Festiwal Bonhoeffera (2024-2026) – bicz z piasku ukręcony

Marek Koszur
Autor
35 min lektury
Spotkanie Martina Lutra z kardynałem Thomasem Cajetanem w 1518 roku w Augsburg po ogłoszeniu 95 tez. Spotkanie miało doprowadzić do ich odwołania.


Gdzie najgłośniej słychać bębny?

W środku bębna!

Bo stamtąd dźwięk nie ucieka. Odbija się od ścian, wraca, wzmacnia samego siebie. W zamkniętej przestrzeni nie musi walczyć z powietrzem ani odległością. Krąży. Narasta. Nabiera potęgi. Bęben słyszy przede wszystkim siebie.

Tak właśnie coraz częściej słyszę szczeciński Festiwal Bonhoeffera: jako dźwięk w zamkniętej przestrzeni, który wraca do tych samych ścian, tych samych nazwisk, tych samych zachwytów. Im mocniej brzmi wewnątrz, tym słabiej dociera gdziekolwiek poza własną skorupę.

Dlaczego zabieram głos

Dlaczego zabieram głos w tej sprawie? W tej tytułowej akurat – wręcz przypadkiem i marginalnie. Co nie znaczy, że cicho i nieśmiało.

Głos zabieram przede wszystkim w sprawie pastora Dietricha Bonhoeffera. Festiwal jest dla mnie nie celem, lecz objawem jazdy pod prąd. Co więcej – organizatorzy, niczym easy rider , są przekonani, że to wszyscy inni jadą źle. Nie piszę więc o programie trzech corocznych wydarzeń, lecz o tym, co dzieje się z nazwiskiem Bonhoeffera, kiedy staje się ono ramą do zupełnie innego

Od kilku lat zadaję sobie pytanie: dlaczego on? Czy jego osoba i dzieło są dla mnie ważne, mogą mi pomóc w jakiejkolwiek kwestii, coś wyjaśnić? Literatura, rozmowy (głównie z samym sobą), przyglądanie się światowej dyskusji wokół postaci Bonhoeffera sprawiły, że przed ponad rokiem zacząłem budować stronę internetową: www.bonhoeffer.pl. Jest jeszcze niegotowa, ale jej uzupełnieniem i sprawdzianem – pomyślałem – będzie facebookowy profil – Marek Koszur: Bonhoeffer.

Tak właśnie ten profil nazwałem. By uniknąć jakichkolwiek niedomówień, potwierdzę, że to ja chcę mówić o „moim” Bonhoefferze. O tym, jak rozumiem jego naukę i etykę, filozofię i wrażliwość na sprawy ziemskie i ponadczasowe. Bez sugerowania, że przemawiam w jego imieniu. Bez udawania, że moje odczytanie jego myśli jest jedynym słusznym.

Interesuje mnie Bonhoeffer, z którym można się żywo spierać, a nie Bonhoeffer z gabinetu figur woskowych. Umalowany, upudrowany, prawie święty.

Chcę dla siebie samego odkryć słowa ważne i te, które są jedynie blichtrem i unikiem Bonhoeffera. Jednych i drugich jest niemało. Chciałbym dostrzec wyjątkowość tego człowieka, a zarazem odbrązowić każdą znaną mi opinię na jego temat, która jest bezmyślnie powtarzana, bo jest, być może, dla kogoś wygodna. Na przykład – dla organizatorów Festiwalu Bonhoeffera.

Jeśli w moich tekstach zacytuję czyjeś zdanie, przywołam pogląd lub odwołam się do opinii osób trzecich, to tylko po to, by na ich tle moją tezę lub osąd lepiej zaprezentować.

Skąd Bonhoeffer

Powody, dla których zająłem się Dietrichem Bonhoefferem, nie są tu najważniejsze, choć uznaję je za bardzo istotne. Związane są z osobą, która nie wie, jak wiele inspiracji mi dostarczyła. Choćby tę właśnie: dzieło i osoba pastora Dietricha Bonhoeffera.

Zaczęło się od drobiazgu, jakiejś wzmianki, która zaczęła obudowywać siebie i nas treściami, na które wcześniej nie zważaliśmy. Od zawsze wiedziałem, że warto jest mieć dość czasu na poznawanie innych ludzi. Robię to od ponad pół wieku jako reporter i niekiedy – reportażysta. Dlaczego? W nich, w innych ludziach i ich oglądzie świata – najlepiej widzimy siebie. Tym pierwszym impulsem w sprawie Bonhoeffera była nasza wycieczka na wieżę Kościoła Marcina Lutra w Świnoujściu.

– Czy możesz sfotografować te wszystkie ryciny? Są genialne!



Ryciny przedstawiały życie i dokonania tego niemieckiego duchownego, który w sprawach chrześcijaństwa zachodniego okazał się reformatorem na miarę Kopernika.

On zrewolucjonizował ówczesną duchowość religijną Europy, zainicjował reformację, nadał człowiekowi zupełnie nową pozycję w jego ziemskiej misji.

To było silne zderzenie mojego obrazu świata z obrazem świata innego człowieka, patrzącego na w gruncie rzeczy podobną ideowo rzeczywistość. Nic nowego, nic wielkiego, a jednak… Oto jak nieprzewidywalne w skutkach mogą być z pozoru drobne wydarzenia. Moja cicerone nigdy zdjęć, które dla niej zrobiłem, nie obejrzała. Ja mam je do dziś. Oglądam je sam. Nie tylko na ich życzenie. Tworzą fotoplastykon z elementem transcendencji.

W notatkach z tamtego okresu, pod wrażeniem wycieczki, zapisałem: człowiek rzeczywiście może uczynić swój świat „sobie poddanym”. Pytanie tylko – jak miałby to zrobić? Najlepszym sposobem jest dzielenie się z innymi naszym obrazem świata. Wtedy zaczniemy dostrzegać atuty i niedomagania naszych wizji. Uzupełniamy ją, modyfikujemy o treści wypływające z obrazów ukazanych nam przez bliskich i znajomych. Słowem – innych. Oni podlegają takiemu samemu procesowi. Razem – wrastamy we wspólnotę. Nasze światy mają ze sobą coraz więcej wspólnego. Tworzymy społeczność o określonych normach i zasadach. Wzbogacamy nieustannie naszą wiedzę o życiu. A ja lubię nie być biednym. W każdym tego słowa znaczeniu.

W czasie tej świnoujskiej wycieczki padło nazwisko Bonhoeffera. Znałem je od lat, nawet uczestniczyłem w jakichś aktach z nim związanych. Ale służbowo. Nie wiedziałem lub nie pamiętałem wtedy, że napisał książkę „Życie wspólne”. Po lekturze kilku jej stron zapisałem o wiele później w notatniku: podręcznik ekonomiki emocjonalnej. Brzmi jak nazwa przedmiotu, którego nikt przy zdrowych zmysłach nie wpisałby do planu zajęć, ale dla mnie było bardzo precyzyjne. A z ekonomiki przedsiębiorstw przemysłowych miałem w szkole piątkę. Wiedziałem, co i jak należy robić, by stworzyć dobrze funkcjonującą firmę. Kościół w niczym się od tego modelu różnić nie powinien.

Emocjonalnej — bo żadna wiedza, moim zdaniem, nie zbuduje w nas nic trwałego, jeśli nie zostanie oparta o fundament emocjonalny. Coś musi nas na tyle zainteresować, pochłonąć, wzruszyć lub wzburzyć, byśmy mogli bez reszty oddać się jakiejś idei. Nie znaczy – że głośno na wszystkich miejskich placach. Nie. Jest więcej ważniejszych miejsc w nas samych, by tam manifestować naszą postawę. Komu? Przede wszystkim sobie. Bo nikt bardziej niż każdy z nas nie potrzebuje wsparcia. Motywacji.

A ja chcę wiedzieć: dlaczego Bonhoeffer? Czas na ten wysiłek wszyscy musimy znaleźć. Nawet ci najbardziej z nas oporni. Tych, w ostateczności, do przyłączenia się do refleksji przywoła pustka. Dlaczego? Bo pustka zupełnie nie toleruje… pustki. Mówiąc „do nas”, nie mam na myśli żadnej grupy czy formacji. Do żadnej z takich nie należę. A tym bardziej ukierunkowanej np. na Bonhoeffera. Może być nią każda inna inspiracja. A najważniejszą jest szukanie wyjścia z sytuacji bez wyjścia.



Jeśli w tej chwili ktoś zapyta mnie raz jeszcze: dlaczego Bonhoeffer – odpowiem szczerze: nie wiem. I obym jak najdłużej w tej niewiedzy pozostawał. Ten bowiem stan gwarantuje, że poszukiwania nie będą słabły, a ich intensywność nie zamieni się w kreskę, ciągłą i płaską, jak ta na ekranie urządzenia EKG.

Klepsydra

I tu zaczyna się klepsydra, której nikt nie chce odczytać do końca.

Po uniwersyteckiej, „naukowej” stękaninie, dwa lata temu, w międzywydziałowej czytelni, zapisałem w notatniku resztką atramentu w piórze: pastor Dietrich Bonhoeffer nie żyj…

Nie żyje od zawsze w naszej, polskiej świadomości i rzeczywistości. Nie chodzi o śmierć we Flossenbürgu. Tam go zabito. Ale kiedy dziś chcę zapytać, co z jego myśli wynika dla nas naprawdę – odpowiada mi cisza.

Jest obecny jedynie incydentalnie i merkantylnie, interesownie – nigdy tylko ideowo. Przesadzam? W ciszy pisk myszy jawi się niczym ryk lwa…? Niech nie zmyli nas ta niepoliczalnie maleńka grupa osób, która mówi w Polsce o Bonhoefferze i kręci się wokół tych samych tematów z nim związanych. Są jednak bardzo zmotywowani. Znaleźli dla siebie wygodny mianownik. Kreują się na znawców, tworzą aurę autorytetów wokół każdego swojego działania. Ale gdyby owe działania ułożyć na kartce, okaże się, że to tematy powtarzalne, schematyczne, efektownie zaaranżowane.

Z jednej strony – opozycjoniści, którzy Bonhoeffera czytali w więzieniu. Z drugiej – ich sympatycy, bo poza Bonhoefferem zyskują w nich dodatkowe autorytety na miarę Havla czy Michnika. Aurę poetycką nad tym gremium roztacza Tadeusza Różewicz ze swoją „Nauką chodzenia” (Gehen lernen), a do niedawna, w niektórych kręgach, udawało się naciągnąć niemieckich partnerów na finansowanie działań popularyzujących Dietricha Bonhoeffera. Ale to głównie po linii luterańskiej.

Dygresja… Od czasu jednej z debat, w której mowa była o Bonhoefferze czytanym w więzieniu, zastanawiam się, jaki skutek w głowie słuchacza – człowieka wolnego, który nigdy nie siedział w komunistycznym więzieniu – wywołuje opowieść człowieka uwięzionego. Że dzięki lekturze Bonhoeffera działacze podziemia w latach przed 1989 rokiem odbudowywali w sobie motywację do życia. Że postawa niemieckiego pastora była dla nich siłą moralną. Michał Paziewski pisze, że dokonania Bonhoeffera okazały się dla opozycji demokratycznej lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych w PRL-u „niezwykle cenną nauką moralną” i zawierały „potencjał myślenia”, który odegrał znaczącą rolę w formowaniu ideowego oblicza oraz koncepcji samoorganizacji polskich opozycjonistów.

I co ja mam z tym zrobić? Zaprzeczyć? Sprawdzić? Uśmiechnąć się? Uznać za świadectwo? A może zapytać, czy po latach nie dopisujemy czasem lekturom większej mocy, niż miały w chwili najciemniejszej?

W tej opowieści Bonhoeffer może stawać się patronem odwagi, nawet jeśli w samym więzieniu działało wiele innych sił: charakter, wiara, solidarność z innymi, gniew, upór, rodzina, przypadek, biologia przetrwania. To nie unieważnia świadectwa. Ale każe zapytać, czy mówimy o sile chwili, czy o sensie nadanym po czasie.

Rozmawiałem z uczestnikami tych wynurzeń i wspomnień. Ludźmi urodzonymi już po roku 2000. W Polsce otwartej na świat, mówiącej językami, podróżującej, kraju o istotnej pozycji wśród państw najważniejszych. Można próbować wyobrazić sobie, że jest mi zimno, że jestem głodny, że nudzę się albo denerwuję, oczekując na wynik egzaminu. Mogę podnieść rejestr – zwiększyć poziom niecierpliwości, beznadziejności, braku wizji. Ale jak takim młodym ludziom włożyć do serca stan psychiczny więźnia politycznego?

Z jednej strony to cudowna właściwość czasu, że nie dziedziczymy bólu. Ale z drugiej strony to wielka strata, że rozpiętość doświadczeń życiowych między pokoleniami tak bardzo się zwęża. Do poziomu dolce vita, nawet najskromniejszego. A to i tak życie jak w niebie w porównaniu z więzieniem. Słowa, słowa… A tamto życie co najwyżej jawi się obecnemu pokoleniu jako film.

Jak tę kartę z życia Dietricha Bonhoeffera analizować dziś? O przeżywaniu głęboko empatycznym można zapomnieć. Wyobraźnia ludzka co najwyżej wykorzysta atrybuty przemocy, brutalności, uwięzienia, ale nigdy nie poczuje tego strachu, śmiertelnego lęku w drodze na szubienicę. Percepcję opisu losu Bonhoeffera da się – jak powiedziałem – zaimplementować jedynie jako opowieść filmową. Sensacyjną, efektowną, może nawet wstrząsającą. Ale jednak komiksową, bo bez bólu, bez zapachu, bez ciała prowadzonego na śmierć. Wyciemnienie kadru, wolno gasnąca muzyka. Cisza. Opowieść. Nie doświadczenie.

To jeden z wielu przykładów, które mam na liście pytań: dlaczego Bonhoeffer? Ten powyższy – oznaczyć jako nierozwiązywalny? Pamiętam wiele, ale urodziłem się siedem lat po jego śmierci. A placem moich zabaw były gruzowiska po bombardowaniach. Ciszę nocną burzyły głośne koszmary ludzi, którym tylko nieco lepiej powiodło się w życiu niż Dietrichowi Bonhoefferowi. Oni przynajmniej ocalili swoje życie. A to już coś. Natomiast nigdy – niech to życzenie się spełnia – nie poznamy stanu człowieka w sytuacji ostatecznej. Nie poznamy stanu człowieka prowadzonego na śmierć.

Czy z tego choćby jednego przykładu nie wynika jednoznacznie, że nawet dziś, w 2026 roku, Bonhoeffer dostarcza nam dość — sic! — wątpliwości w budowaniu naszej pewności? Jeśli lektura jego życia i myśli nie prowadzi mnie do natychmiastowej odpowiedzi, lecz do kolejnych pytań, to profil Marek Koszur: Bonhoeffer i przyszła strona www.bonhoeffer.pl mają sens. Nie jako gablotka z pastorem. Nie jako kolejna festiwalowa klepsydra. Ale jako miejsce, w którym można sprawdzać, co z Bonhoeffera jeszcze w nas się tli, co nas drażni, co zawstydza, co odpycha, a co nie daje spokoju. I nie pozwala przejść obok siebie tak, jak przechodzi się obok afisza po zakończonym festiwalu.

Ci, którzy byli najbliżej

Zatem – najpierw zawiedli ci, którzy mieli do Bonhoeffera najbliżej. Luteranie. Długa jest ich historia promowania Dietricha Bonhoeffera na Pomorzu. „Bogata” w środki, uboga w fakty. Wszystkie akcje zostały przerwane. Nikt nie miał planu, oczywiście rozpisanego na lata. Były intencje, owszem, ale tymi, jak wiadomo, handlują nie firmy zajmujące się kostką brukową, tylko chrześcijanie. I wszystko przehandlowali. Gdyby sam Luter wpadł tu na kontrolę… mieliby się z pyszna.

Wszystkie te materialne przedsięwzięcia upadły. Pieniądze nie zaowocowały niczym. Po entuzjazmie i pracy młodzieży polskiej i niemieckiej przy organizowaniu Ogrodu Ciszy i Medytacji zostały chwasty. Relacje z Niemcami zostały przerwane. Samo szczecińskie środowisko jest skotłowane ambicjami i przedziwną formą partykularyzmu. Za głównego ideologa bonhoefferowskiego uznał sam siebie dominikanin. Pastor luterański, nieśmiałym głosem z widowni Teatru Polskiego, także w imieniu popa lokalnej wspólnoty prawosławnych, zmarginalizowanych niemal do zera w kwestii bonhoefferowskiej, pytał rok temu siedzących na scenie ważnych bonhoefferowców: chłopaki, pójdziemy z wami, co?



Postronny obserwator, nawet tak niezaangażowany w jakiekolwiek środowiskowe emocje jak ja – płonie z zawstydzenia i żenady. Oto jak Dietrich Bonhoeffer rozbił środowisko lokalnych chrześcijan, ale tylko tych z ławki rezerwowej finałowego meczu o dusze wiernych. Ten mecz główny rozgrywa w tej sprawie Kościół katolicki, któremu Bonhoeffer do niczego nie pasuje. Inne wyznania też niewiele tu rozegrają, zdolne wystawić drużynę co najwyżej do rozgrywek w cymbergaja.

Bicz z piasku ukręcony

Zabrakło pracy ciągłej, rozpisanej na lata. W to miejsce weszli dwaj panowie: dyrektor i prorektor. Nie sami, rzecz jasna. Za nimi weszły instytucje, afisze, sale, mikrofony, zaproszenia i cała ta maszyna, która potrafi z piasku ukręcić bicze.

Oni organizują się w instytucję: Festiwal Bonhoeffera. Budują mechanizm, którego trybikami są twórcy i artyści, zawodowi prelegenci i influencerzy. No i celebryci.

Dają publiczności rzeczywiście cenne i oklaskiwane formy spędzenia czasu. Już delikatniej nie umiem wyrazić mojej myśli w tej sprawie. Występ Krystyny Jandy przyciągnąłby każdą widownię. Bez względu na to, czy na plakacie znajdzie się wzmianka o Bonhoefferze, czy degustacji śledzia w śmietanie. Na spotkanie z Adamem Michnikiem – przyjdzie każdy jego rówieśnik, co nie znaczy – sympatyk.

Nie te nazwiska są tu problemem. Problem zaczyna się wtedy, gdy nazwiska zastępują pytanie, które powinno stać w centrum: co z Bonhoeffera naprawdę potrafimy przyjąć do siebie?

Statystyka z bębna rodem…

Właśnie analiza postów na profilu Marek Koszur: Bonhoeffer pokazuje, że na tę tematykę reaguje 49 procent osób powyżej 65 roku życia. Dolna granica? Trzydzieści lat, ale to i tak tylko 4%.

Jak kształtuje się zainteresowanie tekstami na temat weryfikacji tłumaczenia na polski słów Bonhoeffera? W promieniu obejmującym Szczecin, Gorzów, Świnoujście, Stargard, Gryfice, Koszalin – pojedyncze kliknięcia. Ale już Dolny i Górny Śląsk – 66–70%.

Największym zaskoczeniem po postach na profilu Marek Koszur: Bonhoeffer jest liczba kliknięć osób o nazwiskach pisanych… cyrylicą.

Z kolei najwięcej kliknięć w podziale: kobiety – mężczyźni zyskały teksty o zdradzie żony. Z pastorem. Tu liczba reakcji kobiet była na poziomie 65–70 procent.

Statystyka nie pozostawia złudzeń: w promieniu szczecińskiego Festiwalu Bonhoeffera – pustynia. Pojedyncze kliknięcia. Kilka reakcji. A przecież to tutaj bębny powinny być słyszalne najlepiej.

Inaczej zadziałał tekst o Ogrodzie Ciszy i Medytacji w Zdrojach. Zainteresował wszystkich. Po równo. Właśnie on wywołał absolutnie najwyższe statystyki w każdym zakresie. Kolejne materiały o tym miejscu – w opracowaniu.

Tu ważna uwaga: statystyki zmieniają się każdego dnia. Odnoszą się do strony zupełnie nowej w internecie. Bez grona stałych abonentów. Bez systematycznego publikowania materiałów. Ot, meteor. A jak poruszył medialnie społeczność? Jest ta tematyka potrzebna?

Kadłubek człowieka

Wróćmy do festiwalu. Najpoważniejszy zarzut mam w równym stopniu do formatu imprezy, jak i do sposobu, w jaki spreparowano pastora, doktora, teologa, obywatela, spiskowca Dietricha Bonhoeffera. I po co? Jak program i treść festiwalowych imprez łączą się z pojęciem „Bonhoeffer”? Z wartością, jaką ten człowiek ma w świecie? Ameryka, gdzie pamięć o Bonhoefferze jest rzeczywiście żywa, szczególnie jako o bojowniku antyhitlerowskim, pękłaby ze śmiechu, gdyby dowiedziała się o prorektorskich wyczynach prosektoryjnych na Bonhoefferze. Gdyby prorektor nic nie powiedział, nie wkładał palca między drzwi a futrynę, nikt i tak nie miałby problemu z obecnością Bonhoeffera w nazwie. Równie dobrze można byłoby tam napisać: King, Mandela, Vasco da Gama. Ludzie nie wiedzą nic o tych bohaterach. Ale kojarzą nazwiska. To, że są ważne. Ale my musimy być lepsi od najlepszych.

I dlatego nie ma chyba drugiego takiego curiosum na świecie, by patronem wydarzenia uczynić kadłubek człowieka. A jednocześnie podpisać go pełnym nazwiskiem i godnością tego człowieka. Inaczej byłoby, gdyby zamiast „Bonhoeffer” zostawić na afiszu tylko co drugą literę jego nazwiska. Chyba że to „coś” z Bonhoeffera rzeczywiście wiąże się z ideą festiwalu. A więc imprezy wesołej, ludycznej, radosnej, zbiorowej, odświętnej, trochę podniosłej, trochę dekoracyjnej, czasem po prostu głupiej. Z tym całym aparatem: afiszami, mikrofonami, światłami, oklaskami, wywiadami i obowiązkowymi zachwytami po wszystkim.

Tu właśnie zaczyna się szczecińskie curiosum. Główny ideolog naukowy przedsięwzięcia zmumifikował postać pastora. Wypruł z niego religijność i luterański rodowód, a pozostawił rewolucjonistę i bojownika. Antyhitlerowskiego. Czy można takiego kandydata odrzucić?

Nasz szczeciński autorytet naukowy na patrona festiwalu wybrał więc trupa. Jakby największym sukcesem rewolucji było ścięcie jej przywódców. W przypadku Bonhoeffera mamy do czynienia z wypatroszeniem treści na rzecz formy. To tak, jakbyśmy dziejopisa Koszałka Opałka uznali jedynie za poetę i nie dostrzegli, że był krasnoludkiem.



Festiwalowy Bonhoeffer jest Bonhoefferem wypreparowanym. Potrzebnym jako antyhitlerowski bojownik i męczennik. Gorzej z Bonhoefferem duchownym, teologiem, człowiekiem wspólnoty, dyscypliny, modlitwy, formacji i niełatwej etyki. A ja, o naiwny, myślałem, że okres polityki i publicystyki „po linii i na bazie” już bezpowrotnie minął. Okazuje się, że jak Lenin, jest wiecznie żywy. No… Spodobało mi się to porównanie. Gdyby tak jeszcze nad fryzurą popracować…

Szkoda mi powyższego akapitu, ale jego zmarnowanie na podkreślenie faktu, jak można wypaczyć siebie samego, było niezbędne. Są ludzie, którzy zaspokoić pragną nagłą potrzebę „bycia”. Zaistnienia. Pośród błysków fleszy i garści pełnej mikrofonów. Ale zamiast odkrywców stają się wtedy konkwistadorami idei, którą osadzili na sztandarze. Przybijają po raz setny bonhoefferowską pieczęć na różewiczowskiej poezji, a tę odczytują ustami najznamienitszych artystów, za całkiem słuszne, godne honorarium. A publiczność, jak te pieski w trabantach, za tylną szybą – kiwa łebkami w geście „uznania w niezrozumieniu”.

Żywy Bonhoeffer

Tymczasem żywy Bonhoeffer był człowiekiem wielkim i małym. Wyniosłym i pospolitym. Kontrowersyjnym.

Któregoś razu obraził się – wspominał później jego największy przyjaciel – że seminarzyści nie wsparli go w… myciu naczyń po posiłku w seminarium w Zdrojach. Mimo zachęty – nikt nie przyszedł do pomocy. Pastor zamknął drzwi na klucz i sam mył gary. Nie odpowiadał na pukanie i prośby skonfundowanych seminarzystów. Dał im nauczkę – jak czytam we wspomnieniu – tak, wprowadzał metody wychowawcze obowiązujące w jego domu rodzinnym. To wspólnota w działaniu.



I właśnie taki Bonhoeffer jest ciekawszy od festiwalowego chochoła: człowiek, który nie tylko umiera za sprawę, lecz także zamyka drzwi, myje gary i uczy wspólnoty przez konflikt.

Czesi, Szwejk i zakonnik

A z kolejnej strony – jak krytyczne i twórcze zarazem spojrzenie na bonhoefferowskie dziedzictwo dają nam Czesi i Szwejk. Zaprosiłbym ich do stołu. Bo czeska ironia natychmiast przebiłaby balon patosu pytaniem najprostszym.

Tylko Czesi potrafiliby odnieść się do tego rozdziału życia niemieckiego pastora z właściwą dla nich ironią. Nie można było inaczej, tylko zginąć? Czy naprawdę trzeba było umrzeć, żeby mieć rację?

Pastor Dietrich Bonhoeffer stał się „igraszką” w bardzo wąskim na szczęście kręgu lokalnych ekumenistów. Miejsce Czechów i Szwejka zajmuje samozwańczy lider tego gremium, wielce szanowany dominikanin, który niczym jakiś oficer sztabowy, nie zważając na fakt, że Szczecin nie jest już twierdzą, ustawia to miasto w najbardziej nieoczekiwanych — nie mylić z operetkowymi — konfiguracjach środowiska chrześcijan.

Dominikanin nieustannie odwołuje się do swoich czeskich sympatii. Jest wręcz czechofilem. Ale nie przebije nigdy autorytetu dobrego wojaka Szwejka, bo ten mówił wprost, jak jest: kapelan polowy Otto Katz był pijakiem. I dodawał: msza święta nie przeszkadzała mu w kartach. Można? Można! Kto pierwszy w tym stylu powie coś o Bonhoefferze?

Ale, ale! Właśnie trafiła do mnie informacja, którą skutecznie ocuciłem. Powiedziano: w radzie programowej Morskiego Centrum Nauki jest ten sam zakonnik. Hm… Już tylko patrzeć, jak Henryk Sienkiewicz dopisze nam drugą część „Latarnika”, pod tytułem „Zakonnik”. Kto będzie trzecim w tej trylogii absurdu? Zapytać marszałka. Może jakaś fucha w Muzeum albo Operze? O, obie – najlepiej obie. A w sprawach upowszechnienia Bonhoeffera w Polsce może jednak warto zwrócić się do naszych czeskich ojców chrzestnych? Obawiam się jednak, że ci pobratymcy husytów bez specjalnego entuzjazmu zareagowaliby na zaproszenie do kolejnej misji chrystianizacyjnej na Pomorzu.

Nasz dominikanin nie bez triumfalizmu informował na jednym z bonhoefferowskich spotkań o tym, że wygrał proces z biskupem. A ja, siedząc na widowni, zadawałem sobie pytanie: co ja tutaj robię? Chciałem posłuchać mądrych słów o Bonhoefferze, a karmiony jestem próżnością zakonnika.

A poza tym – stosunek Czechów do niemieckiego duchownego jest intelektualny, a nie – jak u nas – festiwalowy. Warto będzie – swoją drogą – porównać uniwersyteckie zainteresowanie osobą Bonhoeffera w Czechach i w Polsce. Zrobiłem to. Boję się usta otworzyć, żeby mi zęby same nie powypadały.

Kto zna Bonhoeffera

Gdy opadnie festiwalowy ton, zostaje proste pytanie: kto w Polsce naprawdę rozpoznaje Bonhoeffera?

Kolejny zatem wniosek: pastor Dietrich Bonhoeffer jest w Polsce kompletnie nierozpoznawalną postacią wśród wszystkich obdarzonych potencją grup wiekowych. Młodzież? Proszę samemu zapytać dzieci i wnuki i zwolnić mnie z snycerki słownej, aby na to pytanie odpowiedzieć.

I tak mógłbym dość długo przywoływać miejsca i kręgi pozostające w całkowitej nieznajomości naszego „bohatera”.

A tym bardziej – jego dzieło.

Przez ostatnie lata słuchałem wszystkich festiwalowych wykładów, debat, obejrzałem spektakle, wynudziłem się na koncertach, uczciwie mówiąc – straciłem mnóstwo czasu w poszukiwaniu nici Ariadny, która poprowadziłaby mnie przez ten labirynt idei, jakie (cudzysłów) przyświecają organizatorom Festiwalu Bonhoeffera. W każdym festiwalowym korytarzu połykał mnie Minotaur. Mam nadzieję, że przynajmniej ze smakiem.

Membrana bębna

Każdy bęben potrzebuje membrany. Festiwalową membraną jest publiczność. I tu mogę zarobić najmniej punktów, bo powiem, że jest kompletnie niewybredna. Co jej na scenę sypną, wydziobuje. Ziarno? Bardzo proszę, cukierki – chętnie. Nakrętki od śrubek – a czemu nie, przydadzą się.Każdy bęben potrzebuje membrany. Festiwalową membraną jest publiczność. I tu mogę zarobić najmniej punktów, bo powiem, że jest kompletnie niewybredna. Co jej na scenę sypną, wydziobuje. Ziarno? Bardzo proszę, cukierki – chętnie. Nakrętki od śrubek – a czemu nie, przydadzą się.

Publiczność dzieli się na zdeklarowaną i niedoinformowaną. Jest też trzecia grupa – nazywam ją: uszczelniacze. Oni zawsze są zachwyceni, zadowoleni, usatysfakcjonowani i nienasyceni. No, tak mają, od urodzenia. Są bywalcami. Pierwszymi, którzy po imprezie klikają w serduszka. Cudowne, wspaniałe, niezapomniane, niezwykłe, wyjątkowe… o, tego słowa szukałem – wyjątkowe wydarzenie. Czyli – kuriozalne, skandaliczne, niemądre, płytkie, populistyczne, jak ciasto z łupinami po orzechach?



Na końcu tego korowodu jadą puste lektyki journalistów. Bo tych w mieście nie ma. Są jedynie ludzie z np. radiowej anteny, od pewnego czasu wypełnionej obrazami, realizowanymi w stylistyce: a co tam ciekawego masz w pawlaczu – którzy skutecznie zniechęcają mnie pustosłowiem i lizusostwem wobec np. organizatorów festiwalu.

A propos aparatu medialnego. Studenckie radio i telewizja zaprezentowały obraz festiwalu na poziomie sztuki zawiązywania sznurowadeł w grupie przedszkolnej. Dlaczego ktoś, wyzbyty elementarnego krytycyzmu, utrzymuje i finansuje tę „robotę” medialną, opartą o zasadę „awantury” medialnej, której każdy produkt przeczy zasadom profesjonalnej roboty reporterskiej i dziennikarskiej? To jest hucpa. Setki krzywych obrazków, animacji montażowej, „pijanej” kamery, która omiata tłumy. Horror. Ale na poziomie uniwersyteckim.

– Ważny był to festiwal?
– O tak, bardzo ważny, bardzo.
– A następny będzie ważniejszy?
– Zdecydowanie! Oczywiście. I to jest w tym festiwalu najpiękniejsze, że jest coraz bardziej festiwalowy.

Tak działa bęben. Instytucje uderzają, publiczność wzmacnia, media niosą pogłos. Po chwili już nie wiadomo, czy wydarzenie było ważne, czy tylko wszyscy umówili się, że należy tak mówić.

Uniwersytet

Najbardziej bolesna jest w tym rola Uniwersytetu, bo Uniwersytet nie powinien być od noszenia mikrofonu za festiwalem. Powinien umieć powiedzieć, kim był Bonhoeffer i dlaczego w ogóle mamy się nim zajmować.

Przysiągłem sobie, że ten tekst będzie poważny i stateczny. Jego pierwszą wersję felietonową wyrzuciłem do kosza. Ale co mam zrobić, skoro dłonie stukają szybciej w klawisze niż jestem w stanie pochwycić je paszczęką opamiętania?

Stara dziennikarska szkoła uczy: zanim zadasz pytanie rozmówcy, zadaj je sobie i udziel odpowiedzi. Na podstawie tego, co widzisz, słyszysz i czytasz. Pamiętaj, że każde twoje pytanie lub zainteresowanie uruchamia w osobie, z którą rozmawiasz, jej instynkt aktorski. To, jak sformułujesz pytanie, jakich użyjesz słów, kiedy je wypowiesz – to wszystko buduje „teatr odpowiedzi”.

Pierwsza rzecz, jaką sprawdziłem – to obecność Dietricha Bonhoeffera w uniwersyteckiej, szczecińskiej refleksji naukowej. Odpowiadam – jest dokładnie taka, jak w skończenie ciemnej jaskini, w której o draskę ktoś uderzy ostatnią zapałką, ta wspaniale rozbłyśnie i majestatycznie zgaśnie.

Teologia na Uniwersytecie Szczecińskim jest. Są etaty, kierunki, doktoraty, habilitacje, konferencje, publikacje. Wydział funkcjonuje. Ale proszę mi pokazać szczecińską pracę doktorską albo habilitację, która z Bonhoeffera uczyniła temat główny, a nie przypis, skojarzenie, festiwalowy afisz czy okazjonalne wystąpienie. Proszę pokazać szkołę rozmowy o Bonhoefferze. Ciągłość. Spór. Myśl, która zostaje po zgaszeniu świateł. Bo ja widzę raczej skończenie ciemną jaskinię, w której ktoś o draskę uderzy ostatnią zapałką, ta wspaniale rozbłyśnie i majestatycznie zgaśnie.

Martin Luter pracuje nad nad przekładem Pisma Świętego na język niemiecki 1532

Nie mogę sobie odmówić… Czytam tematy prac doktorskich: „Dzieje parafii pw. św. Józefa w Szczecinie w latach 1946–2014”, „Historia parafii pw. Świętego Krzyża w Stargardzie Szczecińskim-Kluczewie w latach 1959–2014”, „Dzieje parafii pw. Wniebowzięcia NMP w Pilchowie w latach 1973–2013”… Nie lekceważę lokalnej historii Kościoła. Ale jeśli to ma być horyzont teologicznej odwagi, to naprawdę proszę o krzesło.

Działa w tym środowisku pewien mechanizm psychologiczny: wszyscy mówią – Bonhoeffer, a ja nic o nim nie wiem? To musi być ktoś wielki i nie mogę się kompromitować, że ja gościa nie kojarzę, więc oczywiście cmokam, wzdycham, kiwam przez pół minuty głową; mrużę oczy, marszczę czoło, wydymam usta, przesuwam szczękę, wzrokiem wodzę od Alaski po Antarktydę, jak wpatrzony w Ala Pacino jego partner, Robert De Niro, który zapomniał kluczową kwestię ze scenariusza, a ta brzmiała: yes.

Zdroje

Dla natywnych, wydawać by się mogło, dziedziców jego dzieła, luteran – pastor Dietrich Bonhoeffer jest jakimś niezrozumiałym dla mnie balastem, który z balonem zamienił się na miejsca.

I właśnie dlatego trzeba było przede wszystkim wyjść z festiwalowej sceny. Dosłownie. Trzeba było najpierw pójść do Zdrojów. Choćby po to, by zachować pozory.

Prowokacja jest chwytem dziennikarskim. Ale ja go unikam. Chyba że nie widzę lepszego rozwiązania. Stąd od kilku tygodni moja obecność w Ogrodzie Ciszy i Medytacji imienia Dietricha Bonhoeffera w Zdrojach.

Kto wpadł na niemądry pomysł nadania ogrodowi imienia Bonhoeffera? To nie jest jakieś miejsce na Księżycu. To jest najbardziej bolesne i znamienne w obecnej Polsce miejsce związane z Bonhoefferem. To jest – literalnie – Ogród Bonhoeffera, a nie jego imienia. Proszę naprawić ten błąd.

Przecież jest tyle świadectw, jak miejsce to wyglądało w 1935 roku. Okolice dawnej żwirowni, u wejścia do Puszczy Bukowej, na terenie wielkiego majątku, który hitlerowcy doprowadzili do ruiny, a Bonhoeffer i jego studenci zaadaptowali najbardziej liche z wystawnych, gospodarczych zabudowań. Tu, jeszcze ponad ziemię, wystaje kilka cegieł po tamtym czasie. To wręcz mauzoleum…

Nie, nie boję się skojarzeń użytego określenia. Bo nie jestem podatny na skojarzenia. A jedynie na ciąg logiczny, przyczynowo-skutkowy. Wybieram logiczne wnioski. A już nazwanie tego miejsca Ogrodem Ciszy i Medytacji czyni je bardziej odpychającym od cmentarza o północy. Na ten temat – osobny tekst.

I tutaj, w ogrodzie, Festiwalu nie było. A to – nie boję się użyć porównania – wasza, bonhoefferowska „świątynia na skale”. Nikt z wielkich piewców Bonhoeffera nie wpadł na pomysł, aby tu, w czasie festiwalu – przyjść. Pochylić głowę w geście szacunku dla bojownika i człowieka odważnego. Duchownego. Rozumiem. Co się będą Państwo trudzili. Pogoda kiepska, widownia żadna. Oklaski i autografy? Szpaki o nie poproszą?

Tam, gdzie powinno bić serce tej opowieści, festiwal milczy.

Klepsydra, bębny i …cisza

Te wszystkie wątki, a jest ich milion – jeśli los pozwoli, będę rozwijał zarówno na profilu: Marek Koszur: Bonhoeffer, prezentującym – podkreślam – mój punkt widzenia, na stronie TVSiódemka.pl, a także na koneser.club. Mam nadzieję, że suma tych publikacji wypełni opracowywaną stronę www.bonhoeffer.pl. Najważniejsze wnioski i uogólnienia na @Redaktor Szczeciński, a także @Szczecin – stolica Marsa.

Uda się. Wszystko się powiedzie i tym sposobem zetrzemy znad Szczecina i kraju, a przede wszystkim festiwalu, tę klepsydrę, której nie zapisałem do końca, bo atrament się wyczerpał:

pastor Dietrich Bonhoeffer nie żyje, pośród nas.

Jeśli nie wiadomo, o co chodzi, to wiadomo, że nie chodzi o to, o co chodzi. Ważne, by walić w bębny. Mocniej. W środku bębna każdy dźwięk wydaje się potężny. Tyle że poza bębnem może go już nikt nie słyszeć.

’Wszyscy wierzymy w jednego Boga’ – Luter i jego kongregacja w kościele miejskim w Eittemberdze 1541

Proszę udostępnić ten artykuł
Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *