NIEMOŻLIWE

Marek Koszur
Autor
22 min lektury

Z cyklu: Pod innymi Niebami

Kilka dni temu przeczytałem zdanie, które Dietrich Bonhoeffer zapisał w więzieniu Tegel w 1944 roku, kiedy świat wokół niego właściwie już się rozpadał, a on sam czekał na śmierć. I mam z tym zdaniem coraz większy kłopot. A przecież powinno być odwrotnie, ponieważ zwykle jest tak, że człowiek im dłużej pochyla się nad jakąś kwestią, tym bardziej wnika w jej sens, zaczyna rozumieć konstrukcję myśli, widzi, dokąd ona prowadzi i dlaczego tak właśnie się wije, meandruje. Tymczasem tutaj dzieje się coś przeciwnego: im bardziej się w zdanie to wczytuję, im silniej próbuję oddzielić jego brzmienie od znaczenia, tym wyraźniej widzę, że tężeją tylko moje emocje a treść tego zdania wylewa mi się z dłoni jak woda..

„Nur aus dem Unmöglichen kann die Welt erneuert werden; dieses Unmögliche ist der Segen Gottes”.

Można to tłumaczyć różnie. „Tylko z niemożliwego świat może zostać odnowiony; to niemożliwe jest błogosławieństwem Boga”. Albo łagodniej, mniej dosłownie: „Świat odradza się dzięki temu, co wydaje się niemożliwe”.

To ciekawe… Mam wrażenie, że Niemiec znacznie rzadziej niż my będzie szukał wariacji tej myśli Bonhoeffera. On odczyta ją literalnie. Bez wątpliwości. Natomiast ja, ty, Duńczyk, Bułgar, Francuz – każdy z nas zaproponuje kilka wariantów tłumaczenia tego zdania w naszych językach.

Zauważyłem, że przy kolejnych przekładach człowiek mimowolnie zaczyna wygładzać sens, jakby próbował uczynić go bardziej przystępnym dla własnego rozumu, mniej kategorycznym, bardziej ludzkim (swojskim?). Słowo „niemożliwe” brzmi i jednak znaczy co innego niż „bardzo trudne”, a przecież często właśnie taką zamianę wykonujemy niepostrzeżenie przy kolejnych tłumaczeniach tych słów. W codziennym języku „niemożliwe” jest właściwie zamknięciem rozmowy. Końcem możliwości. Granicą, za którą nie ma już dalszego ciągu. I może właśnie dlatego zdanie Bonhoeffera tak mnie niepokoi. Bo on robi z tym słowem coś odwrotnego. W miejscu, w którym zwykle stawiamy kropkę, stawia początek.

Z czasem chyba odnalazłem źródło mojego niepokoju. Uświadomiłem sobie, że ogromna część języka religijnego funkcjonuje dzięki temu rodzajowi przesunięć, dzięki nieustannemu przechodzeniu od znaczenia twardego do miękkiego, od dosłowności do metafory, od rzeczywistości do przeżycia, i człowiek bardzo długo nawet tego nie zauważa, ponieważ sam rytm takich zdań wywołuje w nim poczucie uczestniczenia w czymś ważnym, głębokim, może nawet prawdziwym. Wtedy zacząłem budować w sobie barykady: język ulicy a język liturgii. Język biura, korporacji a język kazania…

Jedno słowo — „niemożliwe”. I wszystko zaczyna się komplikować.

Bo co to właściwie znaczy?

Nie pytam prowokacyjnie. Naprawdę próbuję zrozumieć. Czy chodzi o niemożliwość praktyczną, czy o granice ludzkich możliwości psychicznych, moralnych, politycznych? Czy może wyłącznie o takie doświadczenia, które człowiekowi wydają się beznadziejne, dopóki się nie wydarzą? Widzisz, wystarczy kilka minut uczciwego zastanowienia i słowo, które przed chwilą wydawało się niemal kamienne w swojej powadze, zaczyna się rozpadać na coraz mniej pewne znaczenia.

Modlitwa

I wtedy przypomniała mi się rozmowa, podczas której ktoś powiedział zdanie bardzo typowe dla języka religijnego: modliłam się i wymodliłam powrót męża. Nie zareagowałem wtedy od razu, ponieważ doskonale rozumiałem emocję zawartą w tych słowach, rozumiałem nawet potrzebę nadania temu doświadczeniu sensu, ale po pewnym czasie zacząłem zastanawiać się nad czymś dużo prostszym i może właśnie dlatego trudniejszym: co właściwie zostało tutaj powiedziane? Co oznacza „wymodliłam”? Czy modlitwa zmieniła bieg rzeczywistości? A może wszystko zaczęło się dużo wcześniej i dużo ciszej, niż sugeruje religijny język? Może ta osoba zaczęła się modlić właśnie dlatego, że dopiero pod przykryciem modlitwy gniew powoli tracił temperaturę, ponieważ człowiek, klękając codziennie pod naporem tej samej rozpaczy, zaczyna ją jednocześnie oswajać i… rozpuszczać? Może marzenie o powrocie męża bardzo ostrożnie zaczynało przechodzić w konkret: najpierw w możliwość rozmowy, potem telefonu, potem spotkania. I może właśnie wtedy zacząłem podejrzewać, że religijny język nie tyle opisuje mechanizm świata, ile przykrywa niezwykle subtelne procesy psychiczne jednym wielkim słowem, które daje człowiekowi ulgę i poczucie sensu. To modlitwa.

Rozwidlenie

Właśnie wtedy po raz pierwszy pojawiło się we mnie dziwne poczucie rozdwojenia myślenia. Jakbym doszedł do rozwidlenia dróg i ruszył dalej… obiema jednocześnie. Jedna część mnie nadal ufała wyłącznie temu, co sprawdzalne, konkretne, odporne na interpretację. Druga zaczynała rozumieć, że człowiek nie żyje samymi faktami i że być może ogromna część religijnego języka rodzi się właśnie w miejscu, gdzie rozum, ten codzienny, operacyjny okazuje się niewystarczający wobec samotności, lęku albo rozpaczy po odejściu żony.

I wtedy wróciło do mnie jeszcze inne podejrzenie: a może tego rodzaju rozterki rodzą się tylko „po polsku”?

Czy ów mąż wrócił dlatego, że wydarzył się cud? Czy może dlatego, że – w wyniku modlitwy – opadł gniew, pojawiła się samotność, umknęły przyzwyczajenia, rozlał się lęk, poczucie winy albo zwykłe zmęczenie konfliktem? A później okazało się jeszcze, że ten powrót trwał krótko i wszystko rozpadło się ponownie, więc nie wiedziałem już naprawdę niczego, ponieważ jeśli modlitwa żony miała moc, to dlaczego tylko chwilową, a jeśli nie miała żadnej mocy sprawczej, to dlaczego przypisujemy jej – modlitwie – znaczenie większe niż wszystkim pozostałym okolicznościom?

Nie chodzi mi o szyderstwo. Im jestem starszy, tym mniej mam ochoty drwić i naigrywać się z ludzkich sposobów ratowania siebie przed… rozpaczą. Dlaczego? Bo już nawet bez okularów widzę ją coraz wyraźniej. To prawo i bonus wieku. Człowiek młody rozpaczy nie dostrzega. Zaczynam też coraz wyraźniej widzieć coś innego: że człowiek bardzo często używa dwóch różnych, wspomnianych porządków myślenia jednocześnie i sam nie odczuwa między nimi sprzeczności. W świecie technicznym, praktycznym, codziennym człowiek domaga się sprawdzalności. Rozkład jazdy jest rozkładem jazdy. Pociąg ma przyjechać o określonej godzinie, a jeśli się spóźnia, istnieje konkretna przyczyna opóźnienia, której można szukać w awarii, błędzie człowieka, pogodzie albo organizacji ruchu. Nikt rozsądny nie interpretuje tego jako metafory duchowej podróży. Most albo stoi, albo został źle zaprojektowany. Lek działa albo jest bezskuteczny. W tych spawach człowiek żąda od świata konkretu i jednoznaczności. Tymczasem w kwestii własnego cierpienia, lęku, samotności i śmierci ten sam człowiek zaczyna mówić językiem całkowicie nieweryfikowalnym i nagle nie przeszkadza mu już, że pojęcia tracą ostrość, że sens zaczyna zależeć bardziej od potrzeby psychicznej niż od możliwości sprawdzenia czegokolwiek.

I coraz częściej zastanawiam się, czy właśnie tutaj nie przebiega prawdziwa granica między językiem religijnym a rzeczywistością, ponieważ być może religia nie jest wcale próbą opisu świata, tylko próbą wytrzymania świata. To ogromna różnica. Człowiek potrzebuje przecież nie tylko wiedzieć, ale również żyć dalej mimo swojej prrezażajacej wiedzy o świecie. Potrzebuje języka, który pozwoli mu wstać rano, pogodzić się z przemijaniem, nadać sens cierpieniu, włożyć je do kieszeni albo choćby uwierzyć, że jego samotność nie jest ostateczna. A najczęściej… jest.

I być może właśnie dlatego zdania takie jak Bonhoefferowskie działają tak silnie, nawet jeśli przy bliższym oglądzie zaczynają przypominać bardziej konstrukcje emocjonalne niż poznawcze. Chwilami wręcz nielogiczne, ale obdarzone ogromną siłą oddziaływania, jakby sam rytm i powaga tych słów tworzyły wokół bardzo prostej intuicji coś na kształt religijno-liturgicznego lampionu.

Unmögliche

W niemieckim to słowo brzmi ostrzej niż nasze „niemożliwe”. To już wiemy. Nie ma w sobie tej miękkiej strefy przejściowej, w którą polszczyzna tak łatwo wpuszcza emocję, psychologię i półcień metafory. „Unmöglich” naprawdę długo oznacza coś, co nie może się wydarzyć. Nie coś bardzo trudnego, mało prawdopodobnego czy po ludzku niewykonalnego, ale właśnie coś stojącego przeciw granicy ludzkiego działania. Niemożliwe. Koniec.

Więc zacząłem szukać niemieckiej myśli Bonhoeffera w języku angielskim. Tu dopiero dzieje się coś jeszcze ciekawszego.

“Only from the impossible can the world be renewed; this impossible is the blessing of God.”
albo:
“Only by the impossible can the world be transformed.”

Najwierniej wobec ducha angielszczyzny — czyli tego przesunięcia w stronę moralnej energii, odnowy, działania — brzmiałoby to po polsku mniej więcej tak:
„Tylko dzięki temu, co wydaje się niemożliwe, świat może zostać odnowiony; a to niemożliwe jest błogosławieństwem Boga.”

Albo jeszcze bliżej anglosaskiego tonu inspiracji:
„Świat może odrodzić się tylko dzięki temu, co wydaje się niemożliwe — i właśnie to niemożliwe jest błogosławieństwem Boga.”

Natomiast drugie zdanie:
“Only by the impossible can the world be transformed” najwierniej oddałbym tak:
„Tylko poprzez to, co wydaje się niemożliwe, świat może zostać przemieniony.”
lub bardziej „angielsko” w rytmie:
„Świat zmienia się dzięki temu, co wcześniej wydawało się niemożliwe.”

Kiedy próbowałem przełożyć te angielskie wersje z powrotem na polski możliwie najwierniej wobec ich ducha, zauważyłem coś jeszcze bardziej niepokojącego. Bo bez mojego wysiłku właściwie same wymuszają złagodzenie sensu. Człowiek niemal automatycznie zaczyna mówić: „świat może odrodzić się dzięki temu, co wydaje się niemożliwe” albo „świat zmienia się dzięki temu, co wcześniej wydawało się niemożliwe”. Prawda, że całe słowo odsuwa się bardzo daleko od niemieckiego „Unmögliche”, które brzmi jak twarda granica rzeczywistości? W angielszczyźnie „impossible” niezwykle łatwo zamienia się w przeszkodę do pokonania, w doświadczenie psychiczne, w język nadziei i działania.

I być może właśnie dlatego angielski tak skutecznie przenosi wielkie pojęcia w obszar życia codziennego. Tam nawet metafizyka zaczyna mówić językiem możliwości. Dlatego też – to temat na kolejny esej – cały świat zaczyna mówić właśnie po angielsku? Warto byłoby jednak tę myśl Bonhoeffera „pomyśleć” po hiszpańsku. To bowiem językowy żywioł kształtujący myślenie chyba największej części ludzkości.

Te moje dygresje… tak burzą tok wywodu.

I właśnie tutaj zaczynam mieć największe wątpliwości. Bo nagle Bonhoeffer oddala się ode mnie jeszcze bardziej. Nie słyszę już człowieka siedzącego w więzieniu Tegel. Słyszę autora zdania, które ma dodać otuchy. „Impossible” bardzo łatwo staje się czymś, co można pokonać, przezwyciężyć, zostawić za sobą. Jakby „niemożliwe” przestawało być granicą rzeczywistości, a stawało się tylko kolejną przeszkodą na drodze.

Czyli znowu następuje przesunięcie.

I właśnie te przepływy znaczeń zaczęły mnie naprawdę niepokoić, ponieważ nagle przestałem być pewien, czy analizuję jeszcze myśl Bonhoeffera, czy już tylko własne skojarzenia wywoływane przez różne języki. Jeśli jedno zdanie po przejściu przez trzy języki staje się właściwie trzema różnymi myślami, to gdzie znajduje się sama myśl? Gdzie jest „oryginał” sensu? Czy on w ogóle istnieje poza językiem?

Inne nieba

I wtedy zaczęło mi się wydawać, że cały problem idzie jeszcze głębiej niż sam spór o religię. Bo może nie chodzi wyłącznie o Bonhoeffera ani nawet o słowo „Bóg”, ale o sam język jako miejsce, w którym różne cywilizacje próbują urządzić sobie własną rzeczywistość.

„Inne nieba” — to określenie wracało do mnie przez kilka dni i coraz mniej wydawało mi się metaforą, a coraz bardziej rzeczywistym problemem. Bo być może Niemiec, słysząc „Unmögliche”, naprawdę stoi pod trochę innym niebem niż Polak słyszący „niemożliwe”. Inaczej słyszy ciężar tego słowa. Niemiecki długo nie pozwala mu się oddalić od pierwotnego znaczenia. Polski znacznie szybciej wpuszcza emocję, doświadczenie wewnętrzne, półcień. Angielski natomiast niemal od razu zaczyna pytać nie o to, czym jest „niemożliwe”, ale co można z nim zrobić

Pretekstem do mojej rozmowy z Andrzejem Sewerynem były niepojęte błędy opracowania list dialogowych brytyjskich spektakli teatralnych, które oglądamy dziś w kinach. Andrzej Seweryn zaczynał wtedy grać swojego „Leara”. I w tym dramacie jest zdanie, w przejmującym monologu króla, zaczynające się od słów: dmijcie wichry… A tłumacz spektaklu The National Theatre, na te słowa wypowiadane z ekranu przez Iana McKellena wbił w reklamówkach napis: dmijcie sobie wichry… Te kwestię omówiliśmy w trzecim numerze miesięcznika TVSiódemka. Dziś kolejna.

MK – To zapytam jeszcze głębiej, czy króla… Leara, po francusku zagra pan tak samo jak po polsku?

AS – Nie, na pewno nie. Odpowiadam tak bardzo spontanicznie.

MK – Ma Pan w sobie mechanizm, taką dźwignię: teraz gram po francusku dla Francuzów, a teraz – dla Polaków, po polsku?

AS – Wszystko robię w sobie, na pewno. W teatrze francuskim, zdaniem moim, większą rolę odgrywa zdanie niż pojedyncze słowo. My w teatrze polskim takimi niewolnikami zdania nie jesteśmy. Ja bym w związku z tym inaczej oddychał po francusku. Po francusku sens może Pan przekazać w płynnym zdaniu. Bez akcentu. Ale czy wtedy Pan przekazuje ten sam sens? To są moje wątpliwości…

MK – A czy po tym wskazaniu: dmijcie wichry, to one prędzej pana po francusku posłuchają i wesprą pana w gniewie i bezsilności? Czy będą panu bardziej powolne, jeśli zwróci się pan do nich po polsku?

AS – Oczywiście, po polsku!

MK – Ale Francuzi są narodem rewolucjonistów.

AS – Zaryzykuję taką tezę: Szekspir jest autorem polskim, jak wiadomo, bo przecież gramy go nieustannie i to niemal wszystkie dzieła. Ale… Bliżej językowi polskiemu do angielskiego niż do francuskiego. Mimo, że w języku francuskim jest wiele słów podobnych do ich odpowiedników w języku angielskim. I odwrotnie. Języka polskiego z tamtymi nie uda nam się tak porównać. Niemniej – przemawia przeze mnie moja praktyka – z angielskim łączy nas mięsistość języka… Pewna taka brutalność, absolutny brak elegancji. Przecież Szekspir chwilami mówi językiem burdelu, prawda?

To samo słowo

Rozmawialiśmy z panem Andrzejem Sewerynem o myśli, obleczonej w słowo, które kieruje działaniem. Nie tylko na scenie. Teraz zapytałbym aktora: a co by się stało, gdybyście grali scenę, na przykład z Rosjaninem, wypowiadając swoje kwestie każdy we własnym języku?

Hm… Coraz trudniej jest mi teraz wierzyć, że rozmawiam z drugim człowiekiem o tym samym. Bo każdy z nas ma swój język. Nie tak odmienny jak czeski i portugalski…. Chociaż, kto wie? Być może różne języki nie są jedynie różnymi opisami tej samej rzeczywistości, ale osobnymi sposobami jej konstruowania. Osobnymi niebami właśnie. I wtedy Bonhoeffer po niemiecku, Bonhoeffer po polsku i Bonhoeffer po angielsku są już trochę trzema różnymi autorami.

A przecież do tego wszystkiego dochodzi jeszcze prywatny język doświadczenia. Kobieta mówiąca: wymodliłam powrót męża nie używa przecież słowa „modlitwa” tak samo jak teolog. Dla niej to słowo może być bardziej schronieniem psychicznym niż pojęciem religijnym. Może pod przykryciem modlitwy – mówiliśmy o tym – rzeczywiście zaczynał powoli topnieć gniew, może marzenie bardzo ostrożnie przechodziło w konkret, może człowiek ustawiał samego siebie jak ten wspomniany już wagon wracający na tory i nawet nie zauważał momentu, w którym to się stało.

I właśnie dlatego coraz bardziej boję się sytuacji, w której język zaczyna sprawiać wrażenie przezroczystego narzędzia opisu świata. Bo być może on nigdy taki nie był. Być może język sam produkuje światy. Czasem tak sugestywnie, że człowiek zaczyna opierać się o ściany, których poznawczo być może wcale nie ma, choć psychicznie są całkowicie realne.

I może dlatego tak trudno rozmawiać o religii bez narastającego zmęczenia językiem. Bo człowiek bardzo długo wierzy, że spiera się o sens pojęć, a dopiero później zaczyna rozumieć, że naprawdę ścierają się całe wewnętrzne światy, często nieprzekładalne na siebie.

Wiec naszym problemem – w gruncie rzeczy – nie jest religia czy Bóg a staje się nim sam język jako przestrzeń (a mogłem napisać: miejsce), w którym różne cywilizacje próbują urządzić sobie rzeczywistość.

To brzmi początkowo niemal banalnie, jak jedna z tych szkolnych uwag o „różnorodności kultur”, ale im dłużej o tym myślę, tym bardziej wydaje mi się to groźne. Bo jeśli język rzeczywiście nie tylko opisuje świat, ale współtworzy sposób jego przeżywania, wtedy różne języki nie są już wyłącznie różnymi wersjami tej samej mapy świata. Mogą być różnymi światami podobnego doświadczenia.

A jeśli tak, wtedy pytanie przestaje dotyczyć wyłącznie języka. Zaczyna dotyczyć wyobraźni.

Bonhoeffer przyszłości

Bo jeśli coraz więcej ludzi mówi po angielsku, ogląda te same seriale, używa tych samych pojęć psychologicznych, pracuje w tych samych korporacyjnych strukturach i coraz częściej myśli podobnym uproszczonym językiem globalnym, to być może dzieje się coś znacznie głębszego niż zwykła globalizacja komunikacji. Czasem zaczynam się zastanawiać, czy nie trwa jakiś powolny proces unifikacji wyobraźni.

I wtedy pojawia się pytanie: czy wszyscy będziemy wkrótce mówić po angielsku.

Znacznie bardziej niepokojące staje się inne pytanie: czy wszyscy zaczniemy wyobrażać sobie świat według tych samych uproszczonych kategorii emocjonalnych, psychologicznych i moralnych?

Czy za dwa pokolenia słowo „Polak”, „Niemiec”, „Anglik” będzie jeszcze oznaczało odmienne sposoby przeżywania rzeczywistości, czy tylko różne miejsca urodzenia ludzi myślących podobnym językiem skuteczności, psychologii i moralnej inspiracji?

I wtedy wraca do mnie Bonhoeffer.
Czy on w tym procesie pozostanie sobą?

Czy Bonhoeffer za pięćdziesiąt lat będzie jeszcze tym samym Bonhoefferem?

A może już teraz nim nie jest?

Może niemiecki Bonhoeffer z więzienia Tegel i anglosaski Bonhoeffer z mediów społecznościowych to już dwie różne postacie. Jeden wyrasta z katastrofy europejskiej cywilizacji i doświadczenia realnego zła, drugi zaczyna funkcjonować jako autor inspirujących zdań o nadziei, odporności i przekraczaniu ograniczeń.

Stawiam więc pytanie niepokojące także mnie: czy każda epoka kształtuje własnego Bonhoeffera.

Ściana

I może właśnie tutaj cały ten niepokój dochodzi do swojego najciemniejszego miejsca, ponieważ zaczynam się zastanawiać, czy wielkie języki religii, filozofii i kultury rzeczywiście powstały po to, żeby świat wyjaśnić, czy może raczej po to, żeby uczynić go psychicznie możliwym jedynie do zniesienia.

Im dłużej wracam do zdania Bonhoeffera, tym mniej jestem pewien, czy opisuje ono rzeczywistość, a tym bardziej zaczynam podejrzewać, że pokazuje coś znacznie bardziej ludzkiego i być może znacznie bardziej dramatycznego: moment, w którym człowiek stojący wobec cierpienia, samotności, rozpadu świata albo własnej bezradności zaczyna tworzyć język pozwalający mimo wszystko żyć dalej.

I być może właśnie dlatego te słowa działają tak silnie. Nie dlatego, że można je sprawdzić, zmierzyć albo jednoznacznie zrozumieć, lecz dlatego, że pozwalają człowiekowi choć przez chwilę uwierzyć, iż rzeczywistość nie jest całkowicie obojętna.    

O co tu chodzi?

Nie potrafię już rozstrzygnąć, czy to jeszcze poznanie świata, czy raczej jedna z najbardziej niezwykłych konstrukcji psychicznych, jakie człowiek stworzył przeciw własnej rozpaczy.

Wiem jedynie, że od kilku dni nie mogę uwolnić się od tego jednego słowa Bonhoeffera.

„Unmögliche”.

I rozglądam się, czy jest gdzieś ta ściana, o którą mógłbym się oprzeć, której oczywiście nie ma.

p.s. jak w tym kontekście rozumieć sens wieży Babel? Kto i w jakim celu pomieszał ludziom języki?


Fotografie pochodzą z aranżacji przed jednym z domów w niewielkiej wiosce przygranicznej.


Ot, taki widok z okna...

Warto było przeczytać ten tekst?
OwszemJeszcze nie wiem
Proszę udostępnić ten artykuł
Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *