Ogród Radości i – mój Boże – Miłości

Marek Koszur
Autor
8 min lektury
Ogród Radości i mój Boże - Miłości!

Że też ja wcześniej na to nie wpadłem! Uległem zaczadziałemu sposobowi myślenia tych, którzy ten ogród wymyślili. Wymyślili go jednak nazbyt pospiesznie, doraźnie, bez wyraźnego pomysłu i celu. Kto to widział, aby gejzer życia, wspaniały fragment przyrody, uczynić miejscem milczenia i bicia głową w mur! Kto będzie tu przyjeżdżał przez całe miasto z radością i w przekonaniu, że wpadnie w ten Leśmianowy świat i… zamilknie, a myśli jego poszybują ku najbardziej nieżyciowym sferom?

Bzdura! Na szczęście życie jest najlepszym suflerem. Tylko nie dla głuchych, stetryczałych i od urodzenia dostatecznie zestarzałych, by ogród zamieniać w pustynię.

Piątek. Wczesne popołudnie. Cóż za pogoda! Ciągle szukam sensu tego miejsca. Rozumiem ideę, cel — cisza i medytacja — ale to nie działa. Przychodzę, by raz jeszcze sprawdzić. Może czegoś nie dostrzegam?

Wchodzę do Ogrodu Ciszy i Medytacji. Pociągi tną powietrze w obie strony. Ptactwo już wzięło wszystkie kredyty, urządza mieszkanka, kwiaty przekwitają z zazdrości, że inne rozwijają swoje pąki jeszcze piękniejsze niż kiedykolwiek.

Ogród Radości i mój Boże – Miłości!

Wchodzę do ogrodu, wypłowiały ze wszystkich myśli. Przeszedłem wszystkie ścieżki, podziwiałem troskliwość „niewidzialnej ręki”, dzięki której bardziej czytelne stały się sentencje na tabliczkach ustawionych przy ścieżkach. Już nie poddawałem analizie językowej wypisanych tam mądrości. Nie po to tu znów trafiłem. Więc po co? Po co ktokolwiek miałby tu trafiać? Nic. Nic mnie nie natchnęło. Trudno.

Zamknąłem furtkę, wsiadłem do auta. Przetarłem okulary. I już uruchamiałem silnik, gdy usłyszałem znajome stuknięcie furtki ogrodowej. Odwróciłem się. Dwoje młodych ludzi weszło do Ogrodu. Jak strzała uwolniona wydechem cięciwy pognałem ich śladem.

Przystanęli przy pierwszej ławeczce, upuścili torby i… Mój Boże — zadrżałem cały i z trudem wstrzymałem okrzyk radości. Cóż za widok… Stałem się świadkiem kwintesencji młodości. Kiedy po chwili uniosłem głowę i otworzyłem oczy, siedzieli na ławeczce, dalej wpatrzeni w siebie, beztroscy, promienni, młodzi, jak jasna cholera! — prawie dzieci.

W. ma 15 lat. J. — już prawie 17. Chodzą do pobliskiej szkoły.

– Tu, ten budynek. Ja jestem w klasie informatycznej.
– Często tu wpadacie?
– Tak, nieraz całymi grupami.
– Randki?
– Też, jasne. Pośmiać się, pogadać, powygłupiać…
– Piwo wypić…
– Też, jasne, że tak. Fajnie tu jest.
– W pobliżu nie ma innego równie zacisznego miejsca?
– Wychodząc ze szkoły, można właściwie wpaść od razu pod samochód.
– A co wiecie o tym miejscu? Czemu służy, czyje nosi imię?

Oboje lekko zmieszani.

– Dietrich Bonhoeffer. Mówi wam coś to nazwisko?
– Nie, ja nic nie słyszałam.
– Ja tak, coś było mówione, że powiesili go na strunie od fortepianu…

I nic więcej. Nikogo nigdy poza kolegami ze szkoły tu nie widzieli. W. dorzuca zdanie, że ten Bonhoeffer to był protestancki ksiądz.

– Praktykujesz?
– Tak. Cała moja rodzina jest bardzo wierząca. Ja też. Chodzimy regularnie do kościoła.
– Do spowiedzi…
– No, tu już trochę gorzej. Nie umiem sobie wyjaśnić, jak to możliwe, żebym obcemu człowiekowi opowiadał o moich sprawach. Ja rozmawiam z Bogiem. Jemu wszystko mówię w modlitwie. Zresztą on i tak wie. Poza tym — ci wszyscy księża, a najbardziej biskupi. Przepych, te stroje. Podobają mi się… no, ci protestanci. U nich nie ma tego przepychu. Są grupą ludzi zrównanych w wierze, bez tej kościelnej otoczki.
– Ja wszystkiego, co wiem o wierze katolickiej, nauczyłam się w podstawówce — wtrąca J.

– Kościół nie ma dla was żadnych wzorców osobowych?
– Kto? Nasz ksiądz miałby być dla mnie wzorcem? Ten — nie. Może gdyby był inny, chodzilibyśmy na lekcje religii.
– Ja byłam u bierzmowania. Mama wtedy powiedziała, że od tej chwili mogę sama decydować o mojej relacji z wiarą. Więc zdecydowałam. Jak skończyłam 16 lat. Nikt nie był w stanie mnie zainteresować religią. A sama nie garnę się, aby rozważać czy rozmyślać te wszystkie dziwne problemy.
– U mnie w domu wszyscy regularnie chodzimy do kościoła.
– U mnie — nikt. Mój starszy brat także.
– Kino intryguje, mecz — emocjonuje, dyskoteka — gwarantuje świetną zabawę. A kościół?
– Nic.

Kolejna mijanka pociągów. Jakoś dziś nieznośnie wybrzmiewają ich szusy.

– W czasie lekcji to koszmar. Co chwilę pociąg. Nie można się skupić.

A pastor Dietrich Bonhoeffer jakże odmiennie postrzegał te pociągi. Czy dziś jego metaforyka wzbudziłaby w młodych zainteresowanie? Czym mógłby ich zaskoczyć, gdyby tu teraz był? Jak zaprosiłby ich do swojego kręgu?

– Nie, od dwóch lat nic się tu nie dzieje. Wszystko widać z okien szkoły. Poza nami nikt tu nie przychodzi.

Ogród Radości i mój Boże – Miłości!

Ponownie zapytałem o rolę kościoła w życiu tych młodych. Pierwsze pytanie, często tak bywa, trafia na aut. Powtórzone zazwyczaj lokuje się w polu.

– Dzięki kościołowi wyszedłem znów na powierzchnię.

Na twarzy, na policzkach chłopaka wyraźne ślady ściskania szczęki. W. ma piętnaście lat. Mówi krótkimi, szybkimi zdaniami. Odpowiedź ma jakby wcześniej przygotowaną. Jego szkoła kształci techników informatyków na potrzeby wojskowości. Wyczuwa się pewne pobudzenie. Co chwilę spogląda na J.

– Nałogi, nieodpowiednie towarzystwo, takie tam sprawy. Trudno było.

– Strój was obojga zdradza, że jesteście radykalni. Metallica, krzyże, czerń, makijaż — fantastyczny, ale niepozbawiony istotnych informacji o waszym oglądzie świata. Buntownicy?
– Moja babcia, gdy powiedziałem, że słucham Metallici, stwierdziła, że odwracam się od Boga. A ja tak nie uważam. Ta grupa nie jest zespołem satanistycznym. To na pewno głęboko wierzący artyści. Lubię ich słuchać.

– Kto jest waszym bohaterem?
– No, nie Bonhoeffer. Już zapamiętałem nazwisko. Za cicho jest o nim. Gdyby pan nam tego wszystkiego o nim nie powiedział, to — jak mówiłem — coś słyszałem o tej fortepianowej strunie. Że niby samobójstwo popełnił. Ale to naziści go zamordowali. Ale nie wiem, za co.

Rozmawiamy już dłuższą chwilę.

– Zepsułem wam randkę…

Uśmiechają się. Wracam uparcie do treści, jakie dom i szkoła mają dla tych młodych. Nie wymieniają żadnych nazwisk. Nie wskazują na czyjekolwiek osiągnięcia. Nie mają życiowego planu ani celu. Idol? Nie. Nikogo nie potrafią wskazać. Może nawet pierwszy raz ktoś ich o to zapytał?

– Miłość, rodzina i zdrowie — pointuje W.

Kolejny pociąg ratuje moich rozmówców przed udzieleniem odpowiedzi, której — po prostu — nie mają. Nie widzą wzorców wśród artystów, polityków, showmanów. W Kubie Wojewódzkim widzą cwaniaka. Żadne z nazwisk literackich nie wywołuje błysku w ich oczach.

– No może… niektórzy youtuberzy są ciekawi. Influencerzy.

– Gazety?
– Jak coś znajduję w skrzynce pocztowej, to pierwszą stronę przeczytam. A tak to przecież wszystko mam w smartfonie.

J. i W. — prześliczni w swojej młodości. Popsułem im randkę. Ale nadrobią ten czas. Mają gdzie. Tuż obok szkoły jest przecież Ogród Radości i Miłości. Prawem życia stał się ich terenem.

I niech już takim pozostanie.

Ogród Radości i mój Boże – Miłości

Proszę udostępnić ten artykuł
Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *