Niejednego zszokuje okładka dziesiątego numeru miesięcznika „TVSiódemka”. Mam nadzieję, że w takim samym stopniu zaskoczy Czytelników strona ostatnia.
Co je łączy? Wizja. Marzenie. Cel. W pierwszym przypadku zrealizowany przynajmniej do połowy, w drugim – nie do zrealizowania nawet w jednym procencie.
Ale nie o skutek tu idzie, lecz o konsekwencję i upór.
Na pierwszej okładce redaktor i dyrektor Zbigniew Puchalski przedstawia swoją wizję Ośrodka Radiowo-Telewizyjnego w Szczecinie. Palec wskazujący, jakby odwzorowany z sykstyńskiego malowidła, prowadzi wzrok ku makiecie. Słucha go człowiek, który w tamtej Polsce decydował o prasie i wszystkich mediach. Nikt dotychczas w Szczecinie nie utrwalił się w pamięci dokonaniem równie nowatorskim pod każdym względem.
Kiedy w dniu odejścia Zbigniewa Puchalskiego napisałem tekst, kierownik redakcji gazety uważającej się za najlepszą w mieście odrzucił materiał.
Marku, nie mam gdzie takiego tekstu postawić. To nie jest news, tylko osobiste wspomnienie po facecie, którego – mówiąc brutalnie – mało kto pamięta, w dodatku z PZPR-owską kartą. Rozumiem wartość sentymentalną i doceniam formę. Ale to nie jest tekst dla czytelnika Wyborczej.
Mogę Ci jednak polecić nasz serwis https://odeszli.pl/, gdzie ludzie sami zamieszczają wspomnienia o zmarłych. On jest prowadzony centralnie. Z tego, co się orientuję, żeby założyć konto, trzeba jednak coś tam uiścić.
Pozdrawiam
J
Tekst ostatecznie ukazał się, bodaj dnia następnego. I był to jeden z ostatnich, jakie napisałem dla tego pisma. Z tego maila wyrosła wtedy „TVSiódemka”.
Nie dzielę ludzi na „mało znanych” i tych z właściwą lub niewłaściwą przeszłością partyjną. Jest w moim rozumieniu tylko jeden podział: między tym, co człowiek zrobił, a tym, czego nie zrobił. Reszta nie może być miarą jego wartości.
Zgarbione plecy, jąkanie, orientacja seksualna, przynależność partyjna, chodzenie do tego czy innego kościoła – nie są ani zasługą, ani winą. Liczy się to, co człowiek potrafił po sobie zostawić.
Kto budował Rzym i Paryż? Kto projektował Łazienki, Willę Lentza, porty, fabryki, szkoły i domy? Czy każde dzieło mamy dziś mierzyć wyłącznie legitymacją autora? Czy człowiek uwikłany w swoją epokę automatycznie przestaje być twórcą, konstruktorem, organizatorem, nauczycielem?
Napisałem wspomnienie o „facecie”, którego niemal każdy ruch był faulowany przez kolegów z partii „Zawiść i Lenistwo”, z formacji „Nie Umiem, Ale Figuruję”, a przede wszystkim z najbardziej radykalnego ugrupowania „Nam Się Należy”. Chciałem, aby pamiętano o nim równie mocno jak przed pół wiekiem – poprzez jego determinację.
Puchalski był na ustach swoich podwładnych i zwierzchników. Jednym przypalał pięty, tym drugim udowadniał, że garnki – wieżowiec i cały Ośrodek – nie święci lepią.
Nie był w tamtym Szczecinie jedyny. Podobną siłę rozpoznawało się także w zbiorowości – w stoczniowcach.
Nie piszę „stoczniowcy” jako skrótu zawodowego. Piszę o formacji ludzi, których łączyły nie hasła, lecz wspólny rytm pracy, doświadczenie i przekonanie, że cel można osiągnąć. Poznałem wielu z nich, dokumentując ich pracę na taśmie radiowej i filmowej, a przede wszystkim uczestnicząc w spotkaniach, które doprowadziły do podpisania Porozumień Sierpniowych.
Mogę powiedzieć: była to formacja jednej myśli, ludzi o stabilnej determinacji i nieprzejednanej wierze w sukces. Wierze popartej argumentami.
W obu przypadkach – Puchalskiego i stoczniowców – pojawia się jedno słowo: determinacja.
Ośrodek Radiowo-Telewizyjny to wielki sukces i niezrozumiała porażka. Idea przerosła ludzi. Albo – idea nie zgromadziła ludzi na swoją miarę.
Sukces stoczniowców oślepił cały świat i zgasł w zaledwie dziesięć lat. Dlaczego? Potrafili wygrać strajk, ale nie dostali później partnera zdolnego przełożyć ich energię na trwałą politykę przemysłową, społeczną i państwową. Ich sukces zużyto politycznie, lecz nie przełożono go na trwały rozwój gospodarczy.
Nie było już człowieka ani instytucji, które traktowałyby przemysł budowy statków jako sprawę najważniejszą dla tych ludzi i tego kraju.
W tym numerze wracam do losu Kazimierza Barcikowskiego, który doprowadził do podpisania Porozumienia Szczecińskiego, a potem został wciągnięty w mechanizmy partyjnej gry, pamięci i zapomnienia.
Jest Marsz Kobiet i są burdy kibiców. Pierwszy pokazuje realny głód, strach, bezradność i napięcie społeczne, które nie mieściło się ani w prostym obrazie „Solidarności”, ani w partyjnej relacji o kryzysie.
Drugie pokazują coś zupełnie innego: młodych ludzi przejmujących ze strajkujących robotników nie cel, odpowiedzialność ani dyscyplinę, lecz samą formę protestu – tłum, flagę, krzyk, zajęcie ulicy i poczucie chwilowej bezkarności.
Jest wreszcie Edmund Bałuka, który w peruce, sztucznej brodzie i na fałszywym paszporcie przekracza granice, by wrócić do Szczecina. Wokół niego od razu powstają dwa porządki: solidarność kolegów i litera prawa.
Nadarzyła się ku temu szczególna okazja. Odnalazłem kilka taśm z oryginalnymi nagraniami z tamtych lat. Pokora nakazała mi ulec sile i wymowie nie tylko treści rozmów, ale przede wszystkim ich klimatowi, językowi, niepewności, jaki skutek słowa te wywołają dziś.
Podkreślam w tekście kilka razy: pamiętajmy, nikt z ludzi utrwalonych na taśmie nie miał najmniejszego wyobrażenia, jak potoczy się historia.
Taśma zatrzymuje ludzi w chwili, w której nie znają jeszcze dalszego biegu wydarzeń. Nie pozwala poprawiać ich po latach ani dopisywać im wiedzy, której wtedy mieć nie mogli.
Prace dokumentalistów są już zapewne zamknięte. Przejrzeli raporty, oświadczenia, protokoły. Zestawili fakty. Ale niewielu z nich rozmawiało wtedy, w 1981 roku, z Edmundem Bałuką w przysłowiową chwilę po jego ujawnieniu się w Szczecinie.
„Koledzy” osłonili go ciałem, władza wezwała przybysza do prokuratora. Byli też dziennikarze, którzy stawiali pytania. Pewnie podobne do tych, które zadawał prokurator czy ludzie ze stoczniowej „Solidarności”. Ale dla rozmówcy nigdy nie znaczą one tego samego.
Prokurator pyta o winę. Koledzy pytają o lojalność. Reporter pyta o fakty, motywy i granice odpowiedzialności.
Ten reporter… Sprzyja mi czy wręcz odwrotnie – chce przecisnąć się do głęboko skrywanej prawdy?
Zapraszam do lektury.
P.S. Jeszcze słowo do wizji chłopców bawiących się w budowanie statku z papieru, ale na pozostałościach prawdziwej pochylni. Ona, pochylnia, jest dla mnie – jak powiedziałby krytyk literacki – podglebiem, warstwą rudymentarną dla każdego marzenia.
Czy jego wynikiem będą statki? Nie wiem. Nie sądzę. Ale ta ziemia, to miejsce jest tak nasiąknięte determinacją słusznego życia, że pewnie któregoś dnia znów zmaterializuje się tu jakaś nowa wizja, bardziej niż protest.
Dziś nie widać żadnych sygnałów pozytywnej zmiany. Może powinny wyjść właśnie stąd: z nieistniejącego już fizycznie Ośrodka Radiowo-Telewizyjnego, ale wciąż krążącego ducha rzetelnej informacji, wspartej determinacją ludzi pracujących dla morza.
Dziś wszyscy oni są tak rozproszeni. Tym bardziej potrzebują idei.
