To strasznie przykre, przygnębiające i zasmucające uczucie – zderzyć się z Historią.
Ileż to ja się w dziennikarskiej mitrędze o jawności nasłuchałem. Ile nadziei pokładaliśmy w haśle „wolna prasa”. Zaklęciem wręcz brzmiało zdanie: media są po to, żeby prześwietlały władzę. Dziś wydaje się ono mglistym wspomnieniem z czasów, kiedy człowiek wierzył jeszcze, że przyjdzie dzień, w którym słowa nie będą wymagały kamuflażu, a znaczyć będą po prostu to, co znaczą.
Kiedy w połowie lat siedemdziesiątych otrzymałem zadanie, aby „ocieplać” wizerunki polityków, napisałem konspekt radiowego wywiadu z ówczesnym pierwszym sekretarzem KW PZPR Januszem Brychem.
Czy pan łowi ryby? Jaką książkę ostatnio pan przeczytał? Jakie danie serwuje pan rodzinie na niedzielny obiad? Który przedmiot w szkole lubił pan najbardziej?
Podobnych „kosmicznych” pytań było w moim scenariuszu przynajmniej dwadzieścia.
Położyłem go na biurku redaktora naczelnego. Ten wbił weń wzrok i znieruchomiał. Ja, wiedziony instynktem samozachowawczym, wykonałem niepozorowany krok wstecz. Zbigniew Puchalski patrzył na notatkę, jakby była kamienną tablicą. Wtedy bardzo modna była zresztą powieść Wojciecha Żukrowskiego pod takim właśnie tytułem.
Zrobiłem kolejne dwa kroki wstecz i… teleportowałem się bezszelestnie do sekretariatu.
– I co tam, panie Mareczku? – doniosłym głosem odezwała się pani Krystyna, obserwując moje dość osobliwe wyjście z gabinetu szefa.
Wykonałem dwie, trzy głupie miny małpy i kiedy już chwyciłem klamkę kolejnych drzwi, mając w głowie tajfun maszkaronów wydzierających się na mnie, że zwariowałem, oszalałem i zmysły postradałem, bo chcę pytać pierwszego sekretarza partii, wiodącej siły narodu, który przedmiot w szkole najbardziej lubił – zostałem trafiony okrzykiem zza podwójnych drzwi naczelnego.
– Mareeeek!
Jak przed chwilą odpłynąłem w niebyt, tak się po tym ryku ponownie przed szefem zmaterializowałem.
– Marek… – naczelny powtórzył moje imię głosem prawie leżącym już na dywanie.
Schyliłem się, skuliłem, prawie padłem na ten dywan, goniąc swoje imię, wypowiadane jakby szeptem na Sądzie Ostatecznym wobec ogromu przewinień jego właściciela.
Puchalski nie tyle zapytał, co filozoficznie wyartykułował tezę:
– Pan najwyraźniej zwariował.
Nie wiem dlaczego, ale dobrze pamiętam myśl, jak mi wtedy zaświtała w głowie, że Newton zapewne z podobnym spokojem ogłaszał swoje odkrycia.
W oczach szefa pojawił się ocean współczucia, troski, żalu, bezradności i bezsilności. Komuś takiemu – czytałem z tych oczu – jak ty, czyli ja, pomóc się już nie da.
– Marek… Byłeś przecież w wojsku. Znasz zasadę starszeństwa i posłuszeństwa. Wiesz, że porucznik nie może do majora tak, jak w sklepie mięsnym pani Ziółkowska do Kowalskiej przez głowę Dąbrowskiej zawołać: „Pani mi tam weźmie kaszanki ze czterdzieści deko”. Pan chce z tym iść do Brycha?
Nie będę oczywiście po latach próbował koloryzować tamtej sytuacji ani jakoś „ocieplać” własnego wizerunku. Noszę go w sobie takim, jaki jest, jak jajecznicę świeżo ściętą z kurkami, które lekko poddusiłem dziś rano na maśle klarowanym.
– Polecenie… – dukałem przyciszonym głosem – było jasne. Ocieplić. Czyli… normalnie… Jakby to był… mój sąsiad. A ten jest do niego podobny… Równy gość. Więc…
Puchalski miał taki charakterystyczny tik: przeczesywał grzywkę gwałtownym ruchem, jak w tangu, gdy z ust wypada róża, a tancerz chce ją złapać. Wykonał to swoje pas i spojrzał mi prosto w oczy. W oczy duszy mej.
Ale jej we mnie nie znalazł.
Nie pamiętam zakończenia tej rozmowy. Pewnie pani Krystyna weszła, jak profesjonalna sekretarka, zabrać szklankę po herbacie, a jednocześnie zlustrować sytuację, czy nie wymaga ona jakiegoś desantu lub ingerencji sił pragmatycznych.
Po latach wiele razy wracaliśmy z Puchalskim do tej sceny. Nie miał już wtedy swojej grzywki, ale ruch dłoni pozostał dalej finezyjnie dyrygencki. Tylko puzonów i waltorni przed sobą nie widział.
Poza jedną trąbą.
Prawie jerychońską.
– Brych przeczytał ten twój scenariusz. Przy pożegnaniu powiedział tylko: gdyby ten twój pistolet chciał o samolotach, to może… Zostaw mi jego numer telefonu.
Numer został. Telefon nigdy nie zadzwonił.
Inżynier. Absolwent Wydziału Lotniczego Politechniki Wrocławskiej, przez lata związany z Polskimi Zakładami Lotniczymi w Mielcu. Do Szczecina przyszedł już jako człowiek aparatu państwowego i partyjnego; od września 1971 do listopada 1980 roku był I sekretarzem KW PZPR. W sierpniu 1980 znalazł się po stronie rządowej przy stole negocjacyjnym i był jednym z sygnatariuszy Porozumienia Szczecińskiego. Ten moment relacjonowałem w Polskim Radiu na żywo ze stoczniowej świetlicy.
A ja?
Modelarz. Ale szkutnik. Choć po Technikum Mechaniczno-Energetycznym. I po polonistyce.

Uzgodniliśmy więc z Puchalskim, że z ocieplaniem wizerunków w wersji hard poczekamy na zmiany klimatyczne. A czasy były burzliwe. Ale ich język w niczym, absolutnie w niczym, nie przypomina retoryki dzisiejszej zawieruchy politycznej, która niewiele ma wspólnego z tajnikami przedmiotu, jaki studiowałem: kulturą języka polskiego.
Mała errata językowa. Wtedy zresztą nikt nie mówił: „iść do Brycha”. Z pewną uniżonością mówiło się: „iść do Pierwszego”. Swoją drogą, to ciekawy temat dla badacza. Jak dziś pracownicy mówią o wojewodzie czy marszałku. Zbieramy te określenia. Ciekawe, ciekawe… Wielu odwołuje się do gwiazd Hollywoodu: „kodżak” albo „makgajwer”.
Jak to historia kołem się toczy.
Tuż przed zamknięciem tego numeru, kiedy siadałem do pisania wstępniaka, otrzymałem od rzeczniczki pana marszałka list.
Cytuję w całości:
Dzień dobry,
Pan Marszałek nie będzie komentował kwestii poruszonych w Pańskim piśmie.
Pozdrawiam
Koła machiny czasu zgrzytnęły tak, jak mój kręgosłup podczas porannej gimnastyki.
Myśl jasna i bystra przeszyła redakcyjny pokój.
We wszechświecie – pomyślałem – mają niezły bajzel.
Bo jeśli ta marszałkowska odpowiedź byłaby po pół wieku rykoszetem tamtego telefonu, który nigdy nie zadzwonił, to jak nazwać ład i porządek molekularny historii?
Imaginarium zespolone z procesami refleksyjnymi połączyło mail rzeczniczki z osobą pierwszego sekretarza KW PZPR, Janusza Brycha..
Ten książki o sobie nie napisał. Czy Olgierd Geblewicz oprze się kiedyś pokusie napisania własnej – nie wiem. Jeśli tak, ten mail będzie miał szansę dostać w niej choćby przypis – ot, drobny, ale charakterystyczny epizod. Jak to mówią, łyżka dziegciu potrafi popsuć beczkę miodu. Tak też może być z tym mailem.
Zapyta ktoś:
– E, niemożliwe. Każdy, ale nie człowiek na takiej pozycji!
Po wojewodzie Adamie Rudawskim największy gwiazdor szczecińskiego facebookowego Hollywoodu zrezygnował z możliwości przemówienia za naszym pośrednictwem do ponad czterotysięcznej rzeszy subskrybentów gazety. Nie wykorzystał okazji do zaprezentowania jakiejś złotej myśli ocieplającej własny wizerunek.
A może wyczuł, że odpowiedź mogłaby wywołać efekt… zamrożenia Etny? O Wezuwiuszu nie wspominając.
Nieważne.
Przeczytają Państwo o wszystkim w trzecim tegorocznym numerze TVSiódemki.
I masz ci… Miałem rekomendować numer 2/2026 TVSiódemki, a pan marszałek… wskoczył nieoczekiwanie i skradł mi cały show.
Zajrzałem jeszcze na koniec do zakresu obowiązków pana marszałka.
Nie po to, żeby szukać przepisu nakazującego Olgierdowi Geblewiczowi osobiście odpowiadać redakcji. Nie o to przecież chodzi. Marszałek ma urząd, rzecznika, dyrektorów, wydziały, procedury i cały ten aparat, który między innymi po to istnieje, żeby instytucja publiczna potrafiła rozmawiać z człowiekiem także wtedy, kiedy pytanie jest proste, ale nie mieści się w wygodnym formularzu, albo dotyczy sprawy, której najchętniej nie stawiałoby się na biurku.
Tu zresztą sytuacja jest jeszcze prostsza. Redakcja nie zagadnęła marszałka przypadkiem na schodach, lecz złożyła skargę dotyczącą sposobu działania samorządowej instytucji kultury, której organizatorem jest Województwo Zachodniopomorskie. Odpowiedź, że pan marszałek nie będzie komentował kwestii poruszonych w piśmie, nie mówi, czy skarga została uznana za bezzasadną, czy postępowanie Zamku za prawidłowe, ani czy marszałek chce się od niego zdystansować. Pozostawia obszar, który przy takim stanowisku zaczyna zamieniać się w pole minowe zaufania.
Bo marszałek, poza trybami urzędniczymi, zasadami, rygorami i procedurami, nie przestaje być człowiekiem z własnym, gotowym już epitafium. Cytujemy w tym numerze jego słowa z 2015 roku: To, co po nas zostanie, to kultura. Urząd także nie przestaje być miejscem, w którym – po prostu – jeden człowiek zwraca się do drugiego. Nawet pytanie zadane poza szczególnym trybem można potraktować w sposób, który nie urąga zasadom dobrego wychowania. A tutaj przecież o takim pytaniu nawet nie mówimy.
I smutno mi się zrobiło.
Brych, Geblewicz i jeden dziennikarz spinający dwie epoki. Pół wieku wcześniej chciałem zapytać pierwszego sekretarza o książki, ryby, niedzielny obiad i szkolne przedmioty. Dziś redakcja składa marszałkowi skargę dotyczącą sposobu działania samorządowej instytucji kultury, nad którą bezpośredni nadzór sprawuje Zarząd Województwa i otrzymuje w odpowiedzi jedno zdanie: „Pan Marszałek nie będzie komentował kwestii poruszonych w Pańskim piśmie”.
Nie twierdzę, że kiedyś było lepiej; było inaczej i właśnie dlatego tym bardziej osobliwie wygląda to „zderzenie pamięci” po tylu latach.
To strasznie przykre, przygnębiające i zasmucające uczucie – zderzyć się z Historią.

