Na dobrą noc – Nowy numer! TVS 11-12/2025

Marek Koszur
Autor
17 min lektury

Nieczęsto, ale się zdarza. Napiszę w porywie chwili i… skasuję. Intuicja wydawała się słuszna i trafna, ale jej rozwinięcie ginęło w pomarańczowym poblasku słońca zachodzącego w lesie za Zielonymi Schodami. Tu szum morza jest wyrazisty. Pierwszy plan: ono – Solista. Dalej – jego szum ginie w wirującym pląsie stojących, mijanych przeze mnie drzew.


Napisałem – skreśliłem. A drzewa niezmiennie stoją na miejscu, słońce wieczorem znów zajdzie. Moja ingerencja w ten świat niczego nie zmienia.

Potem chciałem ten wstęp zacząć od słowa: dystans. Napisałem. Ale widzę – ciśnie się przed nim – odległość. Dystans to rozsądek. Odległość – bezmyślność. Dziś ta odległość zmalała niemal do zera. A za kanwę do felietonu wybrałem… wojnę. No tak! Wojna jest na ekranie, w gazecie, radiu, wszędzie pod ręką. W życiu – nie można jej zatrzymać pilotem, cofnąć ani puścić świata obwodnicą, by wojnę zostawić na stronie. Do wojny już nie mamy dystansu. Pytanie pozostaje tylko jedno. Tkwimy w niej czy… ona w całości nas wypełniła.

Żonglując dystansem, odległością, rozsądkiem i bezmyślnością, powiłem – prawie – obojętność. Jednak przerażona porodem akuszerka – siostra Czas – natychmiast podrzuciła mi cały wzornik słoworodków, jakie zmieścić można między głupotą a brakiem wyobraźni. I wybrałem. Wariant mój własny. Spod serca. Jak na męską matkę przystało. To… kołtun. Czyli – wojna.

Po prostu – wojna

I… ten wstęp skreśliłem także. Ale nie zapomniałem żadnego z odrzuconych. Rzuciłem na papier – trzeci.

Ech, wy, Polacy!
Chrześcijanie. Katolicy.
Ludu rozmodlony i pobożny.
O co wy się modlicie?

Konrad z „Wyzwolenia”, słysząc tę strofę, wbił wzrok we mnie, a jego przestrach i groza nie były udawane. Zdawało mu się, że to on mówi? Czy może echo go tylko przedrzeźniało? Stańczyk, ten z „Wesela”, na moje dictum skulił się w sobie, nie spuszczał też Konrada z oczu ani na chwilę. Ja spokojnie wlałem moim gościom dobrze wypoczęte wino.

– Proszę! Napijmy się. Moja ulubiona Rioja.

Oni chwilę trwali w bezruchu. Jak polityczna pieta z gipsu i pierza. By ich otrzeźwić, ja powtórzyłem ostatni wers toastu.

O co wy się modlicie…

Konrad rozwinął dłoń, niczym dobrodziej Skarga, ale milczał i coraz mocniej przecząco kiwał głową. Niejeden raz pytał Polaków, jakie uczucia kryją pod narodowymi maskami, podważał obrzędowe gesty i patriotyzmu szukał w miejscu, gdzie wiatr właśnie przestał dąć. Czyli – nigdzie. Katolicyzm, polska narodowa pobożność? Dekoracja jedynie.

– Ale… Ale to nie ja… To nie są moje słowa!

Stańczyk, równie jak nasz druh Konrad zmieszany, przepijając do nas, odstawił wino, wskazał na siebie, wykrzywił wargi i powiódł wzrokiem po ciemnych ścianach. Owszem, także, no tak… Ale w swoich orędziach nie uciekał w melodie rozpaczy. Z ironią spoglądał na rozmodlony naród, świadomy, że pod podszewkę modlitwy Polacy chowali odpowiedzialność i działanie.

– Nie trwóżcie się, bracia. – zawołałem, klaszcząc w dłonie. – To moje słowa. A że do waszych podobne? Od was je dostałem. Do czasów dzisiejszych jedynie – dopasowałem. I powiem wam więcej, drodzy mi i mili, tak sobie nieraz myślę – dobrze jednak, że tym księdzem nie zostałem. A tak było już blisko. I to kilka razy. Wiara nic z tym planem wspólnego nie miała.

Temat to na inne rozważania, bo co jakiś czas się odzywa. Dziś jednak chcę wam przypiec pośladki. Bo choć klęczycie, to modlicie się „na siedząco”. Wygodnie, rutynowo. Jak należy.

Przeanalizowałem najpopularniejsze modlitwy od XVI do XX wieku. Stworzyłem listę wniosków z jakimi Polacy występują wobec Opatrzności i które wyrażają w intencjach modlitewnych. Oto pierwsza dziesiątka:

1         uwielbienie Boga
2         odpuszczenie grzechów
3         miłosierdzie
4         zbawienie
5         dobra śmierć
6         opieka Matki Bożej
7         wytrwanie w wierze
8         zdrowie duszy i ciała
9         pomoc w cierpieniu
10       błogosławieństwo dla rodziny i Ojczyzny

Konrad próbował notować, Stańczyk udawał, że wykuwa te treści na pamięć.

– Dajcie spokój. Nie to jest w naszej rozmowie ważne.

Obaj ujęli w dłonie stakany, jak na komendę wino wypili i wzrok swój nieco już lśniący w oczy moje wbili.

– Powiem wam, panowie, że na dziesiątym miejscu tę rodzinę i Ojczyznę dopisałem nie bez oporu. Po kumotersku. No bo jakżeby tak, bez rodziny i Polski? Nie uchodzi.

– Nie przemilczałem niczego. Ale też nie powiedziałem najważniejszego. Problemem nie jest to, że w modlitwach Polacy mówią wyłącznie we własnym imieniu. Ja! Nie widzą bliźniego – bez względu na jego stan majątkowy czy polityczną przynależność – nie wstawiają się za niego wobec niebiańskich urzędników. To wszystko – małość. Problem w tym, że Polacy nie modlą się o pokój.

Konrad i Stańczyk już mieli zerwać się na równe nogi, ale butelka po winie była prawie pusta i taka gwałtowność mogłaby ją przewrócić. A to byłaby już, jak nie patrzeć – burda.

– Jeśli przeanalizować „tradycyjne modlitwy” – kładłem do głowy moim kompanom zdanie po zdaniu – zamknięte w modlitewnikach, litaniach, nabożeństwach i modlitwach codziennych, używane przez kilka stuleci, okaże się, że o pokój modlimy się najrzadziej. Czyli – plus / minus – w ogóle.

Proszę sprawdzić. Wybrać dziesięć, dwadzieścia najpopularniejszych modlitw i litanii.

Znajdziecie tam jedno zdanie. Znamy je wszyscy:

Od powietrza, głodu, ognia i wojny, wybaw nas, Panie.

Nawet tu – pokój jest na czwartym miejscu. I to pod postacią wojny.

Czytelników podatnych na ataki śmiechu proszę, aby nie wchodzili na stronę Episkopatu. Nie sprawdzajcie. Bo pomoc może przyjść za późno.

Znalazłem jedną akcję wyraźnie ogólnopolską. Na 11 kwietnia 2026 roku przewodniczący KEP polecił dodać we wszystkich kościołach w Polsce specjalne wezwanie w modlitwie wiernych o pokój. Podajcie inne. Zweryfikuję pogląd.

A zatem – niech żyje wojna!

Oto polski… kołtun.

Po prostu – wojna.

Doskonale znają Państwo zjawisko nazywane paradoksem widoku. (vista paradox). Stojąc na środku pokoju, patrzymy przez okno na wieżę katedry. Ruszamy w stronę okna – wieża się od nas… oddala. Wracamy pod ścianę pokoju – wieża ledwie mieści się w okiennych ramach.

Tak mam ja z wojną.

W jednym z tekstów tego wydania TVSiódemki piszę o dziecięcych zabawach pośród powojennych ruin. Zabawach w zabijanie Niemców. Nikt z kolegów wtedy Niemcem nie chciał zostać. Trzeba było przekupić tego czy owego obietnicą, na przykład dowodzenia w następnej zabawie.

Tak było…

Już chyba nie ma nikogo wśród moich bliskich, kto pamięta ostatnią wojnę. Brat właśnie telefonował. Zaprasza na urodziny. Porozmawiamy o wojnie… Ale co mógł z radości majowego zwycięstwa zapamiętać, skoro miał wtedy niespełna roczek? Porozmawiamy więc o nalewce z pigwy.

Ja natomiast od pewnego czasu obserwuję, że im bardziej oddalam się od tematyki wojennej, tym bardziej ona przebija się w różnych postaciach na pierwszy plan.

Wczoraj kolejny raz wyjąłem z półki książkę, którą kilkanaście lat temu otrzymałem w prezencie. Dlaczego ofiarował mi ją ktoś, kto doskonale znał moje upodobania, zamiłowania, pasje i zainteresowania? „Piękno i smutek wojny” Petera Englunda. Brałem ten tom do ręki wiele razy i odkładałem na półkę, nie przewracając nawet stron. Tylko nie wojna!

Latem ubiegłego roku, robiąc pospieszne zakupy przed zamknięciem sklepu, zauważyłem w koszu z przecenionymi książkami „Naszą wojnę” Włodzimierza Borodzieja i Macieja Górnego. W aucie, przy lampce nad kierownicą, odczytałem jeden akapit. Jeden wystarczył, by książka powędrowała na półkę. Dziś leży na stole. Strona 239…

Konflikty polsko-ukraińsko-żydowskie w Galicji Wschodniej splotły się ze szpiegomanią wojskowych w węzeł, który nieraz trudno było rozplątać. Wojsko korzystało z usług samozwańczych informatorów, którzy bez skrępowania rzucali na sąsiadów podejrzenia o współpracę z wrogiem. Aresztowanych przetrzymywano i transportowano w prowizorycznych warunkach. Gapie mijani po drodze byli na ogół wrogo nastawieni do „zdrajców ojczyzny” i dawali temu wyraz.

Jeden z najtragiczniejszych transportów podejrzanych o moskalofilię zakończył się we wrześniu 1914 roku w oblężonym Przemyślu. Helena z Seifertów Jabłońska relacjonowała go z drugiej ręki w swoich zapiskach. Około piątej po południu pędzono na kolej czterdzieści sześć osób, wśród nich siedem kobiet. Jedna z młodych kobiet wyciągnęła rewolwer i zastrzeliła dragona.

Rzucono się na wszystkich. Bito ich szablami, siekierami, kijami i pięściami. Nadeszli robotnicy z kłodami drewna i miażdżono nimi ludzi tak, że mózgi płatami obryzgały przechodniów, a krew tryskała na mury i ludzi przypatrujących się. Pozostały bryły drgającego mięsa.

Ot, jedna z wielu lokalnych sytuacji. Nie obiegła ta masakra świata. Nie wywarła wrażenia. Bo niby jak? Groza wojny była tylko na odległość wyciągniętej ręki, zbrojnej w kij czy siekierę.

W czasie I wojny światowej nie było w powszechnym użyciu telefonów ani radia, o telewizji nie wspominając. Ludzie nic nie wiedzieli i nie słyszeli, póki wojna znienacka nie stanęła u ich drzwi.

Ten brak wiedzy o tym, co się dzieje, w mojej wyobraźni urasta do koszmaru. Jak sobie ówcześni ludzie z tym radzili? Nie mam pojęcia.

Świat był tak duży, jak wzrok pozwalał go ogarnąć, a słuch wysłyszeć.

Kilka dni temu, gdy numer gazety był już prawie gotowy, wypatrzyłem na półce – ha! – oczywiście, Melchiora Wańkowicza „Wojnę i pióro”.

Rozejrzałem się dookoła i w tym momencie ze wszystkich regałów oraz półek, jak świętojańskie robaczki, zaczęły pulsować tytuły poświęcone wojnie. Tyleż niemieckojęzycznych, co polskich i angielskich.

Tu – front fiński i podbiegunowy. Wreszcie wszystkie opowieści Ojca mogłem zlokalizować, widząc miejsca i sytuacje, w których uczestniczył. Tam pamiętniki Goebbelsa, krytyczne wydanie „Mein Kampf” Hitlera, dziesiątki pozycji wojennomorskich.

Z przerażenia zamknąłem oczy. Mój Boże, przecież ja żyję osaczony wszystkimi obliczami wojny. Cztery ściany mojej biblioteki to cztery strony świata pełne wojny.

A ja – pośrodku!?

Ludzkość rozwija się, wzrasta tylko w miejscach otoczonych wojnami. Wojna jest jak grzybnia, która niewidoczną koronką oplata świat, a równocześnie nie przestaje być rozsadnikiem rozwoju. Pola bitew i stosy trupów stawały się granicami między walczącymi stronami. Kurhanami granicznymi. W ich cieniu odradzało się zdziesiątkowane, poranione życie. Do następnej wojny.

Od bardzo wielu lat nie znajduję powodu, by włączyć telewizor z nadzieją, że obejrzę ciekawy film. Jeśli taki się nawet trafi, dzielę go na trzy wieczory. Bo jestem pewny, że gdybym obejrzał go od razu i zaryzykował spotkanie z repertuarem w dniu następnym, zacząłbym przedzierać się przez oferty, w których zawsze ktoś jest zamordowany.

Te filmy i książki… A przede wszystkim gry komputerowe sprawiły, że śmierć i przemoc stały się całkowicie wyzutymi z refleksji gadżetami.

Zabić?

Mówisz i masz!

Otóż nie. Dość.

Wojnę nazwałem tu kołtunem. Zlepkiem wszystkich defektów ludzkości.

Przerzucam strony książek, które wymieniłem. Nie walczę już ze sobą. Nie protestuję. Tak, potwierdzam na podstawie oświadczeń bardzo wiarygodnych uczestników wojen, że w ich oglądzie są one… piękne. Także gdy bagnet przeciwnika przybijał ich do ziemi. Innym – wtedy – wracał rozum. Ale na jeden, nie więcej niż dwa ostatnie oddechy. Wielu umierało w poczuciu spełnienia. Bo walczyli za… No właśnie: o co, za kogo, w jakim celu? Ich ofiara była w rodzinnych domach gloryfikowana.

A ja? Jak wypadam na tym tle z poglądem, że wojny są bezgranicznie smutne, bo monumentalne, wyzbyte najmniejszych uczuć. Są jednak najważniejszymi filarami naszej cywilizacji!

Czytam: dwudziestosiedmioletnia, świetnie wykształcona kobieta, śpiewaczka operowa z Met i Wiednia, żona polskiego arystokraty, majętna, dowiaduje się, że w szpitalu polowym zorganizowanym w jej majątku koło Suwałk właśnie zmarł żołnierz.

Jest w tym szpitalu trup.

Nie ma dla niej znaczenia, że żołnierz nie zginął od ran wojennych, a umarł, bo był bardzo chory. Nie walczył na froncie, tylko opiekował się koniem swojego oficera. Ale w oczach tej kobiety widok jego trupa stał się momentem zwrotnym. Śmierć zdominowała wszelkie jej odczucia, dobre i złe.

Ona nigdy nie widziała trupa. Biegnie, domaga się okazania, staje przed ciałem. Doznaje wstrząsu.

W chwilę później, może za dwa dni, na pobliskiej stacji kolejowej formuje się tabor poborowych i ochotników. Atmosfera na granicy samozapłonu. Uniesienia patriotyczne, poczucie spełniania obowiązku obywatelskiego, męskiego. Pozdrowienia, uściski, kwiaty – niech żyje wojna!

Wojna jako widowisko

Jako wyprawa traperska mieszczuchów do lasu.

Jakiś czas temu pewien wojewoda kręcił filmiki, na których prezentował plecak i niezbędne wyposażenie na czas wojny.

Showman pełną gębą. Odpowiednio wystrojony, w retoryce Filipa z konopi, na melodię: „Pęczki zwiędłych rzodkiewek tańsze o dwadzieścia groszy i nie płacisz do przyszłego roku!”.

Wojewoda.

Polityk.

Mąż, ups… omal mi się nie wypsnęło – stanu. Prawie minister wojny. Nadałby się nam taki do zabawy w gruzach.

Z takim Wernyhorą nie wybrałbym się nawet na podbój osiedlowego warzywniaka. A co dopiero – na wojnę.

Unurzani w… błocie

W żadnej dziedzinie życia nie odnosiliśmy nigdy większych sukcesów niż w rozmiarach klęsk wojennych. Te odnosiliśmy unurzani w… błocie.

Tak.

Pierwsza i druga wojna światowa to okopy. To błoto. Kloaczne labirynty.

Tygodniami, wobec ostrzału, jesiennego deszczu czy wiosennych burz, trupami wzmacniano wały oporowe.

– A jak i gdzie mogłeś spać? Dobrze, jak złapał mróz i napadało śniegu. Kładłeś głowę na truchle kolegi, z którym parę dni temu grałeś w szachy, wspominałeś dom, bliskich… Na kiju wystawiałeś ponad okop czapkę. W sekundę odzywały się strzały. Czapka zawsze była dziurawa.

Rzadko z Ojcem rozmawiałem o wojnie. Więcej w tej rozmowie było milczenia niż słów.

W tej partii wojennego życia nikt nikogo nie szachował.

Tu były tylko maty. Wielotygodniowe. Rozstrzygające.

Jak oni to wszystko przeżyli! Jak oni z tym wszystkim później żyli!

Minęło ponad osiemdziesiąt lat pokoju

A ja z coraz większym trudem usypiam, bo myślę i rozważam. Pakuję w głowie mój plecak przetrwania. Scyzoryk, bateria, radyjko, drobne monety, tabletki… Pamiętam z filmiku.

Co za bzdura… Nie wyposażenie plecaka. Inscenizacja!

Zaciskam powieki.

W końcu kładę się na bok, bliżej okna. Mimo ciemności, zgodnie z tym zjawiskiem optycznym, świat skazany na wojnę jakby oddalił się ode mnie.

Przez uchylone skrzydło mrok gospodaruje w obejściu, w ogrodzie, na tarasie. Słyszę go. Pilnuje mnie.

Usypiam.

Warto było przeczytać ten tekst?
OwszemJeszcze nie wiem
KATEGORIE:
Proszę udostępnić ten artykuł
Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *