z cyklu: Dlaczego Bonhoeffer?
- Felieton jest gatunkiem dziennikarskim, który nie boi się literackości. Sięga po paradoks, ironię, umowność, dialog wyobrażony, a nawet formy pozornie fabularyzowane. Może opisywać sytuacje całkowicie rzeczywiste, może też — dla wyostrzenia tezy, sensu lub konfliktu — posłużyć się sytuacją wykreowaną, a nawet fikcyjną, jak choćby w tytule: „Moja żona mnie zdradziła. Z pastorem”. Nie przesądza to jednak samo przez się o prawdziwości lub nieprawdziwości jego zasadniczej materii. Bywa bowiem i tak, że treść okazuje się brutalnie życiowa, podczas gdy forma pozwala autorowi mówić o niej swobodniej, odważniej i celniej.
Zanim przejdę do częśći drugiej tego tekstu…
Mój telefon dzwoni dość często. Bywa, że większą część dnia spędzam na rozmowach. Rzadko jednak się zdarza, abym znaczną część dnia poświęcił na cokolwiek innego niż tylko… słuchanie. W zawodzie reportera ta umiejętność jest nadzwyczaj ważna. Reporter radiowy — a tej pracy poświęciłem wiele lat — bywał „żywym” konfesjonałem. Cudzysłów nie jest tu oznaką przekory czy jakiejś egzotyki. Jest zasygnalizowaniem pewnej potrzeby, którą każdy z nas z trudem w sobie nosi: potrzeby uwolnienia stresu.
Ileż to razy przypadkowa rozmowa zamieniała się w opatrywanie trądu. Nic, żadna lekcja religii nie utkwiła w mojej pamięci dziecka tak mocno, jak opowieść o trędowatych. Nie umiem do dziś zracjonalizować tego faktu. Dlaczego ten fragment dziejów Jezusa tak uparcie we mnie tkwi? Może zdecydował o czymś ważnym? Miał wpływ na moje wybory, na zawód, na sposób słuchania ludzi? Przesadzam. Ale dostrzegam coś jeszcze. Dopiero po latach zrozumiałem, że nie chodziło o trąd ciała, lecz o trąd samotności — o ranę, której nikt nie chce dotknąć.
Rany się opatruje. Jezus to robił. I może dlatego przekonał mnie nie tyle do siebie, ile do mojej postawy wobec drugiego człowieka. Do tego, że od cudzego bólu nie wolno uciekać tylko dlatego, że jest niepojęty. Może nawet zaraźliwy? Bo z bólem nikt nigdy naprawdę sobie nie radził. Ból nie jest stanem naturalnym. Jest poza zasięgiem rozumu. Tylko drugi człowiek może zmniejszyć jego napięcie.
Któryś ze starszych kolegów, a może sam to odkryłem, obserwując ich pracę z mikrofonem, pokazał mi pewien mechanizm. Nazywam go darem przemilczenia. Gdy ktoś odpowiada na pytanie, szuka słów, nadaje im kształt, ubiera w emocje, wreszcie dochodzi do punktu, w którym zamyka swoją odpowiedź. I tu zapada cisza. Trwa ułamek sekundy. Reporter dziękuje, rozmówca się kryguje: proszę powycinać, ach, nie tak to chciałem powiedzieć, reporter upewnia rozmówcę: było świetnie.
Ale jeśli ten ułamek sekundy po ostatnim słowie rozmówcy reporter uszanuje, pozwoli mu trwać — rozmówca spostrzega, że tkwi na… krze dryfującej po wezbranej rzece pełnej niewypowiedzianych opowieści. Na szczęście reporter ciągle stoi na brzegu. Druga taka okazja może się nie powtórzyć. I wtedy rozmówca, ten życiowy topielec, wyciąga rękę spod powierzchni niezrozumienia i zaczyna mówić dalej. Ale w 99 procentach przypadków — na inny temat. Powiązany z pytaniem, owszem, ale naświetlający je z innej strony. Nie zauważa nawet, że dopłynął właśnie do katarakty, wielkiego wodospadu. I nie dość, że uświadamia sobie, iż nie ma odwrotu, że nie pokona silnego nurtu zwierzeń, uzewnętrznienia stresu, tkwiących w nim skumulowanych emocji — to jeszcze poddaje się prądowi żywiołu rzeki życia i rozrywa wręcz swoje wnętrze.
Reporter jak przydrożna skała tkwi w miejscu i rejestruje nie spowiedź zazwyczaj, ale oskarżenie. Nie wobec sędziego czy ławy przysięgłych, ale wobec siebie samego. Dlaczego tak postąpiłem, dlaczego nie zareagowałem, dlaczego zawierzyłem, uznałem, przymknąłem oczy, dlaczego, dlaczego, dlaczego.
Ta faza trwa dość długo. Każdy wulkan to ledwie góra sięgająca prawie nieba, to prawda. Ale wulkan ten ma w sobie tyle ukrytej lawy, że na spalenie czy zmrożenie niejednego nieba by jej starczyło. Człowiek jest tu wulkanem ze wszystkich największym.
Oto co się między innymi zdarzyło po opublikowaniu pierwszej części tekstu „Moja żona mnie zdradziła. Z pastorem”. Kiedy wreszcie odłożyłem telefon po trzech, może czterech godzinach rozmów z Czytelnikami, zamknąłem drzwi, wsiadłem do auta i ruszyłem w drogę.
Wiadomo. Nad morze — tam, gdzie najłatwiej udawać, że człowiek jedzie po ciszę, choć naprawdę ucieka przed głosami, które przed chwilą w sobie przyjął.
Ta droga wiedzie obok Ogrodu Ciszy…
Żaden drogowskaz, żadna najbardziej licha tablica przy drodze nie pokazuje, że ogród taki tu istnieje. Jest wskazówka o Jeziorze Szmaragdowym. Ale organizatorzy Ogrodu nawet o taki drobiazg, który przecież jest kardynalnym posunięciem, nie zadbali. Od dawna widzę, że cały ten ogród jest dla nich wielkim ciężarem. Cholera… i ta trawa tak szybko tam rośnie…
Wszedłem do ogrodu. Ruszyłem w stronę tego drzewa, gdzie, jak mi się wydawało, Pani siedzi i pozwala mi opowiadać o bólu człowieka, którego żona zdradziła. Z pastorem.
— Dzień dobry.
Zaskoczony, odwróciłem się gwałtownie.
— Natrafiłam na pana stronę na Facebooku: „@Marek Koszur: Bonhoeffer”.
Nieznajoma zaskakiwała mnie każdym kolejnym zdaniem. Opowiedziała mi swoją historię, której wysłuchałem w pokorze. Gdy skończyła, zadałem jej tylko jedno pytanie:
— Dlaczego właśnie mnie pani tę historię opowiedziała?
— Dlaczego? Wysłuchałam pana opowieści o zdradzie. Czy to nie do mnie właśnie zwracał się pan w swoim tekście, sugerując, że byłam tym niby jasnym odblaskiem, może rondem kapelusza albo drgającym liściem drzewa? Wysłuchałam pana i uznałam, że mogę mu zaufać i opowiedzieć moją historię. Ja tu przychodziłam tyle razy, ale nie wiedziałam do dziś, że czekałam… na pana? Wiedziałam, że wreszcie kiedyś zjawi się ktoś, kto uwolni mnie — nie, nie od mojej historii, ale od mojej w niej samotności. Bo czy jest większe cierpienie niż ból nieodwracalności losu, który człowiek musi nieść sam? Nie oceniam siebie, nie oskarżam nikogo. Ale w pana przykładzie ukazania Dietricha Bonhoeffera jako postaci rozstrzygającej ludzkie dylematy odebrał pan temu duchownemu prawo bycia autorytetem skończonym. Ja dodaję do pańskiego przykładu kolejny aspekt śmiertelnego żywota człowieka, jakim jest ból samotności.
W wielkiej obietnicy życia wiecznego jest coraz większe grzęzawisko. Powiedziałabym: mułu, gęstej mgły. W samym słowie życia, a także w sformułowaniu „życie wieczne”, tkwi jakaś niedorzeczność. Życie to cykl. A życie wieczne to co? Zaczyna się i nie ma końca? A inni mówią: życie na ziemi jest przerwą w życiu wiecznym. No, sam pan widzi. Orkiestra gra tango, a pan zaprasza mnie do walca.
Wiara nie jest pałatką, lekkim namiotem przeciw burzy wątpliwości.
Dlaczego człowiek — jak pan pisał — skrzywdzony zdradą nie znajduje całkowitego uwolnienia od cierpienia? Bóg nie ma dla tego człowieka żadnej oferty. Bóg bezżenny. Bóg mówiący, że kocha. Ale czy miłość Boga do człowieka jest taka sama jak człowieka do człowieka? Przenigdy! Tu tkwi jeden z największych paradoksów. Bóg nigdy nie doświadczył miłości, jaką człowiek żywi do człowieka. Wie pan, tu upatruję pewien kamuflaż wyrażony w pojęciu: w Trójcy jedynego. Aby zrozumieć pełnię relacji między, na przykład, kobietą i mężczyzną, jeden Bóg to nie tylko za mało. To wręcz nadrzędnik bez mianownika. A mianownikiem są gorąca krew i wyrafinowany umysł. I zdradzone ciało, które nie chce już nikomu wierzyć.
Pomyślałem wtedy, że człowiek nie ma możliwości przeistoczyć się w Boga w Trójcy Jedynego. Bóg musiałby się zdezintegrować, by naprawdę doświadczyć miłości człowieka do człowieka — bez przewagi boskiej mocy, bez wyjścia awaryjnego, bez nieśmiertelności. Człowiek takiego wyjścia nie ma. Jest zakotwiczony w bezgranicznej emocjonalności. I może dlatego jego zdrada, jego opuszczenie, jego samotność są tak nieuleczalne.
Zapytam inaczej: dlaczego Bóg nie doświadczył sam na sobie plag, którymi obsypany został człowiek? Jeśli nie On „wymyślił” wszystkie aspekty życia, to kto wyręczył Go w tych niedoróbkach?
Chcę, aby pan napisał tekst o celi samotności. Chcę, by zamknął się pan w tym moim Edenie, jak nazwała go jedna z moich koleżanek, gdy wbrew mojej woli musiała na chwilę wejść do mojego mieszkania. Czy jest pan w stanie sobie wyobrazić, że ja muszę teraz zmienić mieszkanie? Ono, poprzez fakt wizyty tej osoby, stało się miejscem brudnym. Powie pan: wariatka. Nie! Samotnica. Nie wiem, czy to jest poprawnie po polsku, ale tak się od pewnego momentu moje życie potoczyło, że jedyną przed nim obroną była ucieczka w samotność. Ta okazała się gorsza niż sen w płomieniach. One parzą, palą, zamieniają w popiół. A samotność — nic nie robi. Nie dostrzega pana, nie dokucza, nie wyśmiewa się i nie drwi. Po prostu — nie reaguje. Widzę, że trudno to panu zrozumieć, ale już wiem, że ta myśl — jak kropla czerwonego atramentu wrzucona do kryształowej karafki z orzeźwiającą wodą — zamieni ten napój w jednobarwną, odpychającą materię. Mam nadzieję na kolejne spotkanie. Do widzenia.
Spojrzałem odruchowo na zegarek. Trzydzieści kilka minut po trzeciej. Cudowne słońce. Na torowisku — dwa pociągi pędzące w przeciwne strony. Ich rumor nie zagłuszył ptactwa, które nic sobie z tej naszej rozmowy, albo też inaczej mówiąc — mojego milczenia, nie robiło.
Dochodziła czwarta po południu. Wyobraźnia podpowiedziała mi wygląd… cyferblatu. Na zegarze uczuć i namiętności, w miejscu cyfr kolejnych godzin, umieszczone zostały właśnie emocje. My nie dostrzegamy tej warstwy bulgocącego wywaru naszych odczuć, bo oto dla przykładu jedna z typowych sytuacji dnia powszedniego: czerwone światło, rowerzysta, człowiek po drugiej stronie jezdni, ciężarówka, pasy jak klawisze fortepianu. Zielone. Patrzę przez chwilę, jaką melodię wygrywają pospiesznie przechodzący ludzie. Czerwone. Znów zielone. Zabieram akustykę tego miejsca i ruszam w drogę.
I refren:
Odebrał pan temu duchownemu prawo bycia autorytetem skończonym.
Chcę, aby pan napisał tekst o celi samotności…,
Szum kolejnego pociągu, ale w mojej wyobraźni zagłuszył słowa, których nie usłyszałem:
o której ma pan chyba wiele do powiedzenia.
Ale… nie słowami.

Część druga
Zawsze powinna Pani nosić tylko słoneczne sukienki. Najlepiej z kwietnym deseniem… Dzień dobry. O, kolczyki? I łańcuszek? Dla kogóż się Pani tak wystroiła? Wiem, wiem — dama stroi się wyłącznie dla siebie.
A jednak przyszła Pani… Czy to znaczy, że wybaczyła mi Pani wczorajszą impulsywność? Odeszła Pani bez słowa. Nie wiem więc, czy zaakceptowała Pani twierdzenie Dietricha Bonhoeffera: Vergebung ist ohne Anfang und Ende… I którą wersję polskiego rozumienia tych słów uznaje Pani za bliższą sobie?
„Przebaczenie jest bez początku i końca” czy może: „Przebaczenie nie ma początku ani końca”?
Bo czasem różnica między dwoma podobnymi zdaniami jest różnicą między przetrwaniem a klęską.
Wierzę, że… będę umiał Pani pomóc.
Nie wiem zresztą, czy Pani tu naprawdę jest. Czy siedzi Pani w Ogrodzie Ciszy i Medytacji, na ławeczce za starym dębem? Widzę tam tylko coś jasnego… Może rondo kapelusza. Może kosmyk włosów. A może tylko liść odbił światło tak, że człowiek, który nie miał już z kim mówić, uznał drżenie gałęzi za znak czyjejś obecności. Zdradzony gotów jest przemówić do wszystkiego: do ławki, do pustej alejki, do ptaka, który przysiadł na gałęzi, do własnego bólu, jeśli ten urośnie tak bardzo, że nie mieści się już w człowieku.
Pomieszanie języków
Czy sądzi Pani, że choroby, kataklizmy, pomyłki, zderzenia i wszystkie inne nieszczęścia, jakie nawiedzają człowieka, mają jeszcze jakąś logikę? Straszliwą, okrutną, ale jednak logikę? Bo najbardziej nielogiczną i niewytłumaczalną plagą rodu ludzkiego jest pomieszanie języków. Samo to, że języków jest tak wiele. A ile ich w ogóle było? Stąd bierze się tyle nieporozumień. Choćby te dwa polskie rozumienia jednej myśli wyrażonej w języku niemieckim.
W językach zakodowane są postawy i oceny. Słowo jest w stanie zdziałać więcej niż najbardziej heroiczny czyn. A słowo wypowiedziane przez kogoś najbliższego potrafi zrujnować jedno życie tak skutecznie, jak wojna rujnuje miasto.
Vergebung

Wracam do słów, bo od nich najwyraźniej nie potrafię uciec. Jak słowa Bonhoeffera zrozumiał Niemiec, a jak Polak? Różnica polega nie tylko na stylu przekładu. Różnica tkwi w samym sensie tłumaczenia. Dwie wersje. Niby bliskie. A jednak każda prowadzi w inną stronę.
Vergebung ist ohne Anfang und Ende.
„Przebaczenie jest bez początku i końca” — mówi o istocie przebaczenia.
„Przebaczenie nie ma początku ani końca” — mówi raczej o jego właściwości.
W niemieckim ist ohne Anfang und Ende istotne jest właśnie „ist” i „ohne”. Bonhoeffer nie napisał najprościej: hat keinen Anfang und kein Ende, czyli „nie ma początku ani końca”. Wybrał formę bardziej aforystyczną, niemal rozstrzygającą: „jest bez początku i końca”. To zdanie chciałby duchowny umieścić obok praw i twierdzeń Archimedesa czy Pitagorasa. Niestety. Nie da się.
Ale mamy też drugi problem. W języku polskim Vergebung rozchodzi się w dwie strony: przebaczenie i wybaczenie.
„Wybaczyć” brzmi bardziej potocznie: darować winę, nie wracać do niej, puścić urazę. Dobrze działa w codziennych sprawach. Ale przy zdradzie małżeńskiej — zamienia się w pył.
„Przebaczyć” jest słowem głębszym, ciężkim i — co tu ważne — mocniej osadzonym w języku chrześcijańskim. Niesie sens nie tylko emocjonalny, ale też moralny i duchowy: nie oddawać złem za zło, nie pielęgnować nienawiści, nie zamknąć drugiego człowieka ostatecznie w jego winie. To właśnie ten rejestr najlepiej odpowiada Bonhoefferowi i Ewangelii. A mnie właśnie ten rejestr najbardziej uwiera.
Przytoczone słowa Bonhoeffera są jak drzwi. Gdy je otworzyć — ukazują przepaść wypełnioną odcieniami. A mnie interesuje znaczenie. Niepodważalność i oczywistość treści opisanej słowem. Bo taką formę ma ten zapis. I wiem, że o zdradzie może mówić tylko zdradzony, bo nikt inny nie zrozumie skutków zdrady. A o samotności po zdradzie? Może o niej mówić ktoś, kto nie został zdradzony?
Kocham Panią…
Widzi Pani? Niekiedy jedno zdanie potrafi całkowicie umeblować świat, po którym wcześniej poruszaliśmy się tak bezładnie.
Jednak moc słowa może wypalić się w mgnieniu oka. Ale ślad po nim zostaje. Już zawsze będzie Pani pamiętała, że… kocham Panią. Tak powiedziałem.
Jak Pani już wie, moja żona mnie zdradziła. Z pastorem. A ja, zdaniem Dietricha Bonhoeffera, powinienem jej przebaczyć. Może nawet muszę. Najpierw wybaczyć, a potem przebaczyć? Chrześcijanin, który umarł dla tego życia z powodu zdrady żony — musi jej przebaczyć. Tak mówi Dietrich Bonhoeffer. Czy Pani też tak jego słowa zrozumiała?
On dodaje, że przebaczenie pochodzi od Boga. Ale nie zdradza, kto mu to powiedział. I co znaczy: pochodzi? Gdybym w sądzie zakwestionował prawdziwość tych słów, wysoki sąd zażądałby od pastora Bonhoeffera dowodu: skąd wie, że przebaczenie pochodzi od Boga, i kto poświadczyłby, że naprawdę przebaczyć muszę. Sprawa zostałaby oddalona.
Sąd z całym profesjonalizmem zajmie się ukaraniem zdrajców. Prawo boskie — tak to przynajmniej widzę z miejsca człowieka zdradzonego — bierze zdrajców w opiekę. Zdradzonych odsuwa na bok. Odwraca się od nich.
Także Dietrich Bonhoeffer, jeśli się nie mylę, potępia zdrajcę ale równocześnie instruuje go, co zdrajca winien zrobić po udowodnieniu mu winy, by znów być miłym Panu Bogu. Zdradzony również odzyska łaskę, jeśli przebaczy i wybaczy. I stoją przed Panem dwaj. Ten z lewej, zdrajca — czysty i lśniący łaską i miłością, z certyfikatem zdrady w dokumentach, niczym zaświadczeniem o dodatkowej kwalifikacji; a ten z prawej — zdradzony — który choć żyje – umarł. Dlaczego Bóg nie zabiera mu bólu zdrady? A może jeszcze gorzej: dlaczego zostawia człowieka z tym bólem samego? Bo zdrada nie kończy się na zdradzie. Zdrada dopiero otwiera celę samotności.

Zwykła niedoróbka?
Im więcej czytam Bonhoeffera, tym wyraźniej widzę, że w sprawie zdrady małżeńskiej jego Vergebung jest niewytłumaczalnym unikiem. Nie wchodzi ze mną do mojej celi samotności. Staje przed drzwiami, podnosi kołnierz i pilnuje mojego cierpienia.
Owszem, pastor każe winowajcy wyznać winę, wyjść z ukrycia. Ale co z tego wynika dla człowieka zdradzonego? Krzywda zdrady jest nienaprawialna. Można winowajcę osądzić, można go obedrzeć ze skóry, można kazać mu płakać, klęczeć, błagać, wyznawać i posypywać głowę popiołem — a zadana przez niego rana i tak nigdy się nie zagoi. Tkwi w zdradzonym dłużej niż jego własne życie. I właśnie dlatego bonhoefferowskie Vergebung okazuje się dla mnie nie tylko niewystarczające, ale wręcz trywialne: przesuwa ciężar z nieodwracalności krzywdy na wzniosłość przebaczenia. Człowiek szukający u Bonhoeffera wsparcia zostaje więc nie tyle pouczony, ile porzucony. Nie pocieszony, lecz rozczarowany. Niezmywalnie.
Absurd!
Czy dobrze mi się wydawało, że to Pani tym jednym słowem skomentowała moje wywody? A może to ja sam potrzebowałem, żeby ktoś wreszcie nazwał rzecz po imieniu?
Ach, nie mam tu żadnej spinki do włosów. A te spadają Pani na oczy… Może poszukam czegoś? Nie trzeba? Na pewno? Jest dobrze? Przepraszam, ale taką mam naturę. Lubię widzieć więcej niż… widzę.
Czego tu nie rozumieć? Nie ma racji? Czy znalazł się kiedyś człowiek zdradzony, który powiedziałby:
— Super, fajnie było. Zostałem zdradzony, ale się działo! Jakie emocje, ubawiliśmy się po pachy. Żona mnie zdradziła, ale jej przebaczyłem i jest jeszcze lepiej niż było. Już kolejna jej zdrada mnie nie rusza. Nawet razem z żoną wpisujemy jej kolejne zdrady do kalendarza. Cha, cha, cha.
Nikt nigdy nigdzie nie zajmował się cierpieniem zdrady. Nikt nie pochyli się nad ptakiem, któremu obcięto skrzydła. Wszak żyje, a że nie może już latać? Miał pecha!
A jeszcze mniej zajmowano się samotnością po zdradzie — tym drugim, cichszym cierpieniem, (ot, taki bonus dla zdradzonego), którego nikt nie zasądza, a którą człowiek odbywa latami. Tym stanem, w którym człowiek nie ma już komu opowiedzieć tej samej historii po raz setny.
Ja mogę tylko dodać: zabić znaczy zabić. A zdradzić znaczy… też zabić. A raczej – zabijać. Codziennie, niezmiennie, z narastającą wręcz intensywnością. Ale tych kwestii nikt nie próbuje uczynić centralnym punktem festiwalu Bonhoeffera, koncertów, debat, wykładów czy recitali. Może dlatego tak irytują mnie festiwale pamięci. One dopiero potrafią zdradzić. Nie uczestników, lecz myśl im przyświecającą. Zostawić ją samotną wśród świateł, mikrofonów i bukietów.
W sprawie mojej żony, która mnie zdradziła, z pastorem, szukałem wsparcia właśnie tam — w Festiwalach Bonhoeffera. Cóż za rozczarowanie. Tematy i wydarzenia miały tego duchownego jedynie na pieczęci, nie w treści. On sam był nieobecny. Nikt nie analizował jego słów, wybrani powtarzali maksymy i sentencje, niektórzy odgrzewali koncepcje religii bez Kościoła, inni uznali za najważniejsze — i słusznie — chylić czoło przed jego postawą obywatelską. Jak ja się boję takich sformułowań napompowanych do granic wytrzymałości. One tylko efektownie pękają…
Ale kiedy czytam Lenina, kiedy sięgam po — bez wymieniania już nazwisk łotrów równie niegodnych naszej pamięci — ich teksty, widzę, że oni wszyscy także pisali bardzo okrągłe zdania. Nie porównuję tu biografii ani win. Porównuję tylko pychę słów, które chcą być większe od treści. Słuszne myśli rywalizowały z równie wzniosłymi ideałami. Wszystko – obok życia. Mojego życia.
Wiem już na tyle dużo o życiu, by powiedzieć, że nie ma sprawy, której nie da się rozwiązać pokojowo. Nawet te najtrudniejsze można przynajmniej „rozbroić”. Ale rozbroić nie znaczy unieważnić. Zamrozić, by zło nie pięło się po nas jak pleśń po ścianie i mozolnie zdzierać ją pazurami.
Utworzyłem stronę „Marek Koszur: Bonhoeffer” nie po to, by składać hołdy, lecz by szukać. Imiennie. Ja – szukam. Nie przyjmuję bezkrytycznie ani wyznawców Bonhoeffera, ani — przede wszystkim — jego samego. Odkrywać. Weryfikować. Cieszyć się mądrością innych, ale też wszystko poddawać próbie. Pierwszy z testów wypadł fatalnie. To Ogród Ciszy i Medytacji w Zdrojach. Miejsce, które miało uczyć ciszy, a nauczyło mnie, że ciszę trzeba przekrzyczeć, by miejsce znów stało się jej domem.
Pytam siebie od dość już dawna: po co mi Bonhoeffer?
Na jakiej półce mojego życia mam ułożyć jego dziedzictwo? Co — wreszcie — sam mogę zrobić dzięki niemu? Nic. On napisał wyraźnie: przebaczyć. A ja pytam: dlaczego zajął się winowajcą, a nie mną? Dlaczego nie wszedł w cierpienie człowieka zdradzonego? Dlaczego nie spróbował zdjąć ze mnie choćby odrobiny bólu?
Wiele pytań… Na żadne z nich nie odpowie mi koncert wokalisty, który może mnie zachwycić także bez podkreślenia, że odbywa się w ramach Festiwalu Bonhoeffera. Ubiegłoroczna plotkarska debata, na doprawdy żenującym poziomie, o tym co buzuje między tronem a ołtarzem była czystą stratą czasu, lansowaniem się dwóch autorów, w tym jednego nieobecnego, a miała być intelektualną ucztą. Gdzie tam był Bonhoeffer? A to literackie odnajdywanie Bonhoeffera — dwa lata temu — w uniwersyteckiej czytelni przy kilkudziesięciu pustych krzesłach, czyli prawie wszystkich, jakie tam ustawiono? Na szczęście ktoś wpadł na pomysł i z pobliskiego liceum przyciągnął licealistów do tej czytelni. Napisałem w jednym z felietonów, że w chwilę po przyjściu młodzi wyciekali z audytorium jak woda z sita. A co ze studentami? Organizator imprezy — Uniwersytet — a wśród uczestników ani jednego studenta. Sami profesorowie. Mówili, mówili, palec na usta kładli. A Bonhoeffera – zakneblowali. A myślałem, że tam właśnie ktoś mi wytłumaczy dlaczego w ogóle mam przebaczyć lub wybaczyć żonie i pastorowi?
Dlaczego?
Żeby zdrajcom nie było przykro?
Uniosłem się, przepraszam Panią
Nasza rozmowa i tak się przeciąga ponad miarę zwykłą dla nawet drugiego już spotkania. Hm… Wybaczy mi Pani, a może woli Pani od razu przebaczyć?
Tyle mówiłem o Festiwalu. A co w sprawach Bonhoeffera dzieje się przez resztę czasu, do następnego festiwalu? Szukamy co atrakcyjniejszych pozycji do repertuaru? Kasowo uzasadnionych? No tak, bo za coś trzeba urządzać te intelektualne manewry dyskusyjne. Kto sfinansował to wydarzenie? My. Kto zarobił na tym wydarzeniu? Oni. To wyjątkowo zdrowy i sprawiedliwy układ. Dyrektora teatru — rozumiem. Odrobił lekcję, dobrze zapamiętał początek „Fausta”. Tam przecież wszystko zostało już powiedziane: impreza musi się udać.
Vergebung ist ohne Anfang und Ende — gdyby taki tytuł, takie motto nadać festiwalowi: okazałby się on kamieniem u szyi imprezy, nie jej mottem.

Wyobrażam sobie… Teatr, staję na środku sceny. I mówię: moja żona mnie zdradziła. Z pastorem. Ale hit — pomyślałby ktoś. W samym środku tej festiwalowej waty cukrowej, tego blichtru, między programem, bankietem i standing ovation.
Sala zamarłaby na sekundę, może nawet na trzy. I parsknęłaby śmiechem, jakiego mury teatru nigdy nie słyszały.
Ja zszedłbym ze sceny. A recenzent w gazecie napisałby nazajutrz: rewelacyjny, najkrótszy spektakl świata. Facet został śmiechem ze sceny zdmuchnięty.
Dość. Wracam nad morze. Wie Pani, uczę się siedzieć nad morzem. Lubię patrzeć na to, czego nie widać. A najbardziej podoba mi się taki obrazek: dwie wspaniałe, smukłe morskie latarnie. Obie wysyłają sygnały o szalenie istotnym znaczeniu dla nawigatorów, ale same ze sobą nigdy nie porozmawiają. Obie nadają na odmiennych częstotliwościach, a mówią to samo: uważaj, zwolnij, zaczekaj, patrz na falę, unikaj płycizny. Może tak samo jest z nami: ja, Pani, Bonhoeffer. Każde wysyła sygnał, którego drugie nie umie zrozumieć.
Wizja dwóch latarni to jest wyraz mojego ukochanego surrealizmu. Czyli — najczystszego realizmu, jaki mam w mojej wyobraźni. A w języku objawia się on jeszcze mocniej. A swoją drogą… Czy ktoś policzył, ile wyrazów języka polskiego od czasów Reja wypadło całkowicie z mowy potocznej? Jak Kochanowski zareagowałby na dzisiejsze hip-hopowe treści? Czy Różewicz albo Herbert znaleźliby uznanie w oczach Morsztyna? Ale znów uciekam w język. Może dlatego, że nie znajduję żadnego obejścia zdrady, samotności i tego miotania się w poczuciu klęski.
Lecz dość dygresji. Nadto ich się tu pojawiło po to, by tworzyć kontekst dla pytania: po co nam Bonhoeffer? Dlaczego organizujemy festiwale akurat Bonhoeffera i bonhoefferowskie, a nie z równie medialnie nośnym patronem jak Tadek Niejadek czy Stefek Burczymucha? W rezerwie mam Janka Muzykanta.
Przedrzeźniam z zażenowaniem fakt, że w mieście, które w życiu pastora miało istotne znaczenie, od tylu lat nie umiemy poddać krytycznej, nawet druzgocącej ocenie jego dzieła. My wolimy tworzyć hologram człowieka niż ślęczeć nad jego myślą, jak widać, nie zawsze domkniętą w porządku logicznym, a już na pewno nie zawsze sprawiedliwym.
Do tej pracy nie są potrzebni celebryci, autografy na książkach, których się nie przeczyta. Tu selfie z publicystą czy duchownym, przybyszem z krainy wojaka Szwejka, który sterroryzował ideę lokalnego ekumenizmu i rozdaje karty religijnego pokera, w żaden sposób nie przybliży nas do świata Bonhoeffera. A czy cokolwiek powinno? Aby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba poznać Bonhoeffera. Bonhoeffer nie powinien być krzyczącą grafiką na programie festiwalu i zaproszeniach. Powinien przeszkadzać. Wchodzić w każde zdanie, którego nie chcemy dopowiedzieć. Jeśli już go wołamy, niech się wtrąca. Niech burzy dobre samopoczucie. Niech pyta tam, gdzie inni biją brawo.
Powiedziałem Dietrichowi Bonhoefferowi: moja żona mnie zdradziła. Z pastorem. I co mi odpowiesz? A ty, zostałeś zdradzony? Wiesz, o czym ja mówię? Wiesz, pastorze, dlaczego przywołuję twoje myśli, choć w tej sprawie uważam je za chybione? Bo uświadamiają mi, że sam — i tylko sam — muszę stanąć wobec mojego problemu. Nie będę szukał złudnych rad i nieodpowiedzialnych instrukcji, jak wyjść z sytuacji, w której moja żona zdradziła mnie z pastorem. Nie będę udawał, że twoje zdanie ułatwi mi zblatowanie się z moim bólem. Nonsens. Może gdybym był trupem.
Wierzę, że Dietrich Bonhoeffer podziękuje mi za tę naukę. Powiem mu wtedy coś jeszcze.
— Pastorze, gdy miałeś 38 lat, byłeś bardzo zakochany. Napisałeś w więzieniu przepiękny erotyk, który luteranie — przynajmniej w znanej mi polskiej recepcji — zamienili w „ładną” piosenkę, nazywaną psalmem. Tłumacz tekstu twojego wiersza dbał o rym i rytm, a nie o potęgę twojego uczucia, o dramat uświadomienia, że nigdy nie połączysz się z ukochaną kobietą, że nie spłodzisz dzieci, nie utworzysz z wnukami takiej jak moja — Drużyny Łowców Czarnego Niewidzialnego Kosmicznego Kota o Niewidzialnych Czarnych Oczach. Podoba ci się ten pomysł?
O! Nie zna Pani tego wiersza? Jest wart szczególnej uwagi. Listy pastora były cenzurowane. To i tak cud, że mógł je wysyłać. Człowiek z takimi zarzutami! I jeśli pisał, że pozdrawia, to mówił: kocham. Jeśli życzył, to pożądał. Cały ten wiersz jest zakodowanym erotykiem. A może tylko ja tak go czytam, bo sam już wszędzie szukam wszystkiego, co może być ukryte pod zapisanym słowem. Nikt na świecie w swoim tłumaczeniu nie obszedł się z nim tak ludycznie jak my, Polacy. Um-pa-pa, um-pa-pa… Sprawdzałem przekład angielski, nawet czeski. U nas miała się nieść melodia, rzewna i błoga, a nie bolesna i tragiczna. Bo po co… Niech będzie miło. I tak ładnie — odświętnie. Polacy to jedyny naród, który ze wszystkich dni tygodnia zrobiłby niedzielę, a na samą niedzielę wziąłby od lekarza zwolnienie.
Chcę niebawem do tego wiersza i listu wrócić.

Zamknijmy kwestię mojego przypadku: moja żona mnie zdradziła z pastorem. Bonhoeffer wysłucha, rozgrzeszy i zada pokutę: oni się skruszą, ty im wybacz, a jej — przebacz. Mechanizm działa. Człowiek niekoniecznie.
Ale pastor Bonhoeffer o tym nie wie, że przebaczenie to nie jest słowo z półki z ciastkami z kremem. Jest dramatycznym uświadomieniem sobie faktu winy. A akt przebaczenia? Przecież nam — okaleczonym — nic nie daje. Wręcz odwrotnie — potwierdza naszą klęskę, sankcjonuje poniżenie. Wypowiadając słowo „przebaczam”, korzymy się przed winowajcą… i nie bacząc na naszą tragedię, kłaniamy się, przytulamy winowajcę, by nie czuł się osamotniony w swoim błędzie. Ku…a mać! Może mam mu jeszcze moje kapcie oddać? Żeby się nie zamartwiał zbytnio tym, że wobec mnie zgrzeszył? Będę spał na kanapie w salonie, gdy on, strudzony cierpieniem z powodu seksu z moją żoną, spocznie w mojej sypialni. Nie powinienem, ja, chrześcijanin, zostawiać brata mego w jakże niekomfortowej dla niego sytuacji. Bo on i tak cierpi z powodu tego, że posiadł moją żonę.
A żona? No przecież to najbliższa mi osoba. Ponad trzydzieści lat razem! Miałbym ją odtrącić? Jako chrześcijanin? Mogłaby się kobieta załamać. Oskarżyłaby mnie — pewnie słusznie — o bezduszność, o brak zrozumienia, a całe te trzydzieści lat potraktowałaby jako oszukiwanie jej, gdy mówiłem, że kocham, że tylko ona. Postawiłaby mi zarzut, że ja miłość tylko udawałem, bo w godzinie prawdziwej próby, gdy ona zdradziła mnie z pastorem, ja zajmuję się tylko moim bólem. Czy nie jest to egoizm najwyższej próby? A ona? Jakie ma we mnie oparcie?
— To ja takiemu człowiekowi poświęciłam trzydzieści lat mojego życia? O ty niewdzięczny. Ty gnoju!
Bonhoeffer nie zważa na takie niuanse. On sięga po atutowy argument: „Wtedy podszedłszy Piotr, powiedział Mu: Panie, ile razy, jeśli zgrzeszy wobec mnie brat mój i przebaczę mu, czy aż siedem? Mówi mu Jezus: Nie mówię tobie aż siedem, ale aż siedemdziesiąt siedem”. (Mt 18,21–22)
Nie! Nie zgadzam się. Nie. Nie. Nie. Bo bonhoefferowskie przebaczanie ma dla winowajcy niemal operetkowe znaczenie. A mnie pogrąża bez reszty. Jest jednokierunkowe. Jest niedoróbką w konstytucji naszej moralności. To kadłubek udający dzieło skończone.
Mój Boże — i ty, pastorze, teoretyku bezżenny. Ty, który nigdy nie zaznałeś bólu człowieka tak upokorzonego. Nie każ mi — w imię czego? — przebaczać i wybaczać, objąć ramieniem tego, który mnie tak okaleczył?
Przynajmniej we „Wspólnym życiu” momentami jawi mi się Dietrich Bonhoeffer niczym prokurator. Mówi do mojej żony: trzeba, abyś wyznała winę, wyszła z ukrycia i przyjęła prawdę o sobie. Który człowiek, w jakiejkolwiek sprawie, przyjmie prawdę o sobie? Żona? Mąż? Pastor? Ja? No, może każdy po trochę. Ale żona – nigdy!
Nie będę uprawiał ugrzecznionej publicystyki. A tym bardziej subtelnej felietonistyki tam, gdzie trafiam w moralną pustkę.
Ale co to wszystko ma do mojego bólu, człowieka, którego żona zdradziła z pastorem? Zajmujesz się, wielebny Dietrichu, zdrajcą i winowajcą, a nie ofiarą. A ofiarę sadzasz pod ścianą, aby ci nie przeszkadzała.
Nigdy w życiu nie słyszałem mądrego kazania. Ani razu. Zawsze był to zestaw komunałów w wersji smart lub de luxe. Różniły się bogactwem i obfitością zaczadzonych bon motów ewangelicznych, chrześcijańskich złotych myśli.
— Miłujcie się, Pan z wami — i z duchem twoim. Także wy, których żona zdradziła z pastorem.
A wierni mechanicznie odpowiadają chórem:
— Ale miałeś pecha, stary. My także. Wybaczajmy sobie.
– Amen.

Tu na chwilę wyręczę felietonistę. Chcę powiedzieć z oczywistością rozgrzanego żelaza, że wszystkie moje życiowe klęski mogłem odsunąć, prześmiać, puścić niczym kaczkę z kamyka „po falach życia”. Mogłem to zrobić. Nie wiem, czy Bonhoeffer sformułował taki pogląd — ja uznaję go za aksjomat. Niestety, nie do zastosowania w życiu. Bo ma on cholerną wadę — jest teoretyczny, bez wariantu praktycznego. Nie cofniemy życia, by zacerować dziurę lub na naszą krzywdę naszyć łatę.
To właśnie usankcjonowana niedorzeczność wkurza mnie najbardziej i daje mi prawo kwestionowania całej tej ich wielkiej nauki o życiu. O życiu, o którym nie mieli pojęcia albo zostali przekupieni obietnicą, aby tak je opisać. Co im obiecano? Może zbawienie wieczne?
Próbowałem ich zrozumieć tam, w skalnych pokojach Kumran. Ale i tam nie znalazłem żadnej odpowiedzi.
Tak jak w Piśmie mówić i pisać mogą tylko ludzie, których żona nie zdradziła z pastorem.
Przebaczenie nie jest tym samym co pojednanie, powrót do dawnej ufności ani obowiązek dalszego wspólnego życia bez granic — próbują tłumaczyć się jedni i drudzy. Także Bonhoeffer. W Mt 18 najpierw jest mowa o winie, upomnieniu, prawdzie i próbie naprawy relacji; dopiero w tym kontekście pada pytanie Piotra o przebaczenie. Czyli chrześcijańskie przebaczenie nie oznacza zanegowania krzywdy ani unieważnienia prawdy o zdradzie.
Więc nawet taka interpretacja nie zamyka sprawy. Powyższe gadanie — bo jak inaczej nazwać tę argumentację — nie odmieni faktu, że moja żona zdradziła mnie z pastorem. Po prostu. Nic tego faktu nie zmieni. Dwudziesty raz już to powtarzam?
Słyszę, czytam: z nauki Nowego Testamentu wynika jedno — nie mogę odmawiać drugiemu człowiekowi możliwości nawrócenia. Słusznie. Tylko dlaczego moja możliwość ocalenia nikogo już tak nie zajmuje?
Telefonuję do kolegi. Jest księdzem. Po tamtej stronie granicy. Posługuje się tamtym językiem.
— Przebaczyć to nie oznacza, że musisz natychmiast wrócić do poprzedniej relacji, odtworzyć małżeńskie współżycie ani uznać sprawę za zamkniętą. Chrześcijaństwo nakazuje przebaczenie, lecz nie nakazuje naiwności. Zdrada nie przestaje być zdradą dlatego, że padło słowo „przepraszam”. Potrzebne są prawda, skrucha, zerwanie romansu, gotowość poniesienia konsekwencji, cierpliwa odbudowa wiarygodności. W tym sensie można jej przebaczyć, a zarazem jeszcze nie pojednać się w pełni.
— Masz rację, przyjacielu, masz wiele racji, ale nie mojej! — wpadam w tok jego kaznodziejowania. — Najmniejszego pojęcia nie masz o tym, jak na sprawę patrzy człowiek, którego żona zdradziła go z pastorem. Moje przebaczenie — dla mnie — będzie pustym gestem, jeśli w ogóle do niego dojdzie. Nikt nie ma nic mądrego w tej sprawie do powiedzenia. Zdrada to nie pęknięta uszczelka, którą da się wymienić.
— No tak… no tak…

Godzi się z całą sumiennością przywołać źródło i inspirację tych słów pastora Dietricha Bonhoeffera. Bonhoeffer prowadził w latach 1935–1937 nielegalne seminarium Kościoła Wyznającego w Finkenwalde (podszczecińskie Zdroje). Była to wspólnota intensywna, zdyscyplinowana, częściowo quasi-monastyczna, z codzienną modlitwą, medytacją, wspólną pracą i silnym naciskiem na kształtowanie charakteru. To właśnie tam dojrzewały idee później znane z „Gemeinsames Leben” — „Życia wspólnego”, zwłaszcza dotyczące wyznania win, wzajemnego noszenia ciężarów i przebaczenia jako realnej praktyki wspólnoty chrześcijańskiej.
Co go więc skłoniło do tego sformułowania o Vergebung?
Nie tyle jedna sytuacja, ile całe doświadczenie Finkenwalde. Bonhoeffer widział, że wspólnota chrześcijańska rozpada się najpierw od drobnych potknięć, od małych zdrad ideałów. Dlatego nie wystarcza według niego stan: „już nie myślę o kimś źle”. To jeszcze nie jest przebaczenie. Przebaczenie zaczyna się dopiero tam, gdzie zdradzony pochyla się i podnosi zdrajcę, nie dociska go butem do ziemi i rezygnuje z własnego „prawa” do odwetu.
Taki miał być sens bonhoefferowskiego uzasadnienia do Vergebung? Ograniczony. Nie uwzględniający mnie. Całkowicie oderwany od życia zwykłego człowieka, unoszący się w oparach rozważań doktrynalnych, globalnych, a więc jedynie teoretycznych. To nie jest misja ratująca człowieka upokorzonego, który utracił wiarę w Boga, a zaraz potem — w drugiego człowieka. Tu nie tylko Bonhoeffer nic nie pomoże. Tu dobitnie widać, że całe zastępy autorytetów, nie tylko Bonhoeffer, uznających siebie za przewodników reszty — kuły nieistniejące żelazo życia, modelując je prawami, które nigdy praktycznego kształtu nie uzyskały.
I wtedy człowiek zawoła:
— Tak, zdradziła. Ale ja ją ciągle kocham! Nie wyobrażam sobie życia bez niej. Ale też „wspólnego życia” z nią.
Bonhoeffer milczy. Może patrzy na mnie i na tę kobietę, którą dziś spotkałem w Ogrodzie Ciszy. Ona nie pytała o winę. Nie pytała o dogmat. Nawet nie o przebaczenie. Prosiła o tekst o celi samotności. A więc, pastorze Bonhoefferze, utonąć można wiele razy? Okazuje się nagle, że po zdradzie – my, zdradzeni – dostajemy drugie kajdanki: one nie pozwolą nam wyjść z samotności.
Nie mam do Dietricha Bonhoeffera pretensji o to, że jego zdanie wyrasta z jego wiary a on sam każe mi przebaczenie wiązać z Bogiem. Ale mnie to nie wystarcza. Bo jeśli przebaczenie ma przyjść skądkolwiek — to niech dokona cudu. Niech cofnie chwilę zdrady. Niech usunie obraz, który wraca. Niech odbuduje zaufanie. Niech sprawi, żebym znów umiał żyć z nią albo bez niej. Nic takiego się jednak nie dzieje. Rana pozostaje i miłość pozostaje. Cierpienie też pozostaje. I może właśnie to jest najuczciwsza moja odpowiedź na bonhoefferowskie Vergebung: nie znajduję w nim ratunku. Ono nie leczy mojego bólu. Nie odbiera mi cierpienia. A ja cierpię. Bonhoeffer nie pokazał mi drogi. Zostawił mnie z pięknym, ale ułomnym zdaniem. A cierpienie nie potrzebuje pięknych zdań. Cierpienie chce ulgi. Tej zaś nie ma.
Bonhoeffer mnie tu zawiódł. Zawiódł, bo na Vergebung przybił pieczęć swojego autorytetu, utrwalił go własnoręcznym podpisem, własną biografią i własną świętością w oczach innych. Jeśli mówi: Vergebung ist ohne Anfang und Ende, to nie mówi tego kartka papieru. Mówi Bonhoeffer. I to jego pytam: dlaczego stawiasz kropkę tam, gdzie człowiek dopiero zaczyna się miotać? Nie tylko na drodze donikąd, ale także przed człowiekiem, który dalej iść nie potrafi? Swoim autorytetem próbuje wymusić na nas zachowanie po prostu niewykonalne. No nie. I już.
Może tak właśnie działa nieodpowiedzialność autorytetu: wszystko musi się zgadzać, nawet jeśli dane są naciągane. Jak w krzyżówce. Skoro brakuje jednej litery do hasła, zamieniamy „ż” na „rz”. I teraz pasuje. Tyle że życie nie jest krzyżówką. Człowiek zdradzony nie jest pustą kratką, którą można wypełnić poprawnym hasłem.
Jak wspaniała jest ta dzisiejsza wiosna!
Szczególnie w tym ogrodzie… Tylko te pociągi… Gdyby wiedziały, że przejeżdżają obok Ogrodu… Może stępiłyby sztyletowy błysk lśniących w słońcu szyn? Ja nie mogę się do ich łoskotu przyzwyczaić.
A Pani?
Rozglądam się… Może nie siedziała za tym dębem żadna kobieta? Może była tylko jasna plama światła, rondo kapelusza, liść, który udawał obecność. Ale jeśli nawet ją wymyśliłem, to nie po to, by sobie ulżyć. Wymyśliłem ją, bo sam nie umiałem już mówić do siebie. Potrzebowałem kogoś, kto przerwie moje kazanie i zamieni je w rozmowę. Kogoś, kto powie: niech pan nie mówi ex cathedra. Niech pan usiądzie obok.
Patrzymy na to samo, a widzimy co innego. Ja widzę zdradę. Ona widzi samotność. Bonhoeffer widzi przebaczenie. Pastor zdrajca widzi winę. Prawo widzi sprawcę. Bóg — jeśli patrzy — widzi zapewne jeszcze coś innego. I co z tego może wyniknąć dla harmonii między nami? Może tylko tyle, że nikt nie ma prawa nazwać swojego widzenia obrazem ostatecznym. Poza jednym: człowiek zdradzony ma prawo nazwać swój ból ostatecznym.
Nic, co złamane, nie zrośnie się bez śladu. Więc całą tę naukę o Vergebung, także samego Bonhoeffera, na razie kładę obok kosza. Poza płynącym z niej bardzo ważnym — choć tylko moim — wnioskiem: rób wszystko, by żona nie zdradziła cię z pastorem.

Czytaj także:
