Ogród, jak znamię

Marek Koszur
Autor
11 min lektury

Ręka mnie świerzbi.

Gdyby nie zęby, język nie powstrzymałby się przed szpetnym słowem.

Piątkowe popołudnie. Jak zwykle, w drodze nad morze, zajeżdżam do Ogrodu Ciszy i Medytacji imienia — co za bezsensowne dopisanie — Dietricha Bonhoeffera. To jest po prostu jego ogród. Ogród Bonhoeffera. Im dłużej tam bywam, nazwanie ogrodu w inny sposób uznaję za tchórzostwo.

Parkuję. Przed tym znakiem, na który zawsze spoglądam z pewnym przykuleniem ramion. Znak: droga bez wyjazdu. Kres. Koniec. Dalej nie można.

Proroczy symbol, prawda?

Żywopłot odcinający przestrzeń ogrodu od całego świata w tym roku oszalał. Rozrósł się bardziej niż próżność pawia. Nie rośnie. On urządza demonstrację siły. Pęcznieje, wypycha się, zagarnia przestrzeń. Swoją agresją życia – onieśmiela. Przyboś i Leśmian mieliby tu słowne używanie. A ja mam tylko coraz większe poczucie, że właściciel tego miejsca, który powinien wołać: tutaj! robi wszystko, żeby ogród zniknął.

Żeby się dowiedzieć, co jest za żywopłotem, trzeba najpierw zauważyć furtkę. Potem pokonać obawę, że być może wchodzi się na cudzy teren. Potem wejść. I rozejrzeć się. Domyślić się, gdzie patrzeć. I z radością odkryć – że przecież jest tutaj tablica. Kompletnie niewidoczna. Ona wszystko wyjaśnia. Wszystko? Tak. Od wczoraj – nawet więcej.

To tak, jakby w mieście zdjąć wszystkie tabliczki z nazwami urzędów. Niech petenci szukają, czego potrzebują. Niech krążą i zgadują, pytają. Pogrążają się w poczuciu winy, że nie wiedzą, czy dobrze trafili. Śmiech politowania…

Fotografuję raz jeszcze tabliczkę informującą o właścicielu terenu. Już w 99% zasłonięta żywiołem zieleni.

Zauważyłem ruch za furtką. Tak, tam ktoś jest…

Wchodzę.

Po prawej stronie od furtki stoi człowiek. Skupiony na klawiaturze telefonu. Umordowany jak ostatnie nieszczęście. Nie zmęczony, jak każdy po ciężkiej pracy. On jest zajechany. Jak koń, którego ktoś zapomniał wyprząc. I widzę, co go tak zmordowało.

— Aleś się chłopie narobił.

Uśmiecha się. Pokazuję ręką tablicę. Kiwa głową.

Widzę. Przestawił tę wielką tablicę informującą o ogrodzie o kilkadziesiąt centymetrów od ściany żywopłotu. Sam ruch – wręcz pozorny. Ruch bez sensu, który nie rozwiązuje problemu, tylko dodaje mu trochę czasu. Jak w futbolu – sędzia doliczył zawodnikom kilka minut nadziei. W tym roku może jeszcze będzie ją widać. Może do początku następnego. Potem roślinność znów zrobi swoje. Dopadnie tablicę. Zasłoni przynajmniej część informacji o miejscu, które nadal — z zewnątrz — jest całkowicie ukryte.

A przecież kiedy zakładano ten ogród, tablica unosiła się ponad całym tym obszarem. Ponad roślinnością. Jak kierunkowskaz nad autostradą. Wołała, krzyczała – to jest ten ogród, ten, który szukacie. Tutaj jest! Widzicie? Znaleźliście go. Ogród – miejsce ważne. Nie tylko w skali Szczecina. W skali europejskiej. Może nawet światowej, bo słowo „świat” w sprawie Bonhoeffera ciągle wiele znaczy. Polska – dopisała się do bonhoefferowskiej listy pamięci jakby dzięki rykoszetowi jego imienia. I faktom. Ogród to świadek realnej obecności „Życia wspólnego”. Tu ono się w kształt zamieniało.

Ale jeśli ktoś ma głowę nie jak świat, tylko jak inna figura geometryczna, to na nic moje wołanie. Wsparty przekorą powie: nie będzie mi nikt dyktował, jak tablica ma być ustawiona. A kompromitacja przed światem na takie dictum będzie się tylko pyszniła. A ustaw ją tyłem do przodu, tak dla draki, bo przecież wszystko co w sprawie ogrodu robisz i tak jest przecież hucpą. A co robisz? NIC! Ogród Ciszy i Medytacji to już tylko cisza. Nic się tu nie dzieje. Przez ponad piętnaście lat na palcach jednej ręki policzysz ogrodowe wydarzenia. Jednej ręki… Tej, która świerzbi. 

— Człowieku, sam? Sam to zrobiłeś?

Uśmiecha się z obłędem w oczach człowieka umordowanego. Kiwa głową. Mój pełen wstydu zachwyt przyjmuje za pochwałę. Bo oto on, prosty człowiek, został dostrzeżony. Usłyszał uznanie. Tracę rezon.

— Nie wierzę…
— Od ósmej rano tu robię.
— A jest piętnasta.
— No… A ile pod spodem betonu? Musiałem to wszystko odkuć.
— Ale jeden człowiek takiej tablicy nie uniesie.
— No, ciężka… Ale…

Obchodzę konstrukcję. Rozglądam się, może dźwig, choćby betoniarka albo młot pneumatyczny? Mężczyzna nadal skupiony na ekranie smartfona. Nieporadnie naciska literki. Ręka drży na wspomnienie walenia kilofem.

— Co? Meldunek o wykonaniu roboty?

Kiwa głową. Uśmiecha się. Wierzchem dłoni przeciera pot. Jest gorąco. A przed chwilą było wręcz upalnie. Zapowiadają ulewę. Znad Odry nadciągają chmury.

— Wczoraj kosiłem. Jutro chyba też przyjadę, to dokończę.
— A, to ma pan firmę?

Kiwa głową.

— No to – jak?
— Ksiądz kazał. Ksiądz mówi, co trzeba zrobić, to robię.
— Wystawia pan rachunek, rozumiem.

Kręci przecząco głową.

Wchodzę w ogród. Widać: część podkoszona. Ale deszcze i upał to jak ogień w lesie — zieleń bucha każdego dnia życiem, bujnością nieporównywalną z niczym.

— Jutro przyjadę i dokończę – dopowiada.
— Ze dwie godziny zejdzie?

Macha ręką. Krzywi się. Rozumiem gest. Dłużej.

I dalej coś pisze na ekranie smartfona. Robi zdjęcia.

— Jasne. Trzeba utrwalić. Robota mocarza!

Śmieje się serdecznie.

Dostrzegam Bonhoeffera. Stoi tuż za mną, z prawej strony. Nie patrzy na człowieka. Nie patrzy na tablicę ani na ogród.

Patrzy na zleceniodawcę.

Bo tu już nie chodzi o tablicę. O kąt jej ustawienia, żywopłot, furtkę, beton czy o ścieżkę donikąd. To wszystko są tylko rekwizyty. Tak ciężkie, że jeden człowiek od ósmej rano do piętnastej musiał je wydzierać ziemi, rozkuwać fundamenty, dźwigać, obracać, ustawiać, wkopywać z powrotem.

Sam.
W upale.
Bez wody.
Bez drugiej pary rąk.
I najprostszego pytania: dasz radę?

A przecież w tej parafii są dwie osoby duchowne. Dwoje pastorów. Mąż i żona. Luksus nieznany całej luterańskiej Polsce. Dwa głosy do kazań. Do pouczania, napominania, uzasadniania. Dwa autorytety.

I jeden robotnik.

— Ksiądz kazał.

Tak jedni wykuwają innym drogę do nieba.

To jest zdanie z innego świata. Z folwarku. Z plebanii, która nie wyszła jeszcze z pańszczyzny. Z chrześcijaństwa, które nauczyło się mówić o służbie, ale nie nauczyło się służyć. Z religii, w której duchowny nie musi dotknąć szpadla i słupa, bo jest od „wyższych rzeczy”.

Od wierszy, powieści, gry na odwróconej patelni. Od maratonu na krańcach świata i od rozważań, projektów, wystąpień, duchowych ornamentów. I Festiwalu Bonhoeffera, w którego programie szczecińscy luteranie są ledwie tolerowani. Taka jest niestety prawda.

A człowiek prosty jest od tego, żeby nieść tablicę świadectwa.

Bo to jest dokładnie ten moment, w którym pobożność zaczyna śmierdzieć. Nie grzechem wielkim, teatralnym, efektownym. Nie zdradą czy herezją, nawet nie jakimś dramatem sumienia. Śmierdzi czymś znacznie bardziej pospolitym: wygodą. Klasową. Feudalnym odruchem człowieka, który tak długo mówił o Bogu, aż przestał widzieć człowieka stojącego przed Bogiem.

Bonhoeffer pisał o wspólnocie. Ta zaczyna się od tego, że kiedy drugi człowiek mierzy się z ciężarem, podchodzisz i chwytasz z drugiej strony.

Chwytasz.

Pastor powinien stanąć przy słupie. Przynieść młot, łom a może nawet rozbijać beton. Albo przynajmniej przynieść wodę. Jeżeli człowiek pracuje od ósmej rano, pastor nie powinien czekać na meldunek: zrobione.

Tu właśnie pęka fundament życie wspólnego…


Wyszedłem na tę drogę przed ogrodem. Pod znak – dalej nie można. Zmieniam zdanie. Jednak – można.

Wsłuchuję się w tę ciszę, która jest kryjówką winy.

I słyszę Bonhoeffera:

— Milcząc przed Bogiem, nie zagłuszy się oddechu człowieka zajechanego robotą.

Można medytować nad odpowiedzialnością, a można nie zauważyć, że odpowiedzialność stoi trzy metry dalej, mokra od potu, z telefonem w ręku, dokumentując wykonanie polecenia.

I wtedy to polecenie staje się dowodem rzeczowym. Oskarżeniem – człowiek nie jest przedłużeniem naszego polecenia a tym bardziej kimś, kogo można posłać do betonu, a samemu pozostać przy metaforach.

Najgorsze w tej historii nie jest nawet to, że tablica została ustawiona źle. Choć została. Czy została zabetonowana? Byle wiatr ją przewróci? A żywopłot już się oblizuje na świeże kęsy rdzewiejących elementów. Dalej przechodzień idący ścieżką donikąd nie dowie się, że za zieloną ścianą istnieje miejsce pamiętne. Dalej trzeba będzie niemal wejść do butelki, żeby sprawdzić, jaki płyn jest w środku. A Ogród będzie udawał, że zaprasza, chociaż w istocie się chowa.

To jest właśnie ten rodzaj chrześcijaństwa, którego Bonhoeffer bałby się najbardziej. Chrześcijaństwa bez wcielenia. Bez opuchniętych dłoni i przesilonych pleców, zroszonych potem z wysiłku. Chrześcijaństwa, które myśli, że wie, co oznacza krzyż, dopóki nie podejmie próby podniesienia go ponad głowę.

Teraz rozumiem, dlaczego luteranie nie zamknęli spowiedzi tak, jak to jest w katolickim konfesjonale. Bo tutaj rozgrzeszenie musiałoby przejść przez człowieka, któremu najpierw trzeba by powiedzieć prawdę.

A prawda byłaby prosta: pastorze, pan nie zgrzeszył przeciw tablicy. Pan zgrzeszył przeciw człowiekowi.

Gdyby w tej historii, zamiast tablicy stanął konfesjonał jak szlaban na granicy, nie wiem, czy pastor otrzymałby wizę rozgrzeszenia. Bo najpierw musiałby nazwać grzech. A jak nazwać grzech człowieka, który nie potrafi przynieść wody robotnikowi od ósmej rano rozkuwającemu beton?

Chodzi o coś jeszcze gorszego.

O człowieka, który nie ma się z czego spowiadać, bo nie widzi winy.

Bo jeśli winy nie ma, to nie ma też spowiedzi.

Jest tylko administracja zbawienia.

Człowiek powiedział:

— Ksiądz kazał.

W tym zdaniu jest cały wyrok.

Nie na robotnika.

Informacja o właścicielu tego terenu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Warto było przeczytać ten tekst?
OwszemJeszcze nie wiem
Proszę udostępnić ten artykuł
Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *