Z poezją jest jak z rosołem.
„Wychodzi” mi.
Do tego stopnia, że po wielu, wielu latach syn nie wytrzymał.
– Robię dokładnie tak samo, jak ty, wszystko mierzę i dodaję w tej samej kolejności, stoję nad garnkiem, żeby nie przekroczyć bariery pyrgolenia i… jak skosztuję, gotów jestem wylać go do zlewu.
Wnuk jest wychowany na rosole.
– Pysny… – mruży oczy i wciąga nitki, paski, wstążki makaronu do finałowego chlupnięcia ostatniej kropli wywaru, którą zlizuje z czubka nosa z znawstwem i wyraźną przyjemnością.
Rosół naprawdę mi wychodzi. Aż strach pomyśleć, co by się stało, gdybym zaczął pisać… wiersze.
Z rosołem sprawa jest prosta. Bo rosół jest uczciwy. Aby „zaistnieć” – nie organizuje wokół siebie panelu dyskusyjnego. Nie potrzebuje moderatora, patronatu medialnego ani profesora od hermeneutyki marchewki. Nie wzywa aktora, żeby odczytał odę do opieczonej cebuli.. Nie każe nam roztrząsać symboliki tłuszczowego oka unoszącego się na powierzchni. Choć przy obecnym tempie rozwoju humanistyki nie wykluczam jeszcze sesji:
„Transgresyjność cebuli w perspektywie postwarzywnej”.
Rosół nie mówi: „spróbuj mnie zrozumieć”. On nęci: „skosztuj mnie”.
Rosół to nie jest też kwestia gustu. Gustować można w pomidorowej lub krupniku. Na przykład tym z grzybami. Jeden lubi zupę bardziej kwaśną, drugi słodszą, trzeci z ryżem, czwarty z makaronem. A rosół jest poza jakimikolwiek kategoriami. On razi wszystkimi składnikami jednocześnie. Całością. Nie pietruszką. Nie selerem. Sobą.
Festiwal Bonhoeffera, który na szczęście już jakiś czas temu zakończył się w swoim niezmiennie od trzech lat niewykształconym kształcie – pozostawił na moim biurku i w głowie natrętne ślady.

„Ślady” … Tak właśnie lubi się dziś nazywać festiwalowe wydarzenia, podczas których coraz trudniej odróżnić człowieka od aparatury do opowiadania o człowieku.
Właśnie ściągnąłem z uniwersyteckiej strony materiały z pierwszego festiwalu. Ubrane w formatkę naukowych tekstów, podzelowane przypisami i bibliografią. Nie wiem jeszcze czy wnoszą coś więcej ponad to, co w 2024 roku usłyszałem w sali Biblioteki Międzywydziałowej US przy ulicy Piastów w Szczecinie.
Na sali było nas wtedy, gości i obserwatorów mniej niż prelegentów i organizatorów.
Lecz kto by się publicznością przejmował. Publiczność jest dziś często jedynie niezbędnym alibi dla wydarzenia finansowanego ze środków publicznych. Profesor z profesorem, dziekan z prorektorem, adiunkt z doktorantem… Trwa bicie piany z piasku. Naprawdę. Widziałem! Wbrew zasadom fizyki, ale w zgodzie z pragmatyką festiwalową (podbicie delegacji, rachunek hotelowy, bilet lotniczy i tych parę marnych groszy za niepokój twórczy).
Wracam do kuchni… Czekam, aż ktoś opisze proces objaśniający, jak rosół rozlewa się po naszym ciele. Które jego składniki w którym osobniku i w jakich miejscach jego jestestwa się lokują, jaki skutek wywołują, które z wrażeń generowanych wygotowaną pietruszką dominują nad prastarym i zacnym wyciągiem z laurowego liścia. Cholera… To byłby poemat… Transcendencja rosołowa… I ten laurowy liść. Widziałem miny ludzi, którzy w ogrodzie Gensemani dowiedzieli, że dwa stojące tam drzewa oliwne są chyba najstarszymi na świecie, a ciągle rodzą świeże laurowe liście. Mógł się o pień tych drzew opierać sam Chrystus… Ech… Żeby tak można było zerwać jeden taki liść…
Siedzę jednak na twardym krześle w uniwersyteckiej, szarej dostojności. I coraz częściej myślę, że w Polsce należałoby obliczyć koszt dotarcia do jednego odbiorcy treści produkowanych przez panelistów, profesorów, naukowców i poetów konferencyjnych. Rekord świata – murowany. A najmniej na tych wydarzeniach jest… studentów. Nie ma ich w ogóle. Profesorowie, jak sieroty, spotykają się ze sobą, wzajemnie się wywiadują, doceniają, chwalą.


Świat twardo stoi na głowie. W minionym tygodniu uczestniczyłem w konferencji prasowej. Troje (z moją emerycką połówką) dziennikarzy wobec siedmiorga organizatorów imprezy… A wczesną wiosną tego roku pojawiłem się na innej sesji naukowej odbywającej się w tej samej przestrzeni uniwersyteckiej. Pani profesor. Cztery referujące studentki. Ja jeden jako uczestnik. Nieco później doszedł jeszcze asystent innego naukowca.
Znów „siedem” osób… W żadnym z tych wydarzeń zjawiska „rosołu” nie było. Ale torcik kremowy udało się w przerwie przed dyskusją podzielić na siedem równych części. Cud geometrii humanistycznej.
Wracam do pierwszej edycji festiwalu Bonhoeffera. Do dziś nie wiem, czy bardziej fascynował mnie nagłówkowy bohater wydarzenia, Bonhoeffer, czy narastająca wokół niego maszyneria do produkcji nowych znaczeń. Nowych, bo dorobek pastora jest w Polsce znany w obszernych fragmentach. Kultowe tłumaczenia, tu i ówdzie zdradzają swoje sympatie do osoby Bonhoeffera i jego nauki. Niektóre – wręcz wypaczają słowa człowieka zamordowanego przez nazistów. A dyrektor wydawnictwa, pytany o wznowienia owych opracowań nie odpowiedział tak i nie zaprzeczył, że byłoby to działaniem bez uzasadnienia ekonomicznego. Mówiąc wprost – te książki się nie sprzedadzą.
Ale naukowców i prawdziwych badaczy nie są w stanie zniechęcić argumenty rachunku ekonomicznego. Oni od kilku lat, niezmiennie, z tą sama dociekliwością rozważać będą każdy wers wiersza Różewicza, doszukując się w nim sensu i magii domniemanych, ukrytych znaczeń. Czy seler z grządki nasłonecznionej czy tej tuż przy ogrodzeniu porosłym bluszczem? A już do wirtuozerii doprowadzali ów moment znaczenia albo też symboliki palca unoszonego ku ustom? Tego gestu z „Nauki chodzenia” Różewicza:
„stary poeta
przykłada palec do ust”.
Tu dłuższa dygresja dla Czytelników, którzy nie znają tego utworu Tadeusza Różewicza. Przytoczę ogólnie funkcjonujące interpretacje.
W cyklu „Nauka chodzenia” gest ten pojawia się w kontekście rozmów podmiotu lirycznego z Dietrichem Bonhoefferem. Kiedy poeta pyta o sens życia, cierpienie czy przyczyny „odejścia Boga” z tego świata, jego duchowy przewodnik nie podaje prostych odpowiedzi, lecz przykłada palec do ust. Gest ten interpretowany jest jako symbol powściągliwości wobec tajemnicy istnienia.
Pod koniec utworu pojawia się rada:
„skreśl jedno «wielkie słowo»
w swoim wierszu
skreśl słowo «piękno»”.
Według najczęściej przyjmowanych odczytań palec na ustach oznacza kres możliwości tradycyjnego, patetycznego języka po doświadczeniu II wojny światowej.
Mało: tam stoi wyraźnie: przykłada. Ale to nie znaczy, że przyłożył. A to fundamentalna różnica między zamiarem a dokonaniem. Mówię poważnie. O tym dyskutowano. Więcej. Przykłada odchodząc…
Ja? Ja się z tym twierdzeniem o niemożności pisania językiem tradycyjnym, patetycznym nie zgadzam. Nie dość, że da się tak pisać, to nawet trzeba. Jak najszybciej. Ale poeta to leń. Przepraszam – myśliciel. Malkontent. Skrajny nihilista. Jak ów Hamm z „Końcówki” Samuelea Becketta.
Z tego zatem gestu palca, z tej figury uczyniono niemal tajną formułę debaty uniwersyteckiej (bez udziału studentów, w ostatniej chwili udało się skaperować kilku licealistów z pobliskiej szkoły). Tak było dwa lata temu. W tym roku palec powrócił. Ale w tym celu przywołano dodatkowo autorytet aktorski m.in. Daniela Olbrychskiego – jakby w odczytaniu, w aktorskim warsztacie leżała jakaś inaczej niedostępna tajemnica tego palca.
Różewicz przynajmniej wiedział jeszcze, czym jest milczenie. Dzisiejsze środowiska humanistyczne najczęściej organizują wokół milczenia… kolejne konferencje.
Nie mogłem oprzeć się pytaniu: jaki jest praktyczny sens roztrząsania tego gestu? Jest jakiś? Przez trzy lata obserwowania festiwalu nie mam wątpliwości: jeśli już pojawiał się jakiś inspirujący temat, jego realizacja sprowadzała się do starego schematu: paneliści mówili to, co chcieli. Jednak w przytłaczającej części propozycji artystycznych i dyskusyjnych – mowa była o kwestiach, które z Bonhoefferem miały tyle samo wspólnego co z żywotem człowieka poczciwego. Poskładać, posklejać, podlać sosem ideologicznym – i festiwal gotowy!
Albo zupełnie prywatne lansowanie siebie i swojej książki, nawet jeśli nosi ona niezły tytuł: między tronem a ołtarzem. Czysta Rodziewiczówna. U niej: między ustami a brzegiem pucharu. Tyle, że tę powieść czytały miliony. Ilu z nas zagłębi się w plotki kościelne?

Wychowany zostałem w duchu prześmiewania pytania: co autor miał na myśli. Nie chcieliśmy przecież, niczym pelikany połykające ryby, łykać gotowych znaczeń. Szukaliśmy własnych. Ale co począć w chwili, gdy poeta wrzuca do jednego kubka kilka wielkich nazwisk, ustawia je obok siebie, marszczy czoło mówiąc: no, kombinuj, kombinuj, dałem ci szansę. Coraz częściej mam zresztą wrażenie, że autor miał na myśli dokładnie tyle, ile napisał. I nic więcej. Tylko że wtedy krytyka literacka stałaby się chyba najmniej intratnym zajęciem na świecie.
A jednak jest potrzebna. Potwierdzam i mogę służyć dowodami. Po tej czy innej recenzji teatralnej dostaję czasem list albo telefon: „gdyby nie pański tekst, nie wiedzielibyśmy nawet, ile aspektów miała nasza inscenizacja; wcześniej sami ich nie dostrzegaliśmy”.
I tak właśnie powinno być.
Wbrew Szekspirowi, który chyba zbyt pochopnie uznał, że reszta jest milczeniem. Nie. Resztę dośrodkowują zawodowi hodowcy znaczeń. Na przykład bonhoefferowscy festiwalowcy.
Ja tę ich metodę uznaję za gotowanie rosołu z pominięciem wlania do garnka wody. Tego kosmosu pełnego smaków i znaczeń, który wszystko scala. Jak starożytny eter, z którego przecież „jest wszystko – a przede wszystkim – świat i wszechświat”. Można godzinami mówić o marchewce i pietruszce. O opiekaniu cebuli. Ale bez wywaru nie ma rosołu.
Bo to przecież właśnie woda bierze na siebie cały ciężar smaku.
Tak samo język.
Nie nazwiska, dekoracje czy aktorzy odczytujący cudze milczenie. Tylko słowa. Wiersza.
Tymczasem wokół Bonhoeffera coraz częściej mam wrażenie uczestniczenia właśnie w takim gotowaniu bez wody.

Lecz darujmy sobie te kąśliwości. Bo zdradzają one także naszą bezradność wobec materii poetyckiej. A poezja ma przecież rodzić smak, a nie na siłę go kreować. Bo prawdziwy smak działa szybciej niż interpretacja. Smak rozpoznaje się natychmiast.
Czujesz? Delektuj się…
W organie prasowym Teatru Polskiego w Szczecinie, instytucji kultury Województwa Zachodniopomorskiego – co dodatkowo podkreśla rozmiar owego wydawniczego monstrum i wielkość czcionki, być może z obawy, że oko nie dość uważne mogłoby zgubić jakąś literkę – uniwersytecki profesor komunikuje:

„Wiersze związane z Bonhoefferem powstają jednak nadal…”
„Jednak nadal”.
Pięknie.
Nie wiadomo właściwie, czy to zachwyt, zniecierpliwienie czy ostrzeżenie.
Gazeta ma zresztą format taki, że rozłożona w autobusie zasłoniłaby ludziom cały świat. Nie gazeta — to wręcz pałatka. Można się pod nią przespać. Można przeczekać deszcz metafizyki. A w treści – ech, poznać kowala słowa. Taki wykują nawet mgłę. A potem jeszcze wystawi certyfikat autentyczności tej mgły.
Pisze uczony dalej, że autorami tych wierszy są… znakomici poeci: ks. Alfred Wierzbicki i Tadeusz Dąbrowski. Dopowiada: obaj byli naszymi gośćmi. To dopowiedzenie domyka kwestię prestiżu gości i imprezy.
Skosztowałem wiersz pierwszy.
Tadeusz Dąbrowski, Podróż.
Wiersz ukazał się w magazynie „Gazety Wyborczej” (z 13 czerwca 2025 roku). Przedrukowany we wspomnianym organie Teatru Polskiego w Szczecinie. Za zgodą autora. Oto link do wyborczej: https://wyborcza.pl/magazyn/7,124059,32023216,podroz-wiersz-tadeusza-dabrowskiego.html W dostępie publicznym zabrakło dwóch ostatnich wersów, które prawem cytatu dopowiem:
„W niebie pastora Bonhoeffera
Jak w autobusie”.
Wiersz został napisany 10.04.2025 roku.
Analizuję:
Śni się Różewicz.
Pojawia się Herbert.
Beatnicy.
Ginsberg.
Kerouac.
Bonhoeffer.
Autobus.
Niebo.

Filary stoją. Pod nimi mistrzowie. Duchowa sukcesja. Literatura jako pielgrzymka. Ale nie ma między tymi figurami powietrza. Żadnego napięcia. Najmniejszego ryzyka.
Narracja płynie miękko. Gładko. Jak wywar przecedzony przez sitko środowiskowej, bonhoefferowskiej aprobaty. Ciepły. Bezpieczny. Lekko mętny.
No to przekładam nazwiska, szereguję w nowych konfiguracjach, odchodzę od porządku nadanego przez poetę i… nic. A z boku, licho jakiś cholerne szepce: to chyba rosół bez kury… A może nawet coś bardziej osobliwego.
Rosół z samej nazwy rosołu.
Wracam do przytomności. Podmieniam składniki. I czytam:
„Na festiwalu Lenina w Szczecinie
przyśnił mi się Różewicz”.
Albo:
„w niebie Donalda Trumpa
jak w autobusie”.
I co się zmienia? Mechanizm pozostaje ten sam. I wtedy człowiek zaczyna się zastanawiać, czy obcuje jeszcze z poezją, czy już tylko z bardzo sprawnie działającą maszyną do produkcji poetyckiej atmosfery.
To bardzo kompromitujący eksperyment dla tego typu poezji. Bo nagle okazuje się, że Bonhoeffer nie jest konieczny ani jako człowiek, ani jako osoba i istota dramatu. O przesłaniu – nie wspomnę. A przecież w poezji to właśnie człowiek zawsze był najciekawszy. Niestety, dziś aura bywa ważniejsza od treści.
Tylko że Bonhoeffer nie był przecież dekoracją europejskiej duchowości. Był pastorem. Człowiekiem religijnego konkretu tak mocnego, że aż niewygodnego dla ówczesnej i współczesnej inteligencji, która znacznie chętniej rozmawia dziś o „duchowości” niż o Bogu.
Mam chwilami wrażenie, że wokół Bonhoeffera buduje się dziś rodzaj eleganckiego salonu pamięci, z którego starannie wywietrzono najbardziej niepokojące pytania religijne. Został etos. Pozostała chwała odwagi. Martyrologia. Ale coraz mniej miejsca zajmuje żywa wiara człowieka, który naprawdę próbował przebudować relację chrześcijanina z Bogiem i odpowiedzialnością za świat.
I może właśnie dlatego ten festiwal chwilami tak dziwnie pachnie. Jak rosół ugotowany na samych przyprawach. Na Maggi – chyba najbardziej rozpoznawalnym na świecie sztucznym poprawiaczu smaku. Kilka kropel i nawet ciepła woda zaczyna udawać rosół.
Dokładnie tak działają dziś niektóre nazwiska. Kropla Bonhoeffera, kropla Różewicza, potem Herbert i inni.
A przecież Bonhoeffer nie każe nam się niczego domyślać. Nie oczekuje, że w przebraniu skauta będziemy tropili jego zakamuflowane myśli. On wszystko napisał. Często wyjaśnił. Ryzykował konkretem, a nie mgłą. Jego życie było praktyką. Ale praktyka słabo nadaje się do festiwalowej celebracji. Zbyt konkretna. I niebezpieczna. Łatwiej zrobić z człowieka aromat. Martwi mistrzowie nie protestują. Można ich dziś dodawać kroplami do poezji, debat i środowiskowej wzniosłości. Jak wspomniana Maggi.
To my robimy z niego mgłę.
Nie chodzi już nawet o Bonhoeffera.
Mówię o niektórych z nas. O naszym grzaniu się cudzym światłem. Choćby tylko po to, żeby później opowiadać znajomym: „byłem”. O milimetr od samozapłonu. Tylko ten musi natrafić na materiał rzeczywiście łatwopalny. A tej cechy coraz bardziej nam brak. Tak samo jak siły prokreacji.
I właśnie tutaj zaczyna się chyba najbardziej osobliwy aspekt całego przedsięwzięcia: erotyka środowiskowej wzniosłości. Ludzie siedzą przy wspólnym stole metafizyki i dyskretnie sprawdzają, czy pozostali zauważyli już głębię ich skupionych twarzy. Pompujemy balon naszej próżności przez lubieżne spojrzenie skierowane… we własną stronę.
I już.
Stąpamy po śladach… A ja pytam – dlaczego nie po drodze?
Po śladach chodzi się ostrożnie. Trochę jak po polu minowym. Drogą się idzie. Droga wymaga wysiłku. A ślad – to coś, ale nie do końca pewnego. Tak jak wiersz „Podróż”. Dąbrowski nie odjeżdża donikąd żadnym pociągiem. Bo podróż zakłada przecież ryzyko zmiany. U poety wszyscy są w autobusie. W jakim celu – nie wiem. Chodzi o miejsce siedzące czy włóczęgę po niebie? Nuda…
Czasem mam wręcz wrażenie, że niektóre konferencje organizuje się już głównie po to, żeby mogły odbyć się następne konferencje.
Tymczasem…
Bonhoeffer mocno śpi.
My go nie zbudzimy,
bo się go boimy.
Jak się zbudzi — to mógłby nas – niestety – wyprowadzić z festiwalowego autobusu prosto do Ogrodu Ciszy i Medytacji w Zdrojach. I zamiast kolejnego panelu wręczyć każdemu grabie, haczkę, sekator i kosiarkę.
Uporządkujmy ten ogród. Odsłońmy Bonhoeffera. Bo dziś coraz częściej pielęgnuje się już tylko jego opakowanie.
Pastor potrzebuje ludzi zdolnych zrobić coś rzeczywistego.
Choćby tylko uczciwie posprzątać własny kawałek świata.
Post scriptum..
Z organu Teatru Polskiego dokończenie myśli organizatora:
– Wiersze związane z Bonhoefferem powstają jednak nadal, dzięki naszemu festiwalowi, a nawet (jak się zdaje) podczas tego festiwalu. Ich autorami są znakomici poeci….
Wystarczy więc przyjechać do Szczecina. Na festiwal Bonhoeffera. Tam, w odpowiedniej temperaturze paneli, debat i środowiskowego żaru, główny kowal imprezy przekuje każdy stos nazwisk, każdą mgłę i każdy kawałek literackiego złomu w lśniącą lirę współczesnej duchowości.

