z cyklu: Dlaczego Bonhoeffer?
- Felieton jest gatunkiem dziennikarskim, który nie boi się literackości. Sięga po paradoks, ironię, umowność, dialog wyobrażony, a nawet formy pozornie fabularyzowane. Może opisywać sytuacje całkowicie rzeczywiste, może też — dla wyostrzenia tezy, sensu lub konfliktu — posłużyć się sytuacją wykreowaną, a nawet fikcyjną, jak choćby w tytule: „Moja żona mnie zdradziła. Z pastorem”. Nie przesądza to jednak samo przez się o prawdziwości lub nieprawdziwości jego zasadniczej materii. Bywa bowiem i tak, że treść okazuje się brutalnie życiowa, podczas gdy forma pozwala autorowi mówić o niej swobodniej, odważniej i celniej.
Przepraszam, ale co Panią w tym wyznaniu tak oburza? Fakt czy samo sformułowanie? Jeśli fakt – to zdaniem Pani nie powinienem wszystkim wokół mówić o tej sprawie? A może usunąć dopisek, że zrobiła to z pastorem? A może Panią drażni samo to, że dzielę się z Panią moim bólem? Pani pozostaje poza zasięgiem podobnych dramatów? Jest Pani świętą? Święci nie cudzołożą? Nie grzeszą? A chrześcijanie nic, tylko wspierają się nawzajem? A, rozumiem… Tylko nie w tak fundamentalnej sprawie jak ta: moja żona mnie zdradziła. Z pastorem.
Ja Panią atakuję?
Ja tonę, a Pani siedzi w bezpiecznej łódce moralności, w ratunkowej kamizelce dystansu wobec drugiego człowieka, i ma dla mnie tylko focha, karcąc mnie za niby nieeleganckie, niestosowne zachowanie. Nie rzuca mi Pani ratunkowego koła, a jedynie odwraca się i pozwala wiatrowi oddalić swoją łódź od miejsca mojej topieli. A ja wołam: ratunku!
Mam się uspokoić? Prosi mnie Pani o spokój? To ja proszę, aby to Pani się uspokoiła. I pomogła. Mnie. Nam. Wszystkim. Zdradzonym, zdradzanym i tym, którzy dopiero zostaną zdradzeni.
A skąd Pani wie, że sama nie znajduje się w jednej z tych grup? W żadnej, rozumiem. Pani nikt nie zdradzi i Pani też nie zdradzi nikogo. To… feler czy cnota? O la la, lllaaaaa… Odnoszę wrażenie, że moje nieszczęście utrzymuje mnie lepiej na powierzchni niż Panią ta niczym niepoparta pewność. Pewność, że grzech się Pani nie ima. W ogóle. W żadnej postaci. Pani nie świntuszy, nie marzy, nie dywaguje… O cudzołożeniu, rzecz jasna, nawet Pani nie pomyśli. Więc zapytam inaczej… Swojego pastora Pani lubi? Nie widzi Pani siebie w relacji z nim? Czy dlatego, że on już jest w związku z moją żoną? Tylko dlatego?
Ja przynajmniej mam pełną jasność: moja żona mnie zdradziła. Z pastorem. A Pani? Pani jeszcze nic „w swojej sprawie” nie wie. Ale proszę nie odchodzić. Proszę zostać. I uspokoić nerwy. Porozmawiajmy…
Może… może będę umiał Pani pomóc?

Nie wiem zresztą, czy Pani tam naprawdę siedziała. W Ogrodzie Ciszy i Medytacji, za starym dębem, widziałem tylko coś jasnego.
Może rondo kapelusza. Może kosmyk włosów. A może tylko liść odbił światło tak, że człowiek, który nie miał już z kim mówić, uznał drżenie gałęzi za znak czyjejś obecności.
Zdradzony gotów jest przemówić do wszystkiego: do ławki, do pustej alejki, do ptaka, który przysiadł na gałęzi, do własnego bólu, jeśli ten urośnie tak bardzo, że nie mieści się już w środku.
Widzi Pani… Mam nad Panią tę przewagę, że ja jestem już „po”. Wiem, co stan zdrady robi z człowiekiem. Pani? Od dawna nosi Pani w sobie tę myśl? No, o zdradzie. Nie, nie, proszę nie protestować. Każdy ją w sobie nosi. Pani nie jest wyjątkiem. Namiętność potrafi opanować naszą emocjonalność tak skutecznie, że rozum staje się tylko służącym. Wrażliwość na drugiego człowieka zostaje za drzwiami. A wtedy eksploduje egoizm. I od tej chwili odwrotu już prawie nie ma. Zdradzamy po to, żeby go nakarmić.
Jeszcze oddech trwa w zapamiętaniu. Świat się jeszcze chwieje. Uciekać, odejść, zniknąć… Co teraz? Co ja? Co my? Bluzka, cholera, taka wygnieciona. Spódnica przesunięta. Gdzie ten zamek? Czy on nigdy nie przestanie się zacinać? Włosy, włosy… jak ja wyglądam?
Kątem oka dostrzega Pani ślad szminki na jego twarzy? Nie. To nie szminka. To już znamię. Mówili kiedyś: dzikie mięso. Najgorsze są oczy. Patrzą na wszystko i nic nie widzą. Nagle czuje Pani ciężar jego ręki na swoim ramieniu. Albo odwrotnie. To nie Pani, lecz on jak najszybciej chce uciec z tego miejsca. Ale żadne drzwi się przed nim nie otwierają, nie umie schować się za narożnik domu. No przecież nie pobiegnie środkiem ulicy, bo wtedy — wszyscy…
Dotyka Pani dłonią jego twarzy. Jest szorstka jak rumień na Pani policzkach, rozdrapanych pieszczotą. Wydaje Pani w siebie głos nieziemski. Ryk, który płoszy cały porządek świata. — Ciii… ciii… — wpuszcza mu Pani w ucho i przytula go. Albo on wkłada twarz w Pani otwarte dłonie. Oboje nie możecie się nadziwić, jak bardzo do siebie pasujecie. Bo ręka w rękę tego dokonaliście. Ten gest jest konsekracją zdrady. Na moment oboje tracicie wzrok. Tamten świat właśnie skończył się dla was nieodwracalnie.
Prawie pieta.
Tak was, nas widzę. Zdrajców i zdradzonych. Uderza Panią to porównanie? Mnie też. A zna Pani inną postać cierpienia równie całkowitą? Nie chodzi mi o Michała Anioła ani Rodina. Oni wykuwali w kamieniu uczucia, ale nie zamykali całej ich siły w samym kamieniu. Wy — my — dokonaliśmy rzeczy o wiele bardziej doniosłej. Pokonaliśmy wszelkie opory moralne. A to nie jest zwykłe rozłupanie nawet największego granitu.
Ech… Przerwijmy na chwilę ten Pani atak na moją osobę. Zresetujmy wszystkie skrajne potencjały. Przecież widzę, że zadając mi cios, trafiła Pani także w siebie. Spokojnie. Na szczęście jeszcze tu jestem. A te Pani rany zdrady — jak stygmaty — nie krwawią. Od nich się nie umiera. Nie można tylko z nimi dalej żyć. Proszę? Wydawało mi się, że chciała Pani coś powiedzieć. Może przywołać inną wielką boską myśl? Wszystko, zawsze tłumaczy Pani odwołaniem do Boga? Wszystko bierze Pani także z Niego? Tak jest wygodniej. A stygmat zdrady? To też łaska Boża? Swój problem też chce Pani podrzucić, zepchnąć do rozwiązania na biurko dobremu Bogu?
Lubi Pani muzykę? Oczywiście, co za pytanie. Więc zna Pani koncerty Rachmaninowa. Cały świat dzieli się na zwolenników drugiego albo trzeciego. A ja wczoraj po raz pierwszy naprawdę usłyszałem jego prawie nieznany szerszemu gronu pierwszy koncert fortepianowy. Słuchałem go wcześniej wiele razy, ale dopiero teraz dotarło do mnie, że to muzyka siedemnastolatka: forma niedomknięta, arcydzieło niewykończone, lecz z jaką energią młodości, która jeszcze nie umie się uzewnętrznić. Są w nas przecież pokłady emocji, do których latami nie docieramy. Szamoczą się pod powierzchnią, stymulowane imperatywem uzewnętrznienia. A kiedy wreszcie pękają, bywają iskrą wywołującą eksplozję. Nie tłumaczę tym zdrady. Nie usprawiedliwiam jej. Ale widzę mechanizm.
Wczoraj w nocy Yuja Wang zagrała mi ten utwór tak, jakby młoteczki fortepianu zamieniły się w krople rosy padającej na struny. I nagle pojąłem, że niecierpliwość, zachwyt, pierwsze pęknięcie serca, niedojrzałość — wszystko to bywa prawdziwsze od form doskonałych, bo jeszcze nasze ekscytacje nie nauczyły się kłamać. Słuchacz woli zwykle dzieła wykończone, gładkie, wzorcowe. Nie ufa temu, co jeszcze się szarpie. A przecież w człowieku bywa podobnie. To, co najważniejsze, często nie objawia się w harmonii, lecz w żmudnym przepoczwarzaniu, wręcz – pęknięciu.

Nie inaczej patrzę na mój, na nasz z Panią problem. Pokazałem Pani mój ból. Wywołałem Pani ostrą reakcję. Była ona jak ten pierwszy dźwięk larga z młodzieńczego koncertu Rachmaninowa — tyle że zamiast kropli rosy spadła między nas kropla kwasu solnego. Ten wypali wszystko. Pani nie chciała nigdy usłyszeć takiej skargi jak moja. Tak sformułowanej. Gdybym o tej sprawie powiedział inaczej, łagodniej, bardziej po ludzku i po kościelnemu, strzepnęłaby Pani tę skargę z siebie jak plamę błota. Zapomnijmy o tym — powiedziałaby Pani może. I właśnie tak robimy najczęściej: kamuflujemy, okrywamy konwenansem, fałszywie podszytą poprawnością, jak obrusem, wszystko to, co naprawdę boli.
A potem dziwimy się, że trawi nas rak zdrady — nieuleczalny, oporny na każdy lek moralny.
Jest taka scena w jakimś filmie….
Łobuz i jego zbiry kontra jeden mściciel. Ten przychodzi do łobuza. Myśli Pani — samobójca? Tak to wygląda. Otoczony przez grupę mistrzów w zadawaniu śmierci, daje im lekcję ostatnią. Kilka obrotów, kilka celnych trafień i łobuz czuje już szron na plecach. Stracił obrońców. I wtedy do walki staje jego najgroźniejszy i najlepszy wojownik. Sięga po miecz. Atakuje. Mściciel przejmuje broń i wykonuje jedno cięcie. Łobuz nieruchomieje. Patrzy na swojego wojownika. Ten wolno obraca się w stronę mściciela, a kamera pokazuje odciętą twarz tego ostatniego obrońcy, spływającą na podłogę jak plaster arbuza.
A co z naszymi twarzami? Z moją. Człowieka, którego żona zdradziła z pastorem. Ta twarz, choć odcięta, nie spłynęła. Nie mogę na nią patrzeć. Zapuściłem brodę. Zarosłem jak chwasty wokół śmietnika. W nocy budziłem się, dotykałem twarzy i z największym trudem powstrzymywałem się, by znów nie stanąć przed lustrem. Miałbym nałożyć krem? Rozdrapać skórę? Najprościej byłoby skręcić kark, żeby odwrócić głowę całkowicie w drugą stronę. Skuteczne, ale… mało praktyczne. O, znów się Pani uśmiechnęła… A ja… ja obsesyjnie myłem ręce. Ręce, choć moje, były tamtymi, które dotykały ciała mojej żony. Kradły jego drżenie, zmazywały z niego sól namiętności. To był obrzydliwy rabunek. Na pomoc!
Spojrzałem więc znowu w lustro. Poczułem się jak ciasto na naleśniki wylane obok rozgrzanej patelni. Pamięć wywołała nagle uśmiechy i przekomarzanki wnuków, pałaszujących niegdyś naleśnikowe rulony z pysznym serkiem, pełnym soczystych rodzynek. Objadali się grzesznie i cudownie.
Szekspir znał ten rodzaj ciosu.

Opisał i mężczyznę, który — jak Otello wobec Desdemony — dał się doprowadzić do rozpaczy samym podejrzeniem zdrady, i takiego, który — jak Troilus, patrzący na Kresydę oddającą się innemu — nie miał już do czynienia z podejrzeniem, lecz z pewnością. Mnie obchodzi właśnie ta druga chwila: nie plotka, nie podszept, nie cień winy, ale jej widok. W takiej chwili nie rozpada się tylko miłość. Rozpada się twarz człowieka, który jeszcze rano myślał, że jego życie stoi na swoim miejscu. Zastanawia mnie tylko, dlaczego Troilus i Kresyda to najrzadziej grana tragedia Szekspira. Ze względu na tę scenę? Nie. Uwierzy Pani? Ta sztuka celowo psuje oczekiwania widza.
Nie ma tam oczyszczającej katastrofy, jak w Hamlecie czy Otellu. Nie ma nawet porządnego domknięcia konfliktu. Zostaje niesmak, rozkład, ironia. To dramat z rozmysłem nieprzyjemny.
I może właśnie dlatego ta scena zdrady tak boli. Nie dlatego, że jest skandaliczna. Nie dlatego nawet, że pokazuje zdradę małżeńską. Raczej dlatego, że w jednym błysku skupia cały sens tej sztuki. Miłość okazuje się krucha. Wierność zależy od okoliczności. Idealizm Troilusa zderza się ze światem, w którym wszystko podlega wymianie, transakcji i rozpadowi.
Powiem więcej: poszedłbym na łatwiznę, gdybym wszystko zrzucił na nią. Tu nie chodzi tylko o upadek jednej kobiety. Chodzi o świat, w którym człowiek bardzo szybko przestaje być osobą, a staje się kartą przetargową, fantem, zakładnikiem cudzego układu. I to jest może najbardziej przerażające. Nie sama zdrada, ale to, ile rzeczy musi ją poprzedzić: oddalenie, przemilczenia, pierwsze kłamstwa, pokusa pielęgnowana zamiast odrzuconej, zgoda na przekroczenie granicy, a w końcu gotowość, by zranić drugiego człowieka.
Moim zdaniem Troilus i Kresyda nie jest trudny dlatego, że pokazuje zdradę. Jest trudny dlatego, że pokazuje zdradę wszystkiego: miłości, honoru, heroizmu, sensu wojny. A scena Kresydy, zapewniam Panią, jest tylko miejscem, w którym ten rozpad staje się nagle widzialny.
Co Bonhoeffer ma z tym wszystkim wspólnego?
Nic.
To dla niego przypadek zbyt trudny.
Ale nie dla mnie.
Człowiekowi można przyszyć rękę, wymienić serce, ale utraconej godności nikt mu nie zwróci.
Zgoliłem tę wstrętną brodę mojego tchórzostwa. Obciąłem włosy.
I jestem.

Pani… Pani patrzy mi w oczy? Nie, nie, proszę się nie płoszyć. Widzę, że jest Pani osobą szalenie emocjonalną. Proszę nie protestować. Umówmy się. Ja mam wiele wad, jedną z nich jest gadulstwo. Mój znakomity kolega znalazł świetne wyjście z tej sytuacji, albowiem w chwili, gdy wyczuwa, że już mówi zbyt długo i zaczyna irytować słuchaczy, odzywa się do nich z pewnym wyrzutem, a nawet lekkim oburzeniem:
— Ależ pani Różo, pani wie, że ja się rozgaduję.
O… Kolejny raz się Pani uśmiechnęła. Taki miałem cel. Hm… Naprawdę pięknie się Pani uśmiecha…
Co Panią w moim wyznaniu oburzyło? Sam fakt zdrady czy to, że chodzi o pastora? Proszę nie kiwać przecząco. Za dobrze już znam te Pani odruchy. Gdybym powiedział: ksiądz, duchowny katolicki — czy reakcja nie byłaby odrobinę inna? Mniej zdumienia, więcej gotowego pobłażania? Bo tamtych już przecież dawno przenicowaliśmy. Skandaliści… Szaławiła mógłby się od nich niejednego w sprawach zdrady i wierności nauczyć. Choćby kwestii celibatu. Pastor nie pasuje do tamtego, rutynowego szablonu. A może wolałaby Pani, abym się poskarżył, wybierając wersję łagodną, ogólną, bezosobową…: zdarza się, że żony zdradzają mężów, niekiedy także z duchownymi. Ładniej? Mądrzej? Pobożniej? Owszem. Tylko że taka wersja nie dotknęłaby Pani wcale. Bo nie byłaby skierowana do Pani. Tak właśnie urządziło się współczesne chrześcijaństwo: wszyscy o wszystkich, czyli nikt do nikogo.
Nie idzie o to, kto.
Idzie o złamanie belki stropowej, która utrzymuje nad nami nieboskłon. Zdrada z każdym jest zawsze zdradą. Przywołanie pastora ma tu znaczenie przypisywane katalizatorom: nie biorą udziału, a jedynie uwydatniają i przyspieszają procesy.
Jak Pani ma na imię? Przepraszam, ale myślę, że lepiej nam się będzie rozmawiało, jeśli przełamiemy, na początek, barierę oczywistej obcości.
Monika…? Hm. A wie Pani, że ja się urodziłem w dniu, w którym Pani ma imieniny?
Hm… Naprawdę pięknie się Pani uśmiecha…
Dlaczego zamilkłem? Ledwie na sekundę, a już myśli Pani, że mnie zabrakło? Nie. Po prostu na chwilę zatrzymałem wzrok na Pani uśmiechu. Dziwne, prawda? Człowiekowi wszystko się miesza. Jeszcze niedawno umiał odróżnić rajskiego ptaka od pokracznej wrony. Dziś już nie umie. Odkąd moja żona zdradziła mnie z pastorem, wszystko straciło swoje miejsce. Nawet Pani uśmiech wydaje mi się dziś czymś z innego świata.
Widzę z wyrazu Pani twarzy, że to pierwsze oburzenie chyba minęło. Do tego stopnia, że zastanawia się Pani, czy aby naprawdę moja żona mnie zdradziła, prawda? Z pastorem. Tak, tak… Mam papier w ręce. A na pytanie wprost — żona nie zaprzeczyła. To oczywiste, że nie potwierdziła. Tak, ma Pani rację. Milczała. Dwa, trzy razy widziałem to wyraźnie: chciała coś powiedzieć. Nawet powiedziała. Że to nic takiego. I że to nie ona. Ale gdy papier położyłem na stole, okazało się, że mówiła o… innym wydarzeniu! Gdybym w tym momencie miał dwie twarze, straciłbym je bezpowrotnie. Kiedy byłem dzieckiem, mówiło się w takich sytuacjach: założyć komuś podwójnego Nelsona.

Tak, wyszedłem.
A raczej diabeł, przerażony do granic wytrzymałości moją furią, wyniósł mnie z tej kuchni na taras, bo wiedział, do czego byłbym zdolny, tak zaskoczony tym oświadczeniem żony. Nie sądzi Pani przecież, że chciałbym wtedy słuchać jakichkolwiek wyjaśnień. Rozryczałem się za rogiem naszego domu tak potworną samotnością — bezsłownym dowodem na nieistnienie Boga. Przeklinałem, czego nigdy wcześniej nie robiłem. Ja wyłem.
Wsiadłem do auta i jechałem tak długo, aż paliwo się skończyło. Dokładnie sześćset sześć kilometrów. Dojechałem na szczyt tego wzniesienia, z którego zaczynał się mój ulubiony, łagodny zjazd aż pod samo S. Kilkanaście kilometrów sunie się tam bez włączanego silnika. Warto lekko uchylić szybę. Monstrualnie wysokie sosny porastające stoki tych gór nadają sens sekundnikowi, który mocniejszym dźwiękiem, odbitym od wyniosłości sosen, idealnych na maszty żaglowców, stabilizował zawsze bicie mojego serca.
No pewnie, że świat mi się pod naszym związkiem zawalił. Nie spodziewałem się czegoś podobnego. Oczywiście, mieliśmy dni lepsze i gorsze, ale — proszę Pani — po ponad trzydziestu latach…? Z pastorem? Żonatym? A ten drugi ktoś?
Wcisnąłem pedał gazu do dechy. Zatrzymałem się na podjeździe domu ze wspaniałym tarasem, z którego wykonałem chyba kilkaset zdjęć krainy F. Może jutro, pojutrze wydobędę kilka z nich ze starego aparatu. Pokażę Pani. Chciałaby Pani to zobaczyć. To widoki nie dla scenografów. Oszaleliby, widząc, jak są bezsilni wobec możliwości natury.
Tam, nad łuną zachodzącego nad szczytami sosen i świerków słońca, doskonale widziałem ich namiętność. Mojej żony i pastora. Zapadałem się i wracałem do świadomości, by znów, patrząc na ich bliskość, ginąć w bezdechu. Umierałem. Co kilka chwil. Kiedy o tym wszystkim Pani opowiadam, umieranie trwa nieustannie. Ono nie skończy się nigdy.
I co Pani chce mi teraz powiedzieć? Potwierdzi Pani, że ten ich seks nie był bramą, za którą wszelka droga powrotu znika? Po przymrużonych powiekach Pani oczu widzę, że nie trafiłem w najczulszy punkt Pani oglądu tej sprawy. Więc co nim jest? To, że afekt między nimi mógł znaleźć tylko takie ujście? Że nic innego nie było możliwe? Że właściwie nic się nie stało?
Lekko poruszyła Pani głową, jakby sam jej kształt miał mi posłać znak sprzeciwu. Domyślam się więc, że także obwiniłaby mnie Pani za jej zdradę. Że to ja swoim zachowaniem doprowadziłem do tego, co się stało. Bo byłem ślepy, twardy, nieznośny. Czy to znaczy, że w tej sytuacji zdrada przestaje być zdradą? Że cudzołóstwo traci swój ciężar, jeśli wcześniej mąż okazał się winny innych rzeczy? Że jeden grzech unieważnia drugi?
Myśli Pani, że po ujawnieniu zdrady wszystko między nimi wróci do normy? Dalej pozostaną w przykładnej relacji pastor–parafianka? I ja? I będziemy się po mszy spotykali przy kawie? Dołączy do nas zawsze uśmiechnięta, plotkująca z Panią żona pastora? O, przepraszam, nie Panią miałem na myśli, tylko moją żonę, bo to ona zdradziła mnie z pastorem. Jak mogłem się tak przejęzyczyć? A… swoją drogą, dziwne, że nie zareagowała Pani na tę moją, drugą już pomyłkę. Dlaczego właściwie stawiam Panią w miejscu mojej żony? To nieuczciwe. Proszę mi wybaczyć. Przecież to nie Pani mnie zdradziła, tylko moja żona. Z pastorem. Hm… A czy siebie widziałaby Pani na miejscu mojej żony? A na moim miejscu — co by Pani zrobiła?
Patrzy mi Pani w oczy…
Pierwszy raz w czasie tej rozmowy. Tak bezpośrednio. Piękne. Z odcieniem zieleni, prawda? Patrzy Pani tak, jak moja żona, gdy dowód zdrady położyłem na stole. Była bardzo zaskoczona, a zarazem wściekła. Wystrzeliła wtedy we mnie tym swoim wzrokiem wszystkie moje winy, nawet te niepopełnione, licząc, że jej wściekłość zostanie zrównoważona moją klęską, a potem skruchą. Że moralnie, na chwilę się zbalansujemy, ale sekundę później suma moich grzechów będzie już oczywiście niewybaczalna.
— Boże, jaki ty jesteś podły, mały, nędzny, beznadziejny! Ty gnoju!
Nie, tak by nie powiedziała. Proszę pamiętać, byliśmy ze sobą ponad trzydzieści lat. Nie z przymusu. Ale jak Pani sądzi, ile takich problemów mają wobec siebie ludzie, wydawać by się mogło, uczuciem zespawani ze sobą? Pomijam tę pustą formułę: „oraz że cię nie opuszczę”. Myśli Pani, że to się nie liczy? Naprawdę sądzi Pani, że to tani gest jedynie?
Opowiedziałem Pani tę historię dlatego, że dziś przeczytałem myśl Dietricha Bonhoeffera. Może jedną z najważniejszych w szukaniu odpowiedzi na ważne dla mnie pytanie: Dlaczego Bonhoeffer?
Nie znoszę jak ognia tego pustego, gładkiego uklepywania słów, lepienia banałów jak pierogów i nadziewania ich farszem ze zmielonego mózgu — tego ulubionego zajęcia chrześcijaństwa, które z upodobaniem babrze się w żonglowaniu poleceniami niemożliwymi do zastosowania w życiu.
Z drugiej jednak strony — nawet stu, ba, miliard Bonhoefferów nie byłoby w mocy odpowiedzieć na pytanie tak oczywiste, jak to, które stoi w tytule naszej rozmowy: moja żona mnie zdradziła. Z pastorem. Dlaczego to zrobiła? Co w „boskim dziele” się spieprzyło, że ma nie tylko w tej sprawie wielką białą plamę, której nie przykryje tysiącem banałów i pustych sloganów?
Nawet powieka Pani nie drgnęła na to moje wzburzenie. Moje? Czyżbym… czyżbym czytał te słowa w Pani myślach?
A, oczywiście, jeszcze nie przytoczyłem słów Bonhoeffera, które mnie do tego wobec Pani wyznania skłoniły. Oto one:
Vergebung ist ohne Anfang und Ende…
W internetowej bazie cytatów Dietrich Bonhoeffer Portal widnieje ono ze wskazaniem źródła: „Illegale Theologenausbildung: Finkenwalde 1935–1937”, DBW, Band 14, s. 908. To zdanie jest tutaj wyimkiem większej myśli. Teraz zacytuję ją w całości:
Vergebung ist ohne Anfang und Ende, sie geschieht täglich unaufhörlich, denn sie kommt von Gott.
Przebaczenie jest bez początku i końca; dzieje się codziennie, nieustannie, bo pochodzi od Boga.”
Bardziej naturalnie po polsku można też oddać myśl Bonhoeffera jako:
Przebaczenie nie ma początku ani końca.
Ustalmy jeszcze, czy podobnie rozumiemy myśl Dietricha Bonhoeffera. Czy widzimy niezwykle istotną różnicę w jej odczytaniu na gruncie języka polskiego i niemieckiego. Niemiec łatwiej przyjmie samo brzmienie zdania. Polak szybciej zakwestionuje jego wykonalność. Ale zdradzony człowiek — każdy — nie będzie polemizował ze zdaniem, jego składnią czy ukrytym w nim przesłaniu chrześcijańskiej oczywistości wybaczenia lub przebaczenia.
Pytam: kto widzi możliwość wspólnego życia po zdradzie? Ilu na milion odpowie, że tak, że puszcza wszystko w niepamięć? A ilu z tych, którzy dziś tak mówią, któregoś dnia nie zawiśnie na sznurze własnej naiwności?

Dietrich Bonhoeffer jako mój, nasz przewodnik duchowy, partner i doradca życiowy zupełnie się dziś nie sprawdził. Przynajmniej w sprawie zdrady. Jego Vergebung to unik. A właśnie w takich sprawach — fundamentalnych, najtrudniejszych — chciałbym mieć wsparcie. Autorytet. Słowo na miarę życia, a nie karnawałową trąbkę, pięknie brzmiącą, ale papierową. Bezużyteczną. Okazał się wieszczem wiedzy wydumanej i doradcą bez życiowego przygotowania. Bez autorytetu życia przeżytego osobiście, a jedynie dotkniętego. O wierności i niedotrzymaniu słowa wspomina w książce — w „Życiu wspólnym”, szerzej rozpisuje się na temat małżeństwa w „Naśladowaniu”. Ale to tylko słowa, słowa, słowa…
Dziś, tutaj, w ogrodzie w Finkenwalde, nie pomógłby nam obojgu. Może kiedyś siedział na tej samej ławce, na której… Tak, nie może to być przecież zwykłe złudzenie, siedzi także Pani.
Myśli Pani, że on tu jest? Doprawdy? I milczy? Uczy się życia od nas? To dobrze. Każdy przewodnik musi mieć swojego przewodnika.
CDN
