, zmurszałych tablic, których nie da się przeczytać, i ludzi, którzy niby są strażnikami wielkiej sprawy, a w praktyce zasłaniają ją żywopłotem, rutyną albo lękiem.

U Eco klasztor i biblioteka są przestrzenią wiedzy zamkniętej, kontrolowanej, niedostępnej. Wiedzy, która istnieje, lecz została odgrodzona od tych, którzy mogliby jej potrzebować. U nas ogród Bonhoeffera staje się miejscem podobnym: niby istnieje po to, by mówić, przypominać, tłumaczyć i nie pozwalać zapomnieć, a jednak został urządzony tak, jakby miał milczeć. Tablice są, lecz zarosły. Nazwisko jest, lecz niewiele wyjaśnia. Nazwisko jest, lecz niewiele wyjaśnia. Patron jest, lecz bez życiorysu. Sens jest, ale jakby schowany w bibliotece, do której klucz mają ci, którzy dawno przestali otwierać drzwi.

Dlatego ta pani w dżinsowej kurtce wydała mi się nagle kimś znajomym z tamtej książki. Może nie konkretną postacią, raczej znakiem. Kimś z pogranicza pamięci, winy, instytucji i niewypowiedzianej prawdy. Kimś, kto wie, że w takim miejscu nie wystarczy postawić tablicy.

Trzeba jeszcze pozwolić jej mówić.

Wizytówka…
„`html id=”6m7v4p”
Więcej o Bonhoefferze
teksty, rozmowy, komentarze, teatr idei
Bonhoeffer

Festiwal Bonhoeffera (2024–2026)

Esej o ideach, hałasie współczesności i próbie stworzenia przestrzeni rozmowy wokół myśli Bonhoeffera.

Czytaj →
Bonhoeffer

Moja żona mnie zdradziła. Z pastorem – 01

Początek cyklu „Dlaczego Bonhoeffer?” — o zdradzie, odpowiedzialności i duchowości.

Czytaj →
Bonhoeffer

Ogród Radości i – mój Boże – Miłości

O młodych ludziach, ciszy, wspólnocie i pytaniu, czy Bonhoeffer potrafiłby dziś jeszcze kogokolwiek poruszyć.

Czytaj →
„`
Proszę udostępnić ten artykuł
Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *