Myślę, że w pewnym momencie miałem udział w części Jego losu. A właściwie zrobiła to Małgosia. Później sam mi o tym mówił.
– Podpisz, proszę, tutaj. I jeszcze to zlecenie na studio, ale szybko, szybko, tutaj, tutaj i tutaj… Zaraz nagrywamy.
– Ale… Kto to…
– Powiem ci, jest niezły…
I wybiegła. W garści dokumentacja, zlecenie, scenariusz?
Małgosia pełniła wtedy w Kanale 7 funkcję barwnego chińskiego latawca. Tu wzlatywała, tam ją widziano, gdzieś mignęła, a… najlepiej było włączyć telewizor, żeby się przekonać, że gdzieś tu jest. Na swoim miejscu.
Latawiec z dłuuuugim ogonem równie barwnych osobowości telewizyjnych neofitów.
Kanał 7 Telewizji Szczecin był ich kuźnią. Dosłownie!
W gabinecie miałem bezpośredni podgląd do studia.
Scenografka coś tam przesuwała, dźwiękowiec obniżył mikrofon. Operator kamery zrobił zbliżenie klawiatury fortepianu. Popłynęły dźwięki. Druga kamera pokazała twarz. Uziemiona czarną koszulą, bez mimiki, może nawet impertynencką.
Zaśpiewał.
Jest dobry – pomyślałem.
I za chwilę był już na antenie.
Tak działał Kanał 7.
Niektórzy z młodych nie mieli w sobie oporu przed kamerą czy mikrofonem. Innych paraliżował strach. W obu jednak przypadkach rodziły się indywidualności.
Widziałem, jak niektórzy schodzili z planu, jakby zderzyli się z lokomotywą (która, oczywiście, rozpadła się na drobne kawałki). Inni próbowali objąć umysłem to, co właśnie w nich eksplodowało.
Nie ma chyba innego sposobu na ujawnienie tkwiącej w nas tej innej czy też właściwej natury. Telewizja jest fenomenalnym detonatorem.
Ryszard Słowicki był odporny na chwilowe egzaltacje. On miał gorszą cechę.
Był cholernie uparty. Niech mi daruje – uparty jak osioł.
Sekretarka mówiła:
– Proszę nie czekać, nie ma pan szans, aby dziś rozmawiać z dyrektorem.
Odpowiadał:
– Dobrze, dobrze, rozumiem.
I siedział dalej.
– Niech pan tu nie siedzi, proszę przyjść później, może…
– Uhm… Jasne, oczywiście.
I siedział dalej.
Kiedy w sekretariacie robiło się tłoczno, Ryszard wychodził i krążył wokół wieżowcowego pnia.
Nigdy nie widziałem, aby się uśmiechał.
Co ja mówię…
On miał tylko jeden, ciągle ten sam garnitur emocjonalny. Jak fartuszek szkolniaka.
Nie wiem, co by się w tamtym czasie musiało wydarzyć, aby stracił panowanie nad sobą.
Nie umiał nie być sobą.
– To są teksty…
– Tu jest muzyka, pan wrzuci do odtwarzacza… Sam nagrałem…
– Tak to rozpisałem…
– Tu jest wykaz gości…
– Scenografia prosta…
Wybijał zęby swoim telewizyjnym ascetyzmem.
Kiedy w 2020 roku rozpocząłem przygotowania do wznowienia Kanału 7 – Ryszard Słowicki odpowiedział na zaproszenie wręcz entuzjastycznie.
Okazało się, że w telewizyjnym archiwum są steki, powtarzam: setki zapisów jego programów z młodymi twórcami.
Jęknąłem. I z drugiej strony – zakląłem.
Bo tak niedawno, razem ze Zdzichem Tararako, byłem u pana Adama Rudawskiego, wówczas prezesa Radia Szczecin.
– Zamiast o północy puszczać „z puszki” muzykę, proszę oddać nam, starym radiowcom, ten czas. Za darmo wrócimy do naszych dawnych reportaży, odszukamy ludzi, którzy byli bohaterami naszych opowieści. Zapytamy: dzień dobry, co u was słychać, jak powiodły się wasze plany, jak potoczyło się życie.
Patrzyliśmy ze Zdzichem na twarz człowieka, a widzieliśmy ścianę. Nie z cegieł. Mentalną.
Skąd ten pomysł na nocne programy wspomnień? Zadzwonił telefon.
– Trzydzieści lat temu nagrywał pan reportaż z moim dziadkiem. Dziadek zmarł. Babcia przez całe życie chciała usłyszeć ten reportaż jeszcze raz. Babcia odeszła kilka lat temu. A ja nie znajduję spokoju, że tyle lat nie reagowałem na jej prośby. Czy ma pan ten reportaż? Tak chciałbym spełnić prośbę mojej babci.
Dla pana Rudawskiego prośba wnuczka to nie był argument. Podobnie jak dla jemu podobnych ówczesnych szefów szczecińskiej telewizji, których – cóż za okoliczność – przyjmowałem do pracy…, do Kanału 7. Kiedy pod ich miejscami pracy zadrżały fundamenty, podejmowali protest w obronie Kanału 7.
Po latach, na jego reaktywację poprzez udostępnienie archiwaliów – nie pozwolili.
– Ale ja mam te wszystkie moje programy na taśmie. Kilkaset odcinków! – argumentował Ryszard Słowicki. – To byłoby fantastyczne wrócić do tamtych młodych talentów, do muzyków, wokalistów, poetów. Pokazać ich życiową drogę. A kilku zrobiło wielką karierę! Tak!
Byłoby…
Gdyby w instytucjach takich jak TVP Szczecin pojawił się ktoś na miarę szlachetności intencji Ryszarda Słowickiego.
Dziś w starym archiwalnym kartonie widzę fiszki i karteczki pisane ręką Ryszarda, proszące o spotkanie.
Mam wypalane płyty z jego kompozycjami.
Widzę korespondencję mailową i słyszę echo długich rozmów telefonicznych.
Nie spotkaliśmy się od czasów telewizyjnych.
Zapraszał na koncerty swojej formacji. Na wernisaże wystaw.
Był jedynym znanym mi człowiekiem, który chodził po linie do góry nogami.
W 2020 roku Ryszard Słowicki poprosił mnie o recenzję jego słuchowiska. Napisałem wówczas dwie notatki, które potraktowałem jak jedną z wielu naszych niedokończonych rozmów na temat… No właśnie… Co go najbardziej interesowało? A mnie? Gdzie krzyżowały się nasze myśli? Gdzie mijały?
Oto linki do tych tekstów:


