Zamek. Polityka audiencji
Któż tej bajki nie zna? „Pan kotek był chory…” Jak dalej?
Leżał w łóżeczku.
Śmiało, proszę…
Nie. Lepiej nie psujmy dzieciom — tym małym i tym dużym — bajeczki z morałem. Moja morału mieć nie będzie. Bo rzecz o zwykłej… Ale nie uprzedzajmy faktów.
Zacząłbym ją, parafrazując klasyka, tak:
Nasz Zamek jest chory. Ale nie leży w łóżeczku.
Grymasi. Kaprysi. Strzela fochy. I najwyraźniej ma się z tym całkiem dobrze, bo pan marszałek od lat toleruje tę niesforność. Ba, sam ustanawia spośród grona współpracowników największych zamkowych harcowników.
Alberta Einsteina administracji niechby los nam zesłał. Bo chyba tylko ktoś tej miary zdołałby odkryć zależności i prawidłowości — sic! — marszałkowskiej polityki kadrowej.
Pierwsze Prawo Marszałkowskiej Dynamiki Kadrowej:
ciało raz wprawione w ruch po korytarzach Urzędu Marszałkowskiego wykazuje zadziwiającą zdolność do dalszego przemieszczania się ku stanowiskom kierowniczym w instytucjach podległych Organizatorowi.
Zjawisko niewykluczone. Możliwe. Nauka wymaga badań porównawczych.
Na razie mamy przypadek pani Wiolety Słoki.
Germanistka. Pracownica Urzędu Marszałkowskiego, między innymi Wydziału Turystyki, Gospodarki i Promocji. Propagatorka kultury. Miłośniczka i znawczyni literatury dziecięcej. Absolwentka studiów podyplomowych poświęconych literaturze i książce dla dzieci i młodzieży. Aktywna działaczka Polskiej Sekcji IBBY — Stowarzyszenia Przyjaciół Książki dla Młodych, polskiej sekcji International Board on Books for Young People. Twórczyni liczącej kilka tysięcy tomów kolekcji książek dla dzieci i młodzieży o wdzięcznej nazwie „Wioletowe Kruczki”.
Prywatnie — żona Sekretarza Miasta Szczecin.
O! Czyżby zapowiedź Drugiej Marszałkowskiej Zasady Dynamiki?
I właśnie tej osobie powierzono odpowiedzialne zadania administracyjne i inwestycyjne Zamku. Dziś Wioleta Słoka jest p.o. dyrektora oraz zastępcą dyrektora ds. inwestycji i administracji.
Jakim cudem?
W oparciu o jakie dyplomy, jakie wykształcenie kierunkowe, jakie doświadczenie zawodowe?
Że też akurat teraz nie mogę sobie przypomnieć słów niesławnego rzecznika rządu…
Ekspertka od literatury dziecięcej w rzeczywistości zarządza Zamkiem, jego administracją i inwestycjami.
Tylko patrzeć, jak architekci, budowlańcy i biegli księgowi zaczną pląsać z przedszkolakami, przebierać się za Czerwonego Kapturka albo żarłocznego wilka.
Na Pomorzu Zachodnim nic nie jest niemożliwe.
Mission impossible? To właśnie nasza specjalność.
A kiedy przyszło — w związku z renowacją zamkowych dziedzińców — do kolejnego odpowiedzialnego zadania, sam marszałek Olgierd Geblewicz wypowiedział myśl, którą należałoby wykuć w kamieniu:
„Zadanie nie jest łatwe. Każde prace na zabytku to mniejszy lub większy znak zapytania”.
Ten styl. Ta myśl. Ten… nonsens.
Komu powierzono nadzór nad wykonaniem zadania?
Kto zgadnie?
O! Aż tyle rąk w górze?
Tak. Bo zamkowe dziedzińce to prawie jak wydzieranki z kolorowego papieru albo ugniatanie plasteliny.
OK. W końcu marszałek wie najlepiej.
(Na marginesie: stylistycznie myśl wyrażona jest osobliwie: liczba mnoga „prace” zostaje utożsamiona z pojedynczym „znakiem zapytania”, co nadaje temu zdaniu dodatkowy, komiczny potencjał).
W kamieniu wykuć. Literalnie i nieodwołalnie. To klasyka!
Kopernik zatrzymał Słońce. Einstein zakrzywił czasoprzestrzeń. Marszałek odkrył, że podczas remontu zabytku może się pojawić mniejszy lub większy znak zapytania.
Który — kiedy?
Oto pytanie.
Pytanie o pytanie.
Ale dziś nie o pracach brukarsko-kamieniarskich, posadzkarskich czy cykliniarskich.
Dziś o dumie Zamku. O próżności i pysze ciągle nieukaranej. O wzdęciu brzucha, który Zamkowi przesłania resztę świata.
Czy pępek ma swój brzuch z własnym pępkiem?
Zamek Książąt Pomorskich ciągle pozostaje w epoce przedkopernikańskiej. Każe Słońcu krążyć wokół siebie. Korsarzy 34 to — oficjalnie — nie Czarna Dziura, tylko nasze cudowne Słońce.
Śródmiejską Strefę Płatnego Parkowania należałoby zatem zamienić w Śródmiejską Strefę Płatnego Pielgrzymowania do Zamku. Wszystkie okoliczne ulice zakwalifikować jako trasy pielgrzymcze, parkingi dla aut zaś zamienić w boksy dla pątników, którzy na kolanach do Zamku pielgrzymować będą.
Dlaczego?
Bo żeby z Zamkiem współpracować, wymieniać materiały, książki, pomysły, żeby Zamkowi zwrócić na siebie uwagę — trzeba do Zamku przyjść.
Każdy powinien przyjść.
Sam — bum.
Osobiście — rum.
Bezpośrednio — tum.
Zapukać — sza, sza.
Poprosić — a uuuu!
Może zostaniesz przyjęty. Ty też. O, z tobą — może być różnie.
Ty? Wykluczone!
Bo przecież Zamek nie będzie szukał sojuszników, pomocników, współpracowników. Nie będzie łaził po ludziach i dziadował. Może nawet — żebrał:
„Ty, no chodź. Nawiążmy kontakt. No, co ci zależy?”
Ale po kolei.

Wystawie „Eugen Dekkert – malarz najbardziej szczeciński” poświęcimy jeszcze sporo miejsca. Trudno bowiem znaleźć w najnowszych dziejach szczecińskiego wystawiennictwa przedsięwzięcie dorównujące jej liczbą organizacyjnych osobliwości.
Czy słyszeli Państwo o poważnej galerii lub muzeum, które najpierw zamyka wystawę, a dopiero trzy miesiące później urządza premierę katalogu tej wystawy?
Tu właśnie tak się stało.
Ekspozycja trwała od 21 sierpnia 2025 do 22 lutego 2026 roku. Premierę katalogu urządzono 21 maja 2026 roku.
Pełna awangarda ekstrawagancji w połączeniu z ekstrawagancją awangardy!
Katalogu, czyli — w normalnym świecie wystawienniczym — publikacji, która ma widzowi towarzyszyć, pomóc mu zrozumieć obrazy, artystę, epokę, związki między dziełami.
W odniesieniu do wystawy Dekkerta, przewodnik pojawił się wtedy, kiedy obrazy zdjęto już ze ścian i oddano je właścicielom.
Prywatnym kolekcjonerom.
Trzymają Państwo wątek?
Najpierw wystawa. Potem koniec wystawy. Potem katalog.
Dekkert od tyłu. A jak się okaże — także do góry nogami.
A katalog nie był przecież drobiazgiem. To 184-stronicowa publikacja z opracowaniami Bogdany Kozińskiej i Jakuba Michała Pawłowskiego.
Sam katalog informuje, kto udostępnił prace.
W wykazie znalazło się 70 dzieł. 59 — czyli 84,3 procent — pochodziło ze zbiorów prywatnych. Pozostałych jedenaście wypożyczyły trzy instytucje: Pommersches Landesmuseum w Greifswaldzie — siedem obrazów, Muzeum Narodowe w Szczecinie — trzy, Zamek Książąt Pomorskich w Szczecinie — jeden.
Bez kolekcjonerów tej wystawy po prostu by nie było.
Tymi rwanymi akapitami sugeruję Państwu dramat tej administracji Zamku i tej wystawy.

Ale prawdziwe rodzynki dopiero przed nami.
Jeden z nich zresztą okaże się nie rodzynkiem, ale cegłą.
Malarz, urodzony w Stettinie, miał w swoim życiu wiele miejsc czasowego i dłuższego pobytu.
Każdy szanujący się — podkreślam: szanujący się — organizator wystawy przekrojowej czy jubileuszowej zadałby sobie elementarne pytanie:
Co o tym człowieku wiedzą tam, gdzie mieszkał i tworzył?
Może ktoś odkrył coś, czego w Szczecinie nie znamy? Może wystawa jubileuszowa jest właśnie okazją, żeby dotychczasową szczecińską wiedzę o Dekkercie skonfrontować z materiałem z zewnątrz?
A może — cóż za świętokradcza myśl przeszyła moją głowę — warto byłoby zaprosić ludzi „stamtąd” do nas?
Do współpracy.
A przynajmniej na zwiedzenie ekspozycji.
Redakcja TVSiódemki taki trud podjęła.
Od dłuższego czasu gromadzimy materiały dotyczące Eugena Dekkerta. Jeszcze przed otwarciem ekspozycji informowaliśmy autorkę opracowania naukowego o naszych obawach, o materiałach, na które natrafiliśmy.
Dziś część tych dokumentów leży na redakcyjnym biurku niczym kamienie balastowe.
A bardziej nawet — kamienie młyńskie u szyi Organizatora i ekipy merytorycznej.
Bo pokazano nam twórcę i człowieka — tylko częściowo.
Jak figurę z wosku!
Pustą w środku. Upudrowaną, uszminkowaną. Ot, artystę. Nie człowieka i obywatela.
Cóż za wstyd!
I tu zaczyna się pytanie o rzetelność. O poprawność polityczną. O prawdę wreszcie.
Materiały te zdobyliśmy bardzo skomplikowaną metodą badawczą. Dla Zamku wręcz nieosiągalną! Poprzez ten jego spuchnięty brzuch! Jak z takim pchać się dokądkolwiek.
A my — napisaliśmy do ludzi.
Podjęliśmy rozmowy. Poprosiliśmy o sprawdzenie, uzupełnienie, zweryfikowanie. O zdjęcia z tu i teraz, z dziś i z wczoraj.
Zapukaliśmy do archiwów. Do muzeów. Do instytucji związanych z życiem malarza.
Odpowiadali.
Byli niezwykle życzliwi. Przysyłali wskazówki, kopie materiałów, fotografie, informacje prasowe sprzed dziesięcioleci.
Pojawiły się rzeczy, o których w szczecińskim obiegu wiedzy o Dekkercie dotąd nie było wiadomo.
Albo — i to jest mocny wykrzyknik, który stawiamy z pełną odpowiedzialnością — z racji najfałszywiej pojętej „poprawności” je przemilczano.
Przemilczano, mimo iż osobiście — telefonicznie, mailowo — udostępniałem materiały.
Z jedną z instytucji — z jej inicjatywy, ale z naszym podszeptem — zaczęliśmy przygotowywać wspólne przedsięwzięcie.
Przekazaliśmy fotokopię katalogu wystawy szczecińskiej, później link do wersji elektronicznej.
Pozostała rzecz banalna: papierowy egzemplarz katalogu.

Katalog podczas majowej premiery rozdawano bezpłatnie. Publikacja była jednym z elementów projektu współfinansowanego z Funduszu Małych Projektów programu Interreg VI A.
Gościom podsuwano przy odbiorze listy do podpisu. Podpisy zbierano również podczas samego spotkania premierowego katalogu. Prowadząca kilkakrotnie tłumaczyła, że są potrzebne do rozliczenia dotacji.
I tu na marginesie rodzą się kolejne pytania.
Jak się ma do RODO — i do zwykłej elegancji — żądanie od widzów, by kwitowali odbiór bezpłatnego katalogu? Jaka była podstawa zbierania tych danych? Jak określono cel ich przetwarzania? Jak długo są przechowywane? Kto ma do nich dostęp?
Nie przesądzamy odpowiedzi.
Pytamy.
29 sierpnia Redakcja Siódemki zwróciła się do p.o. dyrektora Zamku z prostym pytaniem: czy Zamek zechce wysłać jeden katalog zainteresowanej zagranicznej instytucji muzealnej, z którą prowadzimy korespondencję dotyczącą malarza?
Do wiadomości dołączyliśmy adres.
Wyjaśniłem, że z instytucją tą prowadzę korespondencję na temat Dekkerta. Zainteresowanej osobie przekazałem wiadomość: napisałem do Zamku.
Wylewnie podziękowała za pomoc.
7 września pytanie do Zamku ponowiliśmy: czy udało się Państwu wysłać katalog?
Cisza.
9 września — po raz trzeci.
Cisza.
12 września napisałem już imiennie do pani p.o. dyrektora:
„Pierwszą wiadomość wysłałem 29 sierpnia, kolejne 7 i 9 września. Wszystkie pozostały bez odpowiedzi.
Proszę zatem o krótką informację:
- Czy Zamek wysłał lub zamierza wysłać katalog?
- Czym spowodowany jest brak odpowiedzi na trzy kolejne wiadomości w tej sprawie?”
Kopię listu skierowaliśmy do wiadomości dyrektor Wydziału Kultury i Dziedzictwa Narodowego Urzędu Marszałkowskiego Województwa Zachodniopomorskiego oraz do rzeczniczki prasowej marszałka.
To już drugi przypadek, kiedy Redakcja Siódemki prosi Organizatora Zamku o interwencję dotyczącą funkcjonowania tej instytucji.
I pod koniec dnia, 15 września, Redakcja Siódemki została ustawiona w kącie.
Na klęczkach.
Na grochu wielkości arbuza.
Z Zamku przyszła odpowiedź.
Pani p.o. dyrektora, głosem swojej rzeczniczki, pouczyła Redakcję Siódemki:
„Zamek Książąt Pomorskich w Szczecinie, podobnie jak inne instytucje, nie kontaktuje się z instytucjami lub ich przedstawicielami przez pośredników. Osoba zainteresowana współpracą, materiałami lub publikacjami powinna osobiście, bezpośrednio zwrócić się do dyrektora Zamku.”
W scenariuszu filmowym w tym miejscu umieszczono by didaskalia:
zatrzaskujące się drzwi. Zamknięcie okienka. Gwałtowny w tył zwrot.
Przyczynek do szkoleń rzeczników prasowych:
jak traktować petenta.
I tu — proszę darować — nie można pominąć „profesjonalizmu” tej odpowiedzi.
Zamek „nie kontaktuje się z instytucjami lub ich przedstawicielami przez pośredników”.
O kim mowa?
Kto miałby być owym pośrednikiem Zamku?
Pomijam już, skąd Zamek wie — i na jakiej podstawie twierdzi — że postępuje „podobnie jak inne instytucje”.
Ale przede wszystkim: kto miałby tutaj pośredniczyć?
Nikt nie proponował, żeby Redakcja TVSiódemki występowała w imieniu Zamku.
Nikt nie prosił Zamku, aby „kontaktował się przez pośrednika”.
Redakcja Siódemki wskazała instytucję, przekazała adres i zaproponowała, aby Zamek sam się z nią skontaktował.
Odpowiedź stanowczo odrzuca więc rozwiązanie, którego nikt nie proponował.
To zdanie jest niemal akademickim przykładem błędu logicznego.
Aż strach zapytać, czy podobny sposób rozumowania jest normą i standardem innych służb zamkowych.
Ale zdanie następne jest jeszcze piękniejsze:
„Osoba zainteresowana […] powinna osobiście, bezpośrednio zwrócić się do dyrektora Zamku”.
„Osoba zainteresowana”.
„Powinna”.
Nie tak wygląda partnerstwo.
Chyba że jest to obowiązujący w Zamku standard współpracy:
najpierw nie zauważyć potencjalnego partnera, a następnie oczekiwać, że to on sam zapuka do drzwi.
To już nie jest polityka partnerstwa.
To jest polityka audiencji.
Taki Otton z Bambergu… Ha! Ten miałby się dziś z pyszna, gdyby przyszło mu planować swą podróż chrystianizacyjną według obowiązujących przy Korsarzy 34 zasad.
Przypomnijmy: Zamek Książąt Pomorskich stoi na ziemi, na której przed dziewięciuset laty działał pewien biskup z Bambergu.
Gdyby wtedy obowiązywały tutaj obecne zasady traktowania gości, partnerów i współpracowników — a na domiar złego Otton nie znałby adresu mailowego p.o. dyrektora Zamku — niewykluczone, że do dziś bylibyśmy poganami.
Rzecznik biskupa Ottona mógłby, przy odrobinie szczęścia, otrzymać od rzeczniczki Zamku wskazówkę:
„Osoby zainteresowane chrystianizacją powinny osobiście, bezpośrednio zwrócić się do p.o. dyrektora Zamku”.
Rzeczniczka nie poda ci, Ekscelencjo, adresu. Poda adres strony.
Tam se wyszukaj, naiwny człowieku, z kim chciałbyś…
Że co? Przeszło ci? Już nie chcesz z Zamkiem współpracować?
Niekiedy człowiek zastanawia się, dlaczego dobry Stwórca wyposażył nas w umiejętność pisania, a nie zadbał równie troskliwie o dar myślenia.
W tym miejscu historia zatacza jeszcze piękniejsze koło.
Zastępcą dyrektora Zamku do spraw Edukacji i Organizacji Wydarzeń jest dr Jędrzej Wijas. Po ukończeniu studiów pracował w Urzędzie Marszałkowskim Województwa.
Pamiętają Państwo? Pierwsze Prawo Marszałkowskiej Dynamiki Kadrowej?

W 2022 roku Jędrzej Wijas opublikował pracę naukową pod tytułem:
„Artyści współcześni nadal niewidoczni. Konsekwencje braku efektywnej polityki publicznej wobec twórców sztuki w latach 2020–2021”.
Autor przyjmuje w niej, że działania władz wobec artystów można traktować jako element polityki publicznej i analizuje instytucjonalne problemy powodujące, że twórcy jako grupa pozostają w systemie niewidoczni.
Trudno o lepszego adwokata dla Eugena Dekkerta.
Bo czym właściwie jest niewidzialność artysty?
Czy wyłącznie brakiem świadczeń, regulacji i statusu zawodowego?
Czy nie jest nią również sytuacja, w której organizuje się wielką wystawę twórcy, a nie uruchamia przy tej okazji sieci kontaktów z instytucjami przechowującymi pamięć o jego życiu?
Czy nie jest nią katalog docierający do publiczności po zamknięciu ekspozycji?
Czy nie jest nią biografia zamknięta administracyjnie w granicach miasta, mimo że sam malarz tych granic w swoim życiu nie respektował?
I wreszcie:
jak autor tak zatroskany o niewidzialność artystów bronił interesów Dekkerta we własnej instytucji?
To nie jest pytanie retoryczne.
Nie wiemy, jaki miał wpływ na projekt w poszczególnych jego etapach. Można więc zapytać. Zwłaszcza że jego własna rozprawa daje do tego znakomity pretekst.
Dekkert jest tu wyjątkowo wdzięcznym przypadkiem.
Artysta może być jednocześnie wystawiany i niewidoczny.
Można powiesić kilkadziesiąt jego obrazów, policzyć tysiące odwiedzających, wydać katalog, zorganizować premierę, rozliczyć projekt, zebrać podpisy — i nadal nie zobaczyć człowieka, którego się pokazuje.
Bo widzenie nie polega na zawieszeniu płótna na ścianie.
Polega również na zadaniu sobie pytania o biografię — o działalność pozaartystyczną, o relacje ze Stettinem, ale przede wszystkim ze Szczecinem!
Hallo!
Jak brzmiał tytuł wystawy?
„Eugen Dekkert – malarz najbardziej szczeciński”.
No właśnie.
Najbardziej szczeciński malarz doczekał się największej w dziejach — ever — prezentacji swoich prac, a Zamek zapewnił jej promocję mniej niż amatorską.
W praktyce — żadną.
Można więc zapytać: czy w najważniejszych ośrodkach związanych z życiem i twórczością Dekkerta ktokolwiek wiedział o tej wystawie?
Oczywiście wina tamtych.
Nie patrzyli dostatecznie uważnie w stronę Szczecina.
Nie śledzili strony internetowej Zamku. Nie wyczekiwali komunikatów. Nie pytali codziennie, czy przypadkiem przy Korsarzy 34 nie wydarzyło się coś, o czym świat powinien natychmiast wiedzieć.
A powinien? Dniem i nocą? Oczywiście!
Teraz jest nawet łatwiej.
Dzięki iluminacji Zamek można oglądać po zmroku bez użycia środków halucynogennych.
Świat powinien więc zwrócić wzrok ku Szczecinowi, wypatrywać sygnałów świetlnych, a następnie ruszać w drogę.
Przybywać. Czekać. Prosić. Może łaska zostanie udzielona.
Zamkowa promocja idealna: nie trzeba nikogo informować, skoro wszyscy powinni już wiedzieć.
I tu wracamy do pana kotka.
Pan kotek wiadomo czym się obżarł.
Łakociami.
Zamek — sobą.
A skoro zaczęliśmy od brzucha, zakończmy przy Swifcie.
Jonathan Swift wysłał Guliwera do Liliputu. Maleńcy urzędnicy dokonali tam niezwykle skrupulatnego spisu rzeczy należących do Człowieka-Góry. Obejrzeli go, obmierzyli, zajrzeli, gdzie mogli.
Przy dwóch kieszeniach musieli jednak skapitulować.
W raporcie zanotowali, że dwie kieszenie były:
„squeezed close by the pressure of his belly”.
Ściśnięte naporem jego brzucha.
I wracamy do pępka, który ma brzuch, a ten — swój pępek.
Więc jak tu widzieć świat, skoro ma się tak ciekawy brzuch?
P.S. Na marginesie — tytuł dekkertowskiej wystawy to niecodzienny potworek językowy.

